Czy ośmieli się myśleć o takiej przyszłości? Przecież już zastanawiał się nad taką misją, ciągle ją widział w snach, a ostatnio i na jawie. No tak, powiedział do siebie, rozpaczliwie szukając wymówki, dzieci też marzą o fabrykach czekolady, zamknięciu szkoły oraz piesku, który by sam wyprowadzał się na spacer i karmił. Nie uważał się za kogoś wyjątkowego.
A jeśli odrzuci tę możliwość i kraj ucierpi, bo ludzie zbyt długo wędrowali bez przewodnika? Może jednak mógłby zrobić coś, co by ich uratowało? Może powinien dla kogoś innego, silniejszego i lepszego, utorować drogę… Zagryzając wargę patrzył na ptaki i dokazujące w słonecznym parku psy. Czy mógłby jeszcze bardziej zepsuć ten świat? Czy jego praca miała aż taką wagę? Czy nie był zarozumiały?
Czy czy czy czy, ale ale ale ale ale, może może może może… Jeżeli!
Czy przysłano ją, by zadała mu to pytanie? Kto ją przysłał? Bóg?
Nie. Bóg nie interweniuje osobiście. Może to diabeł ją przysłał? A czy diabeł istnieje? Wydawało mu się, że kreowanie diabła jest bardziej potrzebne ludzkiej psychice niż stworzenie Boga. Bóg był, jest i będzie. A diabeł to chłopiec do bicia. Zło istnieje, ale jako czysty duch; nie ma kształtu, kopyt, ogona, rogów czy ludzkiego umysłu. Ach, przecież taki jest również Bóg! Też bez kształtu, ramion ani nóg, ani genitaliów, ani ludzkiego umysłu. A jednak duch Boga jest mądry, świadomy, zorganizowany, a diabeł to tylko siła.
Czy była kimś ważniejszym niż urzędniczką państwową w stolicy USA? Życzliwą. Złośliwą. Znak zapytania. Życie to nieprzewidywalny znak zapytania. Rzucasz się na niego na szczycie i spadasz. Rzucasz się na niego na dnie i nie możesz wejść wyżej.
– Więc dobrze, spróbuję. – Nerwowo zacisnął pięści.
Nie popełniła błędu. Nie wybuchnęła radością. Skinęła tylko głową i powiedziała: – Dobrze.
Potem pośpiesznie zawróciła do Georgetown.
– Chodź, przyjacielu, może zdążymy na popołudniowy pociąg do Nowego Jorku.
– Nowy Jork – powtórzył głupio, jeszcze nie ochłonąwszy po podjęciu decyzji.
– Nowy Jork. Tam jest Atticus Press.
– Tak, ale…
– Kropka! Nie chcę zwlekać! Dziś mam czas, kto wie, co będzie w przyszłym tygodniu? – odwróciła się z uśmiechem tak czarującym, aż odwzajemnił ten uśmiech. I od razu poczuł się lepiej. Pozwolił, by przejęła ster, ona, która tak wiele wiedziała o tym, o czym on nie miał bladego pojęcia – na przykład o książkach i wydawcach. Sprytnie manipulowała ludźmi, a tej sztuki nigdy nie opanował. Poza tym na razie wystarczy, że podjął decyzję. Niech go prowadzi, dopóki on nie odzyska wigoru. Nie przyszło mu do głowy, że ostatnią rzeczą, na jaką mu pozwoli, to odzyskanie wigoru.
– Musimy natychmiast spotkać się z Elliotem MacKenzie przyśpieszyła jeszcze bardziej.
– Kto to?
– Wydawca z Atticusa. Tak szczęśliwie składa się, że to mój stary i bardzo dobry przyjaciel. Z jego żoną chodziłam do Princeton.
Atticus Press mieścił się w siedemdziesięciopiętrowym budynku, gdzie zajmował dwadzieścia dolnych pięter oraz foyer, służące jako wejście do wydawnictwa. Kiedy następnego ranka weszli do tego prywatnego westybulu, mieli wrażenie, że składają wizytę monarsze. Czekała na nich przepięknie ubrana urzędniczka; natychmiast zaprowadziła ich do windy, nacisnęła guzik i bez zatrzymywania wjechali na siedemnaste piętro.
Elliot MacKenzie czekał na nich przy windzie. Wyciągnął serdecznie rękę do dr. Christiana i nadstawił policzek do pocałunku dr. Carriol. Potem usiedli w zawalonym książkami biurze i pili kawę razem z urzędniczką Lucy Greco. On wysoki, schludny, elegancki i przystojny krzepką urodą, ona – atrakcyjna, drobna, dojrzała. Kłębek rozedrganej energii.
– Kiedy Judith powiedziała mi o pańskiej książce, byłem naprawdę poruszony – wycedził Elliot MacKenzie. Miał lekko nosowy głos i sztywną wymowę osoby, obracającej się w najlepszych sferach.
Kiedy powiedziała… naprawdę poruszony… Dr Christian siedział oniemiały, a w brzuchu go mrowiło – niczym dziecko, jeżdżące po raz pierwszy na wrotkach.
– Lucy będzie pańską redaktorką – dodał Elliot MacKenzie. Jest niezwykle doświadczona w pracy z ludźmi, mającymi problemy z pisaniem. To ona przeniesie pańską książkę na papier, a jest w tym najlepsza.
Dr Christian wyraźnie się odprężył.
– Dzięki Bogu! Współautorka.
Ale MacKenzie zmarszczył brwi w królewskim grymasie dezaprobaty kogoś, kto nie tylko zasiada w fotelu wydawcy, ale jest również właścicielem całego wydawnictwa.
– Pan będzie jedynym autorem, doktorze. Idee i słowa są pańskie, Lucy odegra jedynie rolę Boswella.
Dr Christian uparł się.
– Boswell to biograf. Dr Johnson sam pisał i był niedościgniony.
– A więc: rolę pańskiej sekretarki – powiedział gładko Elliot MacKenzie, nie zdradzając się, jak bardzo nie lubił, gdy go poprawiano.
– Ale to nie fair – stwierdził dr Christian.
Teraz do walki przystąpiła pani Greco.
– Skądże, doktorze. Proszę mnie uważać za swoją akuszerkę.
Muszę pomóc prześlicznej, zdrowej książeczce wydostać się na świat tak szybko, jak to możliwe. Nazwiska akuszerki nie wpisuje się do rejestrów urodzeń Komisji do Spraw Pierwszego Dziecka. Zapewniam pana, nic nie upoważnia mnie do pretendowania do miana autorki.
– A zatem nie ma pani żadnego prawa do książki – powiedział dr Christian, nagle ogromnie przygnębiony.
Czuł się naciskany, poganiany, pozbawiony możliwości poruszania się we własnym tempie. Rozdarty nie zauważył, że wszyscy ci ludzie wiedzieli o jego kłopotach z pisaniem znacznie więcej, niż to okazali. Później uświadomi sobie ten fakt, ale wypadki potoczą się z tak przerażającą szybkością, że zignoruje tę błahą sprawę zbyt pochłonięty swoją śmiertelnością, by interesowało go cokolwiek innego.
Elliot MacKenzie był wrażliwy na niuanse, a przy tym najlepszy w zawodzie.
– Doktorze Christian, nie urodził się pan pisarzem – powiedział łagodnie, lecz stanowczo. – Wszyscy to akceptujemy i – może pan wierzyć lub nie – taka sytuacja ma miejsce w bardzo wielu wydawnictwach, zwłaszcza tych, które nie wydają beletrystyki. Ktoś chce przekazać coś istotnego, rozpropagować idee, ale brak mu czasu lub talentu, by ubrać je w słowa. W takich przypadkach książka to tylko nośnik, skonstruowany przez specjalistów w taki sposób, by uniósł idee, które pan stworzył. Jako zdolny pisarz nie pojawiłby się tu pan bez rękopisu. Nie ma sensu rozpatrywanie teraz wyższości pisania samemu nad korzystaniem z pomocy. Z tego, co mówiła doktor Carriol, wynika, że ma pan do ofiarowania światu coś, co nie może czekać. Wszyscy chcemy to urzeczywistnić. I proszę mi wierzyć, to dla nas pasjonujące zadanie! Powstanie dobra książka, która wiele znaczy!
– Nie wiem! – krzyknął żałośnie dr Christian.
– A ja wiem – powiedział Elliot MacKenzie bardzo stanowczo i rzucił szybkie spojrzenie na swoją kohortę.
Lucy Greco natychmiast wstała.
– Może zejdziemy do mojego biura, doktorze? Będziemy pracować we dwójkę, więc może zaczniemy od jakiegoś protokołu?
Ruszył za nią bez słowa.