– Na pewno wiesz, co robisz? – zapytał Elliot MacKenzie.
– Tak.
– No cóż, nie bardzo rozumiem, czym się tak podniecasz.
I w ogóle nie sądzę, żeby on chciał napisać tę książkę. Przyznaję, facet robi wrażenie, coś jak Lincoln, ale chyba nie jest wielką indywidualnością.
– Teraz udaje żółwia, brrrp! i siedzi w skorupie. Słusznie czuje się zagrożony i manipulowany. Chciałabym mieć więcej czasu, żeby nad nim popracować, by przywyknął do tego pomysłu i nabrał entuzjazmu. Niestety, z bardzo ważnych powodów musi ukończyć rękopis za sześć tygodni.
– Masz duże i bardzo kosztowne wymagania. Nie wspominając już o mordędze poganiania twojego opornego żółwia.
– Zostaw go mnie i Lucy Greco. A co do książki – ha! Powinieneś się rzucić z pazurami i Departament Środowiska także. Nie co dzień, mój drogi, trafia się taka okazja.
– Dobrze, dobrze. – Zerknął na zegarek. – Mam spotkanie na górze. Twój protegowany pewnie będzie z Lucy chwilę. Nie zanudzisz się?
– Nie martw się o mnie, pomyszkuję w twojej wspaniałej bibliotece – powiedziała z prostotą.
Ale zanim podeszła do wypchanych książkami półek, minęło sporo czasu. Najpierw utkwiła wzrok w olbrzymim oknie z trzema warstwami szyb, odizolowanych dwoma centymetrami przestrzeni. Kiedyś usiłowano zakryć szyby nowojorskich drapaczy chmur, ale nie był to dobry pomysł. Liczba samobójstw gwałtownie wzrosła, jak również ilość przypadków ostrej depresji. W końcu wyjęto wszystkie szyby, zamurowano niektóre okna, a inne zastąpiono takimi jak u Elliota MacKenzie.
Świstaki zwiastowały nadejście wczesnej wiosny. O, gałęzie drzew nadal były nagie, bez względu na pogodę, ale ociepliło się, słońce świeciło, a wokół błyszczały krystaliczne budynki. Po niebie sunęły chmury, ale dr Carriol widziała jedynie ich odbicie w złocistym lustrze drapacza chmur.
Bądź dobrej myśli, Joshuo Christianie, powiedziała cicho.
Wszystko ułoży się i będzie wspaniałe. Wiem, że zaciągnęłam cię tu na siłę. Ale kierowały mną najszlachetniejsze i najlepsze pobudki, których nie powstydziłbyś się, gdybyś je znał. Pokochasz to, do czego cię popycham, gdy tylko oswoisz się z tym, obiecuję. Masz tak wiele zadatków, by czynić dobro, ale nigdy w życiu nie ruszysz tyłka, jeśli ktoś cię nie kopnie. Więc oto jestem! Jeszcze mi podziękujesz. Nie oczekuję od ciebie wdzięczności. Tylko pracuję, i to lepiej, niż ktokolwiek inny. Przez tysiące lat mężczyźni twierdzili, że kobiety nie mogą z nimi współzawodniczyć, bo pozwalają, by uczucia brały górę nad pracą. To nieprawda. Dowiodę tego, choć może nikt w ogóle nie zauważy, ale ja będę wiedziała, a tylko to się liczy.
Zostało siedem tygodni. Można i trzeba to zrobić! Pierwszego maja muszę mieć dowód, że dr Christian jest tym, kogo szukamy. Potrzebuję wywiadów na taśmie magnetofonowej i wideo, przedstawiających go w akcji. Przed spotkaniem z prezydentem muszę skompletować dossier dr.
Christiana. Prezydent nie zadowoli się plewami. A Harold Magnus do ostatniego tchu będzie walczył o senatora Hilliera.
Przysunęła się z krzesłem do biurka Elliota MacKenzie i ujęła słuchawkę jego prywatnego telefonu. Wystukała numer, który miał trzydzieści trzy cyfry, ale nie musiała spoglądać ani na kartkę, ani na klawisze. Wybrała go znacznie szybciej niż większość ludzi krótsze numery.
– Tu doktor Carriol. Czy jest pan Wayne?
Oświadczono, że wyszedł.
– Znajdźcie go – powiedziała zimno.
Czekała cierpliwie, spoglądając przed siebie szklistym wzrokiem i zastanawiając się nad dowodami, jakich potrzebuje.
– John? Nie dzwonię z zaszyfrowanego telefonu, ale ta linia nie jest włączona do centrali Atticusa. Mógłbyś sprawdzić w komputerze i upewnić się, że nikt nie podsłuchuje? Numer 555-6273. Rząd nie powinien interesować się tym, ale należy dopuścić jakieś przestępstwo gospodarcze, nawet w wydawaniu książek. Oddzwoń.
Czekała pięć minut, aż telefon zadzwonił.
– Wszystko czyste – powiedział John Wayne.
– Dobrze. Teraz słuchaj. Potrzebuję kilka kamer wideo i masę mikrofonów. Wszystko trzeba niezwłocznie zainstalować w numerach 1047 i 1045. Oak Street, Holloman, Connecticut. To biuro i dom doktora Christiana. Wszędzie. Nie życzę sobie w tym domu ani centymetra kwadratowego, pominiętego przez kamery. Chcę całodobowej inwigilacji. Sprzęt ma dotrzeć tam w sobotę wieczorem i zniknąć w następną niedzielę rano, bo Christianowie mają zwyczaj obchodzić w niedzielę cały dom przy podlewaniu roślin i mogliby znaleźć kamerę. Zgoda? Przygotuj też kompletną listę pacjentów doktora Christiana, zarówno obecnych, jak i dawnych. Wywiady z nimi nagrywać trzeba oczywiście bez wiedzy rozmówców. Tak samo z rodziną, przyjaciółmi i wrogami. Gromadzenie wywiadów może potrwać dłużej niż sfilmowanie domu i kliniki, ale do pierwszego maja wszystko ma być gotowe. Zrozumiałeś?
Czuła jego podniecenie.
– Tak, doktor Carriol – po chwili wahania zaryzykował pytanie, którego nie ośmielił się zadać podczas pobytu dr. Joshuy Christiana w Waszyngtonie. – Czy to on?
– Tak, John! Ale muszę walczyć, a nie zamierzam i nie mogę przegrać.
Decyzja, którą podjęła tamtej nocy w Hartford, w miarę upływu czasu wydawała się jej coraz bardziej słuszna. Z dziewięciu kandydatów on był tym jedynym. Dlatego musiała dać mu zadanie, które tylko on mógł wykonać, gdyż wymagało kogoś bez aspiracji politycznych czy pretensji do kariery, kogoś bez image’u.
Operacja Poszukiwanie była jej dzieckiem. Wymarzyła ją sobie i tylko ona znała przedmiot poszukiwań. Pięć lat temu mogliby wytypować do tego zadania senatora Hilliera. Ale nawet nie chciała włączyć go do tych stu tysięcy osób, które badały jej zespoły, kierownicy oraz komputery. Tibor Reece opowiadał się wówczas po stronie Harolda Magnusa, ale ona przez pięć lat zbierała siły i teraz nie przyjmowała do wiadomości, że Harold Magnus mógłby jeszcze raz zwyciężyć. Może uważał ją za niezbyt ważną personę; wobec tego wkrótce będzie musiał zmienić zdanie.
Zawsze instynktownie wyczuwała, że istnieje mężczyzna – dziwne: ona, urodzona feministka nigdy tak naprawdę nie wierzyła, że to może być kobieta – któremu los przeznaczył to zadanie. Prawdziwe, nieuniknione przeznaczenie. Ale minęły już czasy, gdy na pustyni lub w dzikich ostępach odnajdywało się swoją drogę. Nastało trzecie tysiąclecie, tak wyrafinowane, że mogło zniszczyć lub wynieść wybrańców, którzy wybili się z tłumu. Może trzecie tysiąclecie było równie niewydarzone, jak dwa wcześniejsze, ale teraz opanowano sztukę przyklejania etykietek bezimiennym milionom – odmiana cynizmu, tkwiąca mocno korzeniami w faktach, liczbach, trendach i wykładnikach.
Etykę zastąpiono syntetyką, filozofię – psychologią, a złoto – papierem. Tylko ona nie uwierzyła, że gigantyczna rzeka przerażającego lodu spływającego z koła podbiegunowego nie zmiecie rasy ludzkiej z powierzchni ziemi. Podobnie jak dr Christian uważała, że człowiek znajdzie w sobie siłę i przezwycięży wszystkie przeszkody, jakie staną mu na drodze.
Ale czy to nie dziwne, że tylko dzięki uporowi i poszukiwaniom odkryła dr. Joshuę Christiana. Gdyby jego nazwisko znalazło się w rejestrach dr. Abrahama lub dr Hemingway, pewnie by gdzieś przepadło. Tak wiele zależy od drobnych zbiegów okoliczności, bez względu na to, jak starannie wybierze się metodę. Kiedy wszystko jest już powiedziane i dokonane, nadal najważniejsi są ludzie. Ich kaprysy, indywidualności, genetyczna unikalność. Przystosowanie. Jeden ze „wzorów” Joshuy.
Oparła brodę na rękach i rozmyślała nad tym, ilu bezimiennych doktorów Christianów nie przeszło przez sito dr. Abrahama i dr Hemingway. Czy Joshua rzeczywiście jest najlepszym kandydatem do tego zadania? A może kogoś lepszego pogrzebano w lochach Federalnego Banku Danych? No cóż, wyjdzie na jaw później, gdy znów wezmą na warsztat te 66 000 nazwisk i przepuszczą je przez program Moshe Chasena. Czy właściwie wybrano 100 000 nazwisk? No tak, za późno na wątpliwości. Joshua Christian zwyciężył. I, z konieczności, jest tym wybranym.