Выбрать главу

Po trzech godzinach w towarzystwie pani Lucy Greco, dr Christian już pozytywnie myślał o swojej książce. Jako profesjonalista doceniał umiejętności Lucy i – co może dziwić – przekonał się do projektu. Po półgodzinie, spędzonej z nią w biurze, rozmawiał swobodnie, szybko, momentami nawet z zapałem. Tak mu pomogła! Miał kłopoty z logicznym rozumowaniem; przy czym zdawał sobie sprawę z braków, zwłaszcza odkąd zetknął się z Judith i Moshe, bezlitosnymi krytykami. Lucy Greco natomiast posiadła zdolność logicznego rozumowania. i nie tylko to. Pasowali do siebie. Była świetną słuchaczką.

Siedziała jak pisklę z rozdziawionym dziobem, gotowa połknąć wszystko, co jej rzucił. A jednak czasem zadawała tak precyzyjne pytania, że pomagała mu w sformułowaniu klarownych poglądów.

– Powinna pani zostać psychologiem – stwierdził, gdy wracali do biura Elliota MacKenzie.

– I jestem nim.

Roześmiał się.

– Doktorze Christian – powiedziała tak poważnie, aż stanęli. To najważniejsza książka, przy której mam szczęście asystować. Proszę mi wierzyć! Nigdy w życiu nie mówiłam tak serio.

– Ależ ja nie podaję żadnych rozwiązań – powiedział bezradnie.

– Myli się pan! Są szczęściarze, którzy żyją bez duchowego wsparcia i ludzie tak samotni, że nie mają ani jednej przyjaznej duszy, która udzieliłaby im pomocy. A większość ludzi naprawdę potrzebuje podpory. Przez ostatnie parę godzin dowiedziałam się od pana tyle, że wiem, dokąd zmierzamy, a także – jak panem pokierować. Sądzę, że pan się boi.

– Tak, często.

– To bez sensu. – Ruszyła z miejsca.

– Jestem tylko człowiekiem – powiedział. – A człowiek, który nie zaznał strachu, jest ułomny. Lęk równie dobrze jest oznaką zdrowego rozsądku lub wrażliwości, co niekompetencji. Człowiek, który się nie boi, to maszyna.

– Albo nadczłowiek Nietzche’go?

Uśmiechnął się.

– Zapewniam, że nie rozmawia pani z nadczłowiekiem!

Weszli do biura Elliotta MacKenzie.

Ten wrócił już dawno temu. Siedział z dr Carriol, a teraz zaciekawiony spojrzał na wchodzących, chcąc się przekonać, jak Lucy Greco radzi sobie z nowym zadaniem.

Była zaróżowiona, oczy jej błyszczały i wyglądała, jakby właśnie wymknęła się z ramion kochanka. A dr Joshua Christian wrócił ożywiony. Brawo, Judith Carriol! W myślach zobaczył już pierwsze wydanie książki. Lucy Greco była fenomenem wydawnictwa – miała prawdziwy talent pisarski i absolutnie nic do powiedzenia. Ale dajcie jej klienta, a stworzy arcydzieło prozy. Już teraz słowa w niej kipiały.

To będzie KSIĄŻKA.

– Dziś jadę z Joshuą do Holloman – powiedziała, zbyt podniecona, by usiąść.

– Dobrze. – Dr Carriol wstała. Wyciągnęła rękę do Elliota. Dziękuję, przyjacielu.

Wyszli z budynku Atticusa. Lucy Greco poszła do domu, by spakować walizkę. Umówili się za trzy godziny na Grand Central.

Dr Carriol i dr Christian zostali wreszcie sami.

– Chodź. My też musimy wymeldować się z hotelu i dostać się na dworzec. Poczekamy na Lucy w barku – odezwała się.

Westchnął z ulgą.

– Dzięki Bogu! Nie wiem, dlaczego, ale myślałem, że nie wrócisz ze mną do Holloman.

Uniosła w górę brwi.

– Słusznie. Jak tylko wsadzę cię do pociągu, ruszam do Waszyngtonu. Nie rób takiej miny, Joshua! Przecież pracuję, a teraz, kiedy towarzyszy ci Lucy, nie potrzebujesz mnie. Ona jest ekspertem.

Dreszcz przebiegł mu wzdłuż karku.

– Chciałbym w to uwierzyć! To twój pomysł. Ciągle nie wiem, czy chcę napisać tę książkę, nawet z pomocą Lucy.

Nie zwolniła kroku.

– Słuchaj, Joshua. Powiem ci teraz coś bez owijania w bawełnę, dobrze? Masz do spełnienia misję. I wiesz o tym lepiej niż ja czy ktokolwiek inny. Rozumiem twoje obawy. Nie miałeś czasu, by wszystko sobie poukładać, a przyznaję, że poganiałam cię bez litości. Tyle się wydarzyło w ciągu jednego tygodnia, odkąd się poznaliśmy, tylko dlatego że cię popędzałam. Szczerze mówiąc potrzebowałeś tego!

Gdybyś związał się z jakąś sektą religijną, przygotowywałbyś się do tej chwili latami. Gdybyś był ewangelistą już teraz skoczyłbyś na głęboką wodę. Wiem, że przyszłość to niewiadoma. Zwłaszcza dla ciebie jest tak nieprzejrzysta, że nie możesz dojrzeć jutra, nie mówiąc już o nadchodzącym tygodniu czy roku. Ale osiągniesz je! A ja nie będę cię trzymać za rękę.

Religia? Ewangelista?

– Boże! – krzyknął – Więc tak to traktujesz? Jako misję religijną?

– Tak. Przyznaję. Ale nie w tradycyjnym znaczeniu tego słowa.

Nękające go cienie. Szarość.

– Judith, jestem tylko człowiekiem. Nie podołam!

Dlaczego roztrząsali to na nowojorskiej ulicy, skoro jej atmosfera, a także marsz niweczyły całą subtelność i delikatność sprawy. I nie mogła mówić z sensem, bo nawet dla niej wypadki toczyły się zbyt szybko. Przewidywała, że postęp (przynajmniej ten w umyśle Joshuy) będzie raczej przypominał lodowiec, pełznący od punktu A do B, nie zaś lawinę! A może podświadomie zrozumiała, że powinna działać z kimś pokroju senatora Hilliera. Z nieskomplikowanym pragmatykiem, z którym snułaby plany, który pojąłby, dokąd się go popycha i z radością sam się tam skierował. Natomiast praca z kimś takim jak Joshua Christian przypominała raczej spacer na linie nad Doliną Śmierci.

– Zapomnij o wszystkim. Nie wiem, dlaczego to powiedziałam.

Po prostu napisz książkę, Joshua. Tylko to się liczy.

Oczywiście miała rację. Tak uznał gdzieś koło Bridgeport, na pełnej przystanków trasie do domu, we wlokącym się pociągu. Lucy Greco siedziała cichutko obok i nie absorbowała go swoją obecnością. Czuła, że w ciągu tych trzech godzin, kiedy go zostawiła, coś nim wstrząsnęło.

Nie był głupcem, ani na tyle pochłonięty sobą, by nie zauważać zachowania innych. A drobne fakty – oczy Moshe Chasena przy pierwszym spotkaniu, nadzwyczajne obeznanie Elliotta MacKenzie i Lucy Greco z jego problemami z pisaniem, uwagi Judith Carriol o treści książki – te drobne fakty złożone razem nagle zamieniły się w wielką górę. Wszystko, czego do tej pory dokonał, wydawało się ułudą. Nie oszukuj się, Joshuo Christianie! Twoje poczynania stoją w jaskrawej sprzeczności z tym, co pragniesz robić – po prostu pomagać ludziom.

Nie ufał Judith Carriol. Nie wiedział nawet, czy ją lubi. A jednak od pierwszej chwili stała się jego katalizatorem, którego tak rozpaczliwie potrzebował, by podtrzymywał w nim ogień. Ta straszna, wewnętrzna siła reagowała na Judith Carriol jak potężna bestia na dobrze znaną rękę pana.

Rób to, co musisz. A jutro będzie to, co będzie. Nie wiesz, co niesie ze sobą jutro.

Książka, książka. Szansa. Tak wiele do powiedzenia! Co jest najważniejsze? Jakże to zmieścić między okładkami małej książeczki?

Zatem trzeba wybierać. Książka musi być przystępna. Najważniejsze, to wytłumaczyć czytelnikom, dlaczego coś czują, skąd to wrażenie bezwartościowości, przygnębienia, starości, daremności. Chyba zaczynał rozumieć, dlaczego Judith użyła słów „religia” i „ewangelista”.

Książka, którą zamierzał stworzyć, miała dość mistyczny charakter.

Tak, właśnie o tym zapewne myślała. Wiele hałasu o nic.

Kiedy zyskuje się siłę ducha, na której fundamentach można zbudować lepszą egzystencję, trzeba żyć według ściśle określonych reguł.

Bez odrobiny buntu, obrazoburstwa, tęsknot, przerażenia, załamania.

Tego nie potrzeba w przyszłości, przed którą stanęli: gdy ubywa wody, jest przerażająco zimno, kurczą się grunty uprawne, a cały świat nastawił się przeciw Ameryce. Musi dać ludziom wiarę. I nadzieję.