A przede wszystkim – miłość.
Tak! Z tą inteligentną i zdolną Lucy Greco poradzi sobie! Co więcej się liczy? On? Nie. Judith Carriol? Nie. Wreszcie pojął, co takiego pokochał w tej kobiecie. Zdolność zapominania o sobie. On również to potrafił.
Kiedy pojawił się w kuchni z kolejną elegancką kobietą u boku, mama zamarła z łyżką w ręce, z szeroko otwartymi ustami.
Pochylił się i ucałował ją w policzek.
– Mamo, to Lucy Greco. Pomieszka z nami kilka tygodni, więc może wysprzątaj z naftaliny pokój gościnny i znajdź jeszcze jeden termofor.
– Pomieszka?
– Właśnie. To moja redaktorka. Zostałem upoważniony przez Atticus Press do napisania książki i wyznaczono nam termin, rozumiesz. Nie martw się, ona jest psychologiem, więc zrozumie nasze zwariowane gospodarstwo lepiej niż większość ludzi. Gdzie pozostali?
– Jeszcze nie wrócili. Kiedy dowiedzieli się, że przyjeżdżasz, woleli poczekać z obiadem. – Mama nadal stała, uśmiechając się grzecznie i bezmyślnie. – Och, pani Greco, przepraszam! Joshua, pilnuj garnków. Zaprowadzę panią do pokoju. I nie martw się, kochanie, ten numer z naftaliną to tylko świetny dowcip Joshui. U nas nie ma moli i nigdy nie używałam naftaliny!
Joshua posłusznie zajął się garnkami. Może zachował się niegrzecznie, nie informując rodziny, że zaprosił Lucy, zwłaszcza że zawiadomił ich o swoim przyjeździe. Ale czasem potrzebowali wstrząsu, a ten był znakomity, szczególnie w przypadku mamy. Uśmiechnął się, gdy wpadła z powrotem do kuchni. Wyglądało na to, że była z Lucy tylko tyle, ile nakazywała przyzwoitość.
– Mamo, założę się, że nawet nie pokazałaś pani Greco łazienki.
– Jest pełnoletnia, znajdzie. Co to ma znaczyć, Joshua? Przez tyle lat nie patrzyłeś na kobiety, a teraz nagle przyprowadzasz po dwie na tydzień!
– Judith to koleżanka, z którą właśnie skończyłem pracować, a pani Greco jest – dokładnie tak jak powiedziałem – moją redaktorką.
– Nie robisz ze mnie głupka?
– Nie, mamo…
– Nooo… – burknęła znacząco.
– Możesz być oszołomiona, mamo, ale wiesz co? – odstąpił od kuchenki i wziął ścierkę. Uśmiechnął się do matki.
– Co? – odwzajemniła uśmiech.
– Naprawdę dobra z ciebie dusza – i kucnął, by wytrzeć sos z podłogi, zanim mama pośliźnie się na nim.
Natychmiast wykorzystała jego nastrój.
– Jesteś pewien, że ani troszenieczkę nie interesujesz się doktor Carriol? Byłaby dla ciebie doskonała, Joshua!
– Och, mamo! Raz na zawsze: nie! No dobrze. Może posłuchasz o mojej książce?
– Oczywiście. Ale odłóżmy to do obiadu, żebyś nie musiał powtarzać. Mam kilka nowin. Pozostali już wiedzą, więc powiem ci, zanim przyjdą.
– Co to za nowiny?
Zajrzała do piecyka i wyprostowała się.
– Dziś po południu, o czwartej, ogłosili próbny alarm.
Spojrzał na nią.
– Próbny alarm?
– Tak. Ewakuowali całe Zachodnie Holloman. Nic takiego, zważywszy że jest marzec i większość domów stoi pusta – choć przy ulicach zasypanych półtorametrową warstwą zmarzniętego śniegu to dość trudne. Ale byłoby gorzej, gdyby nie odwilż…
Przerwał jej z grymasem.
– Mamo, opisz wydarzenie, a nie oczywiste fakty!
– Ochchch! – warknęła bezsilnie i pospiesznie opowiadała dalej. – Jak już mówiłam, ewakuowali całe Zachodnie Holloman. Po prostu dobijali się do naszych drzwi, pogonili nas do autobusów i piorunem wywieźli na dworzec kolejowy – wiesz, na tę starą część z żebrakami, z którymi nie wiadomo co zrobić. Dali nam zupy, pokazali film o udzielaniu pierwszej pomocy, a potem około piątej pozwolili wrócić do domu. Dlatego wcale się nie martwię, że spóźniam się z obiadem. Zadzwoniłeś w minutę po tym, jak wróciliśmy.
– Jakie to dziwne.
– Może odkryli wysypisko radioaktywnych odpadów obok starej fabryki broni? Wiesz, tam, gdzie zaczęli lokalną akcję porządkową.
W każdym razie, licznik Geigera jednego z robotników nagle zawył jak syrena, a w chwilę potem mieliśmy na głowie Gwardię Narodową, armię i mnóstwo ważnych oficerów. Właściwie to była niezła zabawa.
Spotkałam ludzi, z którymi nie widziałam się od lat.
Przeczucie, że rodzinę oszukano w jakimś niegodziwym celu, ustąpiło. – No tak, zawsze zastanawialiśmy się, co robią w tym swoim laboratorium, po co im wysokie mury i całodobowy nadzór. Teraz już chyba wiemy, co?
– Powiedzieli, że przenieśli to w bezpieczne miejsce i że lepiej, żebyśmy teraz wrócili do domów.
– Miejmy nadzieję, że to coś nie wróci do nas w przyszłorocznych rybach – powiedział sucho. – Nie robią już tego, kochanie. Teraz wysyłają to na ciemną stronę księżyca.
– Tak twierdzą.
– W każdym razie, pewien miły pułkownik z armii powiedział mi, że prawdopodobnie znów nas ewakuują, bo muszą przeczesać cały teren, żeby upewnić się, że jest czysty, a to może im zająć parę dni.
Drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich reszta rodziny, kipiąc radością z powrotu syna marnotrawnego.
– Nie przyjechał sam – powiedziała mama tajemniczo – ale z przyjaciółką.
Mary, Miriam i Myszka usiłowały okazać entuzjazm; mężczyźni nie musieli się do tego zmuszać.
– Jak długo doktor Carriol zostaje? – spytała Mary kwaśno.
– Ależ to nie jest ona – mruknęła mama. – Ta… pani nazywa się Lucy Greco. Czyż nie ładnie? Sama też jest bardzo ładna.
Rodzeństwo i bratowe wytrzeszczyli na niego oczy. Dr Christian wybuchnął śmiechem.
– Gdybym wiedział, że przyprowadzenie kobiety do tego domu to taka zabawa, dawno bym to robił! – powiedział, ocierając oczy. Och, wy głąby!
– No dobrze, wynocha z kuchni – zarządziła mama. – Dokładnie za pięć minut podam obiad, więc bądźcie uprzejmi przygotować stół.
– Kim ona jest? – zapytała Miriam, rozkładając widelce.
– Po obiedzie. – Joshua nie zdradził już nic więcej. Kiedy weszła Lucy Greco, przedstawił ją wszystkim obecnym, a potem powiedział: – A teraz ani słówka.
Później pili kawę i koniak w salonie. Dr Christian opowiedział rodzinie o książce. Zareagowali dokładnie tak, jak się spodziewał.
Byli zaskoczeni, szczęśliwi i chętni do pomocy.
– To wspaniały pomysł, Josh – powiedział ciepło James w imieniu całej rodziny.
– No tak. Muszę za to podziękować doktor Carriol. To jej pomysł.
Dowiedziawszy się, kto jest prawdziwym autorem projektu, trzy młode kobiety trochę się nastroszyły. Jednak po namyśle uznały, że pomysł i tak jest świetny.
– Zawsze uważałam, że powinieneś napisać książkę – powiedziała Mary. – Ale nie sądziłam, że przezwyciężysz opory, skoro nie dokonał tego nawet nowy głosopis, który dostałeś na Gwiazdkę.
– Wierz mi, ja też tak myślałem. Chyba to dla mnie jedyne rozwiązanie, by ktoś za mnie pisał – powiedział z uśmiechem.
– Pani jest redaktorką? – zagadnął Andrew. Wyglądał wyjątkowo pięknie i urzekająco.
Zareagować na pytanie i na niego.
– Tak, ale wyspecjalizowaną. Wnoszę istotny wkład w proces tworzenia książki w przeciwieństwie do zwykłych redaktorów. Na przykład w przypadku beletrystyki redaktorzy są potrzebni wyłącznie jako krytycy. Ja w ogóle nie zajmuję się beletrystyką. Współpracuję z ludźmi, którzy mają do powiedzenia coś ważnego, ale nie umieją przelać swoich myśli na papier.
– Czyżby autorzy powieści nie mieli nic ważnego do powiedzenia? – zdziwił się James, który uwielbiał beletrystykę.
Pani Greco wzruszyła ramionami.