– To zależy od punktu widzenia. Redaktorzy beletrystyki powiedzą panu, że jedynie literatura piękna przetrwa próbę czasu. Ja osobiście nie jestem zwolenniczką powieści. I to wszystko.
Ożywiona i ciekawa dyskusja toczyła się dalej, a z tuzina starannie wybranych punktów w całym pokoju kamery wideo bezgłośnie nagrywały każde wypowiedziane słowo. Kiedy w niedzielę rodzina przystąpi do pielęgnacji roślin, te błękitnozielone soczewki znikną, ponieważ ludzie, którzy zainstalowali je podczas jakże dogodnego próbnego alarmu, zaaranżują następny w sobotni wieczór.
Gdyby w pokoju nie było tylu roślin, czułoby się słaby zapach świeżej farby, ale liście chłonęły zapachy równie skutecznie, jak absorbowały nadmiar dwutlenku węgla. Użyto taśmy filmowej nowego typu; rejestrowała obrazy i dźwięki na tak krótkim odcinku błony, że wziąwszy pod uwagę ilość ścieżek – wystarczyłaby na ponad dwa tygodnie. Nawet zasilającą kamery energię czerpano poza domem Christianów, by nie pozostał żaden ślad po tej czterodniowej inwigilacji.
Kiedy dr Christian tak nagle wyjechał z Waszyngtonu, dr Moshe Chasen znowu nie mógł skoncentrować się nad programem przesiedleń. W poniedziałek wszedł do biura i wiedział, że nowy kolega wkrótce go opuści, ale spodziewał się jeszcze zobaczyć to długie, chude ciało, zgarbione nad biurkiem, te oczy w ciemnej, zapadłej twarzy. Ale nie było go. W końcu dr Chasen zadzwonił do Johna Wayne’a w poszukiwaniu Judith Carriol i wtedy dowiedział się o ich niespodziewanym wyjeździe.
– Proszę nie kontaktować się z doktorem Christianem – ton Johna Wayne’a wskazywał, że instrukcje wydała szefowa.
– Potrzebuję go! – zawołał dr Chasen.
– Przykro mi. Naprawdę nic na to nie poradzę.
I na tym się skończyło – aż do środy po południu, gdy dr Judith Carriol zjawiła się w jego gabinecie.
– Judith, do ciężkiej cholery, dlaczego nie pozwoliłaś mi pożegnać się z nim? – wrzasnął.
Uniosła brwi.
– Wybacz, Moshe, nie pomyślałam o tym – powiedziała chłodno.
– Akurat!
– Tęsknisz za nim?
– Tak.
– Musisz dać sobie radę bez niego.
Zdjął okulary do czytania i spojrzał na nią badawczo.
– Judith, czym właściwie jest Operacja Poszukiwanie?
– Poszukiwaniem pewnego człowieka.
– Po co?
– Na to odpowie czas. Ja nie mogę. Przepraszam.
– Czy raczej nie chcesz?
– Po trosze jedno i drugie.
– Zostaw go, Judith! – krzyknął z głębi serca.
– O co ci chodzi, do licha?
– Prezentujesz najgorszy rodzaj wścibstwa. Wykorzystujesz innych, by osiągnąć własne cele.
– To nic nadzwyczajnego, wszyscy to robimy.
– Ale nie tak jak ty – powiedział ponuro. – Jesteś zupełnie inna. Może ukształtowały cię te czasy, nie wiem. A może tacy, jak ty, byli zawsze. Ale osiągnęłaś takie wpływy, że możesz naprawdę szkodzić.
– Frazesy – powiedziała pogardliwie i wyszła z gabinetu. Zamknęła cicho drzwi, by pokazać mu, że nic a nic ją to nie obeszło.
Dr Chasen siedział chwilę, gryząc oprawkę okularów, a potem westchnął i wziął do ręki plik wydruków komputerowych. Ale nie mógł ich odczytać bez okularów. Nie włożył ich, gdyż oczy miał pełne łez.
Przez sześć tygodni dr Judith Carriol ani razu nie skontaktowała się z dr. Joshua Christianem. Przez trzy tygodnie oglądała go z rodziną w najdrobniejszych detalach na taśmie wideo, słuchała jego pacjentów i byłych pacjentów, ich krewnych, jego przyjaciół oraz wrogów, nagranych na taśmę magnetofonową. Ciekawe, że żadne informacje w niczym nie umniejszały jej entuzjazmu.
Nawet wtedy, gdy dr Chasen tak ostro wytknął jej konsekwencje postępowania, uważała, że załatwiając swoje sprawy służy jednocześnie sprawie Joshuy. A jej sekretne wywiadowcze działania świadczą o najczystszym, altruistycznym poświęceniu. Gdyby Joshua Christian wiedział o jej poczynaniach i oskarżył ją, tak jak Moshe Chasen, nadal mogłaby spojrzeć mu prosto w oczy i zapewnić z największą szczerością, że wszystko to robiła dla jego dobra. Nie szkodziła świadomie, gdyż dr Christian wyczułby to od razu. I nie była pozbawiona serca, lecz nic w życiu nie skłaniało jej do etycznego zachowania i szlachetności.
W dzieciństwie cierpiała nędzę i pustkę emocjonalną. Gdyby jej sytuacja była gorsza, władze stanowe przeniosłyby ją w bardziej przyjazne środowisko. W nieco lepszych warunkach może ocalałoby w niej trochę łagodności, właściwej każdemu dziecku. Dziesięć lat starsza od dr. Christiana wychowywała się w daleko bardziej okrutnych warunkach. Była dziesiątym z trzynastu dzieci w rodzinie z Pittsburga w czasach, gdy w przemyśle żelaznych nastąpiła recesja.
Nazywała się wtedy nie Carriol, lecz Carroll. Kiedy patrzyła na te lata z perspektywy dokonań, dochodziła do wniosku, że nadmiar dzieci w jej rodzinie był rezultatem raczej zaniedbań i alkoholizmu, niż katolickich frazesów, na które powoływali się rodzice. Z całą pewnością domową atmosferę zdominował odór taniej whisky, a nie pobożność. Judith przeżyła jako jedyna z trzynaściorga dzieci dlatego, że przejmowała się jedynie własnym losem. W wieku dwunastu lat podjęła dorywczą pracę, w której wytrwała przez wszystkie szkolne lata.
Była schludna, prawa i zdrowa, a ponieważ nie kokietowała w pracy, zawsze miała zajęcie. Błagania rodziny o pomoc puszczała mimo uszu. Wkrótce przekonali się, że nawet na torturach nie wyjawi, gdzie schowała pieniądze. W końcu zostawili ją w spokoju, pogardzali nią, dokuczali, ale i bali się jej. Kiedy osiągnęła niemal idealne wyniki w testach i zaproponowano jej pełne stypendium w Harvardzie, Chubb lub Princeton, oznajmiła rodzinie, że zdecydowała się na Harvard, po czym wstąpiła do Princeton. Potem natychmiast zmieniła nazwisko.
Od tego czasu nigdy nie interesowała się rodziną w Pittsburgu.
Traktat w Delhi już podpisano, ona zaś wkrótce po tym historycznym wydarzeniu z wyróżnieniem ukończyła studia. Obroniła dyplomy z psychologii oraz socjologii i wygrała walkowerem konkurs o wolne miejsce w nowo powstałym Departamencie Środowiska. Była też niestrudzonym pracownikiem Augustusa Rome, który przygotował program reorganizacji narodu. Dr Judith Carriol nienawidziła wielodzietne rodziny chyba najbardziej ze wszystkich ludzi na świecie.
Kiedy prezydent Rome ustawicznie przekonywał naród, że nieodwołalnie muszą dołączyć do reszty świata, preferując rodziny z jednym dzieckiem, ona uczyła się wprowadzać tę ideę w czyn. Pojechała do Chin, pioniera na tym polu od 1978 r., Indii, Malezji, Japonii i Rosji, Wspólnoty Bliskiego Wschodu, Eurowspólnoty i wielu innych miejsc.
Nawet do Australii i Nowej Zelandii, które również podpisały traktat w Delhi, pod jednym warunkiem: że (tak jak Kanadę i USA) zostawi się ich w spokoju, począwszy od militarnej inwazji aż do imigracji.
Z chińskim zespołem zjeździła dziesiątki krajów, obserwowała życie, słuchała wykładów, rad.
Departament Środowiska od pierwszego dnia stał się jej domem.
Należała do awangardy olbrzymiego przedsięwzięcia – walki z przeciwnikami rodzin z jednym dzieckiem. Oczywiście postępowali według chińskich metod: apelowali do zdrowego rozsądku, patriotyzmu i kwestii finansowych, unikając indyjskiej metody – przymusowej sterylizacji. To, że program odnosił skutek, bez wątpienia zawdzięczali wszystkim poważnym ciosom, które otrzymał kraj i z których nie zdążył się otrząsnąć. Program powiódł się także dzięki osobistemu wkładowi prezydenta Rome, który na szczęście miał tylko jedno dziecko. Wreszcie dzięki jednemu bezlitosnemu faktowi – wiek oziębienia atmosfery nastał nagle i nic nie należało odkładać na bardziej odpowiedni moment.
Błyskotliwa kariera nie wypełniła emocjonalnej pustyni, po której błąkała się jej dusza, ale umocniła w niej przekonanie, że inteligencją i odwagą wybija się spośród kolegów i koleżanek. I tak nigdy nie uważała, że jej koncepcje i działania mogą mieć jakieś poważne mankamenty. Była realistką, wierzyła w potęgę faktów, a cokolwiek im zagrażało, podlegało anatemie.