Выбрать главу

– Mogłem się domyślić – powiedział sekretarz.

– Czego jeszcze oczekuje pani ode mnie? – zapytał prezydent.

Zmarszczyła brwi z namysłem.

– Nie sądzę, że poniesiemy duże koszty, przynajmniej w tym stadium. Kwestia kilku tysięcy dolarów, to wszystko.

– Miła odmiana – roześmiał się prezydent.

Ciągnęła dalej.

– Doktor Christian sam stworzył sobie publicity, a to duży plus. Elliott MacKenzie z Atticus Press twierdzi, że sprzeda jego książkę w milionach egzemplarzy, a Elliott nie jest głupcem. Dlatego pierwotna propozycja Środowiska, dotycząca wynagrodzenia mu wszystkich stTat, jakie poniesie wydając książkę, jest nieaktualna.

W dodatku doktor Christian bardzo się wzbogaci. Panie prezydencie, oczekuję od pana zupełnie innego rodzaju pomocy. Proszę o zgodę na podróże w najbardziej luksusowych warunkach; chciałabym mieć do dyspozycji samochody, samoloty, helikoptery. – Spojrzała ironicznie na Harolda Magnusa. – Ja również potrzebuję funduszy, jako że zamierzam towarzyszyć doktorowi Christianowi w podróżach.

– Dostanie pani wszystko – zapewnił Tibor Reece.

– Nie zgadzam się z pańską decyzją, panie prezydencie – powiedział Harold Magnus. – Ale czuję się lepiej wiedząc, że doktor Carriol wybiera się z nim.

Teraz, gdy sądził, że Judith romansuje z dr. Christianem, Tibor Reece zainteresował się nią jako kobietą.

– Doktor Carriol, czy mogę zadać pani osobiste pytanie?

– Oczywiście, sir.

– Czy doktor Joshua Christian znaczy coś dla pani jako człowiek?

– Oczywiście!

– A więc, co pani zdecyduje w razie konieczności wyboru między nim a dobrem projektu? Co będzie pani odczuwać?

– Będę nad wyraz nieszczęśliwa, ale zrobię wszystko, by uratować projekt, bez względu na mój stosunek do doktora Christiana.

– Mocne słowa.

– Tak. Ale poświęciłam pięć lat na ten program i nie zamierzam wyrzucić mojej pracy przez okno z powodu prywatnych uczuć. Przykro mi, jeśli to brzmi nieludzko, ale to prawda.

– Czy byłaby pani szczęśliwa, wyrzucając za okno swoją pracę?

– Nie, sir – powiedziała stanowczo.

– Rozumiem – prezydent położył ładnie ukształtowaną dłoń na pokaźnej stercie kaset wideo, akt i rękopisów. – Operacja Poszukiwanie jest już nieaktualna. Musimy nadać jej nową nazwę.

– Już ją wymyśliłam, panie prezydencie – powiedziała szybko, by nie mieli czasu na zastanowienie.

– Ach! Wyprzedziła nas pani! A więc, słuchamy.

Odetchnęła głęboko z uczuciem tryumfu.

– Operacja Mesjasz.

– Brzmi złowrogo – ocenił Tibor Reece.

– Zawsze taka była – odpowiedziała.

Joshua Christian nie tęsknił za Judith, niewiele o niej myślał. Zbyt był pochłonięty książką i prowadzeniem normalnej praktyki. Pisanie inspirowało go i porywało. Przepiękne, płynne, wyjątkowo trafne słowa łączyły się w takie same zdania, brzmiące jak jego głos. To cud!

Mama, James, Andrew, Mary, Miriam i Martha niezmordowanie wspierali go z całego serca, pomagali mu w obowiązkach, nie zadawali żadnych pytań, cierpliwie znosili jego roztargnienie. Przemeblowali cały numer 1047, by był jak najwygodniejszy dla niego i jego niedostępnej sekretarki, gotowali, prali i doglądali za niego rośliny, wtajemniczając w to wszystko pacjentów (wiecie, on pisze książkę, pomyślcie, co to znaczy dla ludzi, którzy go potrzebują, a dla których nie ma czasu!). Nigdy nie narzekali, nie krytykowali go ani nawet nie oczekiwali, że zauważy i doceni ich poświęcenie. Gdy zaś wyrażał wdzięczność, ogarniał ich zapał i miłość.

Wiele godzin spędził z Lucy Greco na bezowocnych rozmowach, gdy myślał bezładnie albo mówił o sobie, choć był najmniej ważny.

Ale te godziny zaowocowały, gdy skierował entuzjazm i myśli na drogę, którą podążała za nim Lucy Greco. A później, kiedy szedł do pacjentów lub zaszywał się gdzieś, żeby przemyśleć jakiś szczególnie zawikłany problem, ona zasiadała w numerze 1047, przeznaczonym na jej gabinet i zapisywała te cudowne słowa, które tak go porywały, gdy je czytał. Wielki głosopis IBM-u, z którego dr Christian nigdy nie korzystał, teraz się jej przydał.

Kiedyś zastał ją przy tym urządzeniu. Spojrzał na plakietkę z boku maszyny i westchnął.

– Co? – zdziwiła się. – Wyprodukowane w Scarlatti, Południowa Karolina – powiedział smutno. – Widzisz, kiedyś w Holloman wytwarzano sporo maszyn do pisania. Fabryka nadal stoi. Chodzę tam czasem. Łatwo wejść do środka, gdyż od dawna nie ma tam nawet dozorcy. Kto by kradł matryce, uchwyty i tłoki, nieprzydatne do innych celów. Tak więc fabryka stoi pusta, pełno w niej rdzewiejących warsztatów, podłogę zalegają odpadki, a z krokwi zwisają sople.

– Może pojedziesz do Scarlatti? – zapytała Lucy, nie rozumiejąc o co chodzi. – Jest tam z pół tuzina fabryk, produkujących maszyny do pisania. Z pewnością nowoczesnych, świetnie zagospodarowanych.

– Nigdy w to nie wątpiłem – powiedział z urazą.

Lucy westchnęła.

– Josh, czasami strasznie utrudniasz mi życie. Jestem tu, by pomóc ci napisać książkę o pozytywnych wartościach, a co mnie spotyka? – Zamknęła oczy, by skupić się i nie brać niczego do siebie. – Mnóstwo twoich rozważań wynika z tęsknoty za światem, który-jak tłumaczysz czytelnikom – przemknął i nigdy nie wróci.

Pomyśl o straconym czasie! I o tym, jak rażące było twoje postępowanie! Kiedy ruszysz w podróż, reklamującą książkę, nie popadnij w nostalgię. Zrozum, przecież chcesz przekonać ludzi, że nie stać ich na nostalgię! A zatem ciebie tym bardziej, Josh. Przyjmij to do wiadomości. Nie postępuj w stylu „róbcie to co wam mówię”, ale „róbcie to co i ja”. W przeciwnym razie wszystko obróci się przeciw tobie.

Ukłuty. Przekłuty. Oklapły. Zniszczony.

– O Boże! Masz absolutną rację! – krzyknął i nagle skulił się jak zepsuta, porzucona marionetka. Później roześmiał się, zerwał z krzesła i puścił w pląsy po całym pokoju, szarpiąc swoje sztywne czarne włosy. – Absolutną rację! Absolutną! Och, kobieto, tak strasznie brakowało mi ciebie i Judith Carriol! Waszych świeżych umysłów i dusz, które wysłuchałyby mojego bajdurzenia zamiast tych słodkich, uległych, pełnych poświęcenia fanatyków zza ściany! Jak mogę uporządkować myśli, kiedy oni słuchają mnie z nastawieniem: „Kochamy cię, Joshua, ty się nie możesz mylić” i nie odważą się na konstruktywną krytykę? Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

Zatrzymał się.

– Chcę powiedzieć – och, jak wspaniałe są mocne uczucia, jeśli nie damy się im opętać i jakim wspaniałym przyjacielem może być czas, a wszystko, co wydarzyło się kiedykolwiek, ma swój cel. Chcę powiedzieć, że stare może ustąpić nowemu, a odwaga i siła są równie godne miłości, co słabość – zamilkł i spojrzał na nią. – Dlaczego nie potrafię tego napisać – zezłościł się. – Umiem przemawiać do każdej publiczności! Jakbym miał język ze srebra, słowa ze złota i skrzydlatą duszę. Ale połóżcie przede mną czystą kartkę, magnetofon albo jeden z tych fantastycznych głosopisów, a wszystkie słowa gdzieś mi uciekają, kryją się, nie umiem ich przywołać.

– No cóż, to może być blokada psychiczna lub fizyczna stwierdziła, raczej po to, by go uspokoić, niż zaspokoić ciekawość.

– Na pewno – odpowiedział natychmiast. – To jakaś forma upośledzenia mózgu – skrzep, zator, narośl, blizna czy coś podobnego, a na tym wszystkim gnijąca kloaka mojej podświadomości.

Nie mogła powstrzymać śmiechu.

– Och, Joshua! Jesteś tak delikatny i dobry, że nie wierzę, by twoja podświadomość odbiegała od normy!

– Nawet na świetnie zorganizowanym statku gromadzą się brudy. I w idealnym domu potrzebna jest kanalizacja, więc ludzkie umysły też podlegają temu prawu.