– Ty? A czego ci brakuje?
Roześmiała się, a uśmiech dodał jej jeszcze urody.
– Ciebie i Judith.
– Nie ma mowy, mamo. – Ruszył dalej. – Szanuję ją. Może nawet lubię. Ale nie pokochałbym. Widzisz, ona nie potrzebuje miłości.
– Nie zgadzam się z tobą – oznajmiła mama zdecydowanie. Niektórzy doskonale kryją się ze swoimi uczuciami. Ona też. Wiem tylko, że to odpowiednia kobieta dla ciebie.
– O, spójrz, mamo! Koncert! – przyspieszył kroku, schodząc po zboczu pagórka w stronę jeziora, na którym czterej muzycy na umajonym pontonie grali Mozarta.
Mama dała za wygraną. Trudno konkurować z Mozartem.
Lato nabrzmiało upalnym powietrzem, świeżym i och, tak odurzającym. Było bardziej ulotne teraz, gdy ludzie zdawali sobie sprawę z krótkotrwałości kanikuły, ale ani trochę mniej gorące, gorące, gorące; jak miejsce tak arktycznie lodowate w zimie zmienia się w tropik latem? Już przed epoką lodu, od siedemnastego wieku, mieszkańcy północnych stanów zadawali sobie to pytanie. Jedyna różnica między latem drugiego i trzeciego tysiąclecia polegała na tym, że teraz trwało krócej o blisko cztery tygodnie.
W opustoszałych zimą miastach północy i środkowym zachodzie zapomniano o wakacjach, gdy ludzie w pierwszych dniach kwietnia wyruszali w długą i żmudną powrotną podróż z południa i rozpoczynali ciężką harówkę po przymusowym lenistwie. Podobnie jak w poprzednich latach, wiosną 2032 r. mniej osób wróciło na północ niż ewakuowano. Coraz więcej ludzi osiedlało się w południowych miastach Grupy A i B na linii Mason-Dixon.
Dwadzieścia lat temu, gdy przesiedlenia dopiero rozpoczęto, nikt nie chciał wynosić się z północy. Teraz stan rzeczy zmienił się i lista starających się o przesiedlenie wydłużała się, a nękany przez przesiedleńców rząd wciąż mnożył liczbę stałych miejsc zamieszkania. Oczywiście, wielu wzgardziło pomocą rządu. Sprzedali wszystko co mogli i kupowali cokolwiek na południu. Ponieważ jednak wartość własności na północy i środkowym zachodzie wciąż spadała, większość ludzi po prostu nie stać było na przesiedlenie, bez wsparcia rządu. Nowe fortuny powstawały w taki sposób, w jaki stare upadały; budowniczowie, pośrednicy w handlu nieruchomościami i spekulanci nabijali sobie kabzę, a drobni przedsiębiorcy z północy i ludzie z wykształceniem podupadali. W najcieplejszych południowych stanach rozpaczliwie walczono o ograniczenie koczowisk i przyczep mieszkalnych, wykrzykując żale do lewego ucha Waszyngtonu, z kolei z najbardziej wysuniętych na północ stanów wykrzykiwano prośby do prawego ucha.
Wszyscy zaś uczynili najważniejszym punktem w walce o zrównanie praw model rodziny z jednym dzieckiem. I, co dość dziwne, więcej osób nalegało, by rząd pozwolił im zostać na południu, niż zwalczało ustawę o ograniczeniu urodzin.
Wyjąwszy rejony, niegdyś zamieszkane przez społeczność murzyńską i hiszpańską, całe Holloman ożyło po pierwszym kwietnia. Nadal było więcej domów pustych, ale w każdym bloku w jednym lub dwóch mieszkaniach zdjęto zimowe oszalowania, a firanki w otwartych oknach powiewały dumnie jak flagi. Na ulicę wyszli przechodnie, otworzono podmiejskie centra handlowe, autobusy jeździły częściej i liczniej, a w kilku istniejących fabrykach pracowano przez siedem dni w tygodniu. Zimowy brud uprzątnięto z każdego zakątka, więc opłakany stan miasta się poprawił. W kinach znów wyświetlano filmy, otworzono wiele restauracji, kawiarni, barów i budek z lodami.
Na szosach nagle pojawiły się elektryczne pojazdy na baterie słoneczne. Ci, którzy spieszyli się do pracy i szkoły, łapali autobusy i trolejbusy. Inni korzystali z powolnych elektrycznych pojazdów. A wielu wolało spacer. Może duchowo ludzie pogrążali się w depresji i apatii, ale fizycznie nigdy nie byli w lepszej formie.
Pod koniec września ta krótka letnia euforia zanikała. Za dwa miesiące rozpoczną się przesiedlenia, ale słońce już teraz słabiej grzało. Dwa miesiące na spakowanie rzeczy, niepotrzebnych na południu, zlikwidowanie interesów, a potem zaczną wydzwaniać i wystawać w kolejkach do urzędu, by dowiedzieć się, jak i kiedy odbędzie się zimowy exodus. A tymczasem wspaniałe babie lato, które teraz nastało we wrześniu, nie zaś w październiku, rozpoczęło swoje czary z upalnymi dniami i zimnymi nocami, barwiąc drzewa na czerwono, żółto, pomarańczowo, miedziano, bursztynowo i purpurowo. Ale w Holloman myślano tylko o tym, jak zimne będą noce i zamykano okna oraz drzwi. Tępy, monotonny, przerażająco cierpliwy smutek opadł na miasto wraz z pierwszą mgłą. Ludzie opowiadali, z jaką przyjemnością wyjadą, najlepiej na stałe. Komu podoba się takie życie, wieczne pakowanie się i przenoszenie? Komu w ogóle podoba się życie? Wskaźnik samobójstw wzrastał, oddziały psychiatryczne w szpitalu Chubb-Holloman i Katolickim Szpitalu w Holloman pękały w szwach, a w klinice Christianów odprawiano pacjentów z kwitkiem z braku miejsc.
Z Waszyngtonu nadeszły pocieszające wiadomości, że od roku 2033 czasowe przesiedlenia bardziej dopasuje się do warunków atmosferycznych: tylko pół roku na północy, od początku maja do końca października, i pół roku na południu, zamiast dotychczasowych czterech miesięcy. Oczywiście nie wszyscy wyjadą tego samego dnia; przesiedlenie na tak wielką skalę zajmie kilka tygodni, choć miało być przeprowadzone z maksymalną sprawnością ze względu na oszczędność nafty, węgla, drewna i przy minimalnych formalnościach.
W żadnym kraju na świecie nie dokonano by tak wiele w tak krótkim czasie co w Stanach Zjednoczonych, gdy zależało na tym władzom.
Ale dla ludzi pokroju burmistrza d’Este z Detroit nie były to dobre wieści; dla niego oznaczały początek końca i widmo zagłady dla miast północy i środkowego zachodu. Miasta z zachodniego wybrzeża, jak Vancouver, Seattle i Portland przetrwają dłużej, ponieważ tam jest cieplej, ale w końcu też upadną. Ci, którzy chcieli pozostać całą zimę w skazanych na zagładę miastach (szacowano, że to potrwa jeszcze z dziesięć lat), nie będą zmuszani do wyjazdu, tak jak kobiet protestujących przeciw modelowi rodziny z jednym dzieckiem nie zmuszano do aborcji czy sterylizacji. Po prostu nie udzielano im pomocy, ulg podatkowych, opieki społecznej.
– Nie chcę jechać na południe! – krzyknęła mama, gdy zebrali się w salonie, by porozmawiać o tych hiobowych wieściach z Waszyngtonu.
– Ani ja – stwierdził spokojnie dr Christian i westchnął. – Ale musimy, mamo. To nieuniknione. Chubb poprosił o przeniesienie, zaczynają od następnego roku, skończą koło 2040. Margaret Kelly dzwoniła wczoraj, żeby mi to powiedzieć. A propos, jest w ciąży.
Andrew wzruszył ramionami.
– No, skoro Chubb odchodzi, to już koniec z Holloman. Dokąd?
Dr Christian roześmiał się cicho.
– Z pewnością nie do żadnej ze swych filii w Unii. Kupili sporo ziemi pod Charlestonem.
– Mamy jeszcze czas, żeby zastanowić się, dokąd pójdziemy powiedział James. – Och, Josh! Kiedy wydarza się coś nowego, przystosowujemy się, wraca stabilność. Można powtarzać, że to złudne uczucie, ale nie tłumi to szoku, gdy nadchodzi następny wstrząs, prawda?
– Tak.
– Skąd ta decyzja? – spytała Miriam.
– Chyba wskaźnik urodzin i populacji obniżył się gwałtowniej, niż przewidziano – powiedział dr Christian. – Albo… kto wie?
Może mój przyjaciel doktor Chasen i jego komputer uznali, że nadszedł czas na ruch. Fenomen przesiedlenia – jeśli wolno mi to tak nazwać – trzeba przeprowadzić na wyczucie. To rzecz bez precedensu, chyba że weźmiemy pod uwagę masowe migracje narodów środkowej Azji. Ale ostatnia miała miejsce ponad tysiąc lat temu. Jedno jest pewne. Tej decyzji nie podjęto bez zastanowienia. Więc chyba wyruszymy.
– Nasza piękna klinika! – rozpaczała Miriam.
Mama płakała.
– Nie wyjadę, nie wyjadę! Och, proszę, Joshua, zostańmy. Nie jesteśmy biedni, przetrwamy!