Wyjął z kieszeni chusteczkę, podał ją Jamesowi, który przekazał ją Andrew, a ten pochylił się i osuszył twarz matki.
– Mamo, zostaliśmy w Holloman, bo wiedzieliśmy, że ci, którzy nie pojechali na południe, a także ci, którzy przenoszą się tylko na zimę, będą nas potrzebować najbardziej – tłumaczył cierpliwie dr Christian. – Ale teraz musimy przenieść się na południe, bo sądzę, że najgorsze będą pierwsze lata tego nowego etapu. Jedziemy tam, gdzie nas teraz potrzebują.
Mama skuliła się i zadrżała.
– Pewnie do jakiejś dziury w Teksasie, prawda?
– Jeszcze nie wiem. Może moja podróż reklamowa w listopadzie naprowadzi mnie na jakiś trop, jeśli odwiedzę wiele miejsc. W każdym razie, pora się rozglądać.
Andrew ucałował powieki mamy i uśmiechnął się do niej.
– No już, mamo, dosyć łez, uszy do góry!
– Och! – westchnęła Myszka, tak niespodziewanie, że wszyscy spojrzeli na nią.
– Och? – powtórzył dr Christian z miłością.
Ale ona wiedziała, co to za uczucie: miłość ojca do najmłodszego dziecka, brata do małej siostrzyczki. Dlatego przytuliła się do Mary, siedzącej obok na kanapie, a ta podała jej rękę, przywarła konwulsyjnie.
– Pani Kelly w ciąży – wykrztusiła wreszcie. – Czy to nie miła wiadomość?
– Owszem. – Dr Christian wstał. Spojrzał na matkę. – Nie opłakuj zmarłych, mamo. Mała Myszka ma rację. Ciesz się z żywymi.
Wyszedł na ganek, zamykając drzwi tak szybko, by nikt nie podążył za nim. Widoczny znak, że chce zostać sam.
Było cicho i bardzo zimno, ale sucho. Zbyt wiele zmian. Oparł się o oblodzoną drewnianą balustradę ganku. Ostatnio rodzina przeszkadzała mu myśleć, ale dziś było inaczej. Przypomnieli mu, że jest odpowiedzialny nie tylko za społeczeństwo, ale i za los najdroższych najbliższych. Uciekam od nich, im szybciej idę ku bezimiennemu tłumowi, tym bardziej oddalam się od rodziny. Dlaczego zmieniamy się?
Oni się boją, są smutni. I mają podstawy po temu. A jednak nie potrafię wykrzesać z siebie uczuć równie silnych, co kiedyś. Jestem zbyt wyczerpany, by obchodzić się z nimi tak cierpliwie i łagodnie jak powinienem!
Bestia mieszkająca w jego wnętrzu zatopiła w nim kły i szarpała go bezlitośnie. Puścił poręcz i włożył rękę pod sweter, a potem pod koszulę, okrywającą jego chudą pierś, jakby chciał wyrwać to coś, co dręczyło go i rozdzierało. Chciał zapłakać, by złagodzić ból. Zamknął oczy; nie wykrzesał łez.
„Boże przekleństwo: nowe ujęcie problemu nerwicy tysiąclecia” ujrzało światło dzienne pod koniec września. Pudło egzemplarzy autorskich dostarczono dr. Joshui Christianowi nazajutrz, gdy pierwsza partia książek opuściła drukarnię Atticusa pod Atlantą w stanie Georgia. Atticus posiadał też drukarnię w Kalifornii Południowej, zaopatrującą zachodnią część kraju.
Cóż za nadzwyczajne uczucie – zrozumiał dr Christian – zobaczyć na pięknie wydrukowanej i oprawionej książce swoje nazwisko.
Nigdy w życiu nie doświadczył czegoś tak nierealnego. Nie czuł szczęścia, którego się spodziewał. Oznaczałoby ono, że wszystko to dzieje się naprawdę, a wszystko, co dotyczyło książki, było nierzeczywiste.
Oczywiście ma dość czasu, by przywyknąć, że książka naprawdę istnieje, zanim wyruszy w podróż reklamową. Premierę wyznaczono na koniec października. Następne tygodnie upłyną komiwojażerom Atticusa na prezentowaniu książki księgarzom w całej Ameryce. Potem książkę w wielkich ilościach roześlą do księgarni. Poszczególne egzemplarze rozda się też za darmo ludziom, którzy po przeczytaniu przedstawiają w telewizji, radiu i prasie.
Gdy książka pojawiła się na Oak Street w Holloman, życie stało się dla dr. Christiana nierealne. Nie miał ani chwili wytchnienia, bo w tym samym dniu, w którym dostał egzemplarz, Mary zadzwoniła do jego gabinetu.
– Joshua, nie wiem, czy rozmawiałam z umysłowo chorym pacjentem, czy to było na poważnie – powiedziała dziwnym głosem. Może lepiej sam odbierz, dobrze? Mówi, że jest prezydentem Stanów Zjednoczonych, ale to nie brzmi jak mowa wariata.
Dr Christian z pewną obawą podniósł słuchawkę telefonu.
– Tu Joshua Christian. Czym mogę służyć?
– O, świetnie – usłyszał niski, znajomy głos. – Nazywam się Tibor Reece. Zwykle nie muszę wyjaśniać, kim jestem, ale dzwonię do pana osobiście z bardzo ważnego powodu.
– Tak, panie prezydencie?
– Przeczytałem pańską książkę, doktorze, i jestem poruszony.
Ale nie telefonuję, by powiedzieć tylko o tym! Chciałbym prosić pana o przysługę.
– Oczywiście, panie prezydencie.
– Czy zechciałby pan przyjechać na parę dni do Waszyngtonu?
– Tak, panie prezydencie.
– Dziękuję. Przykro mi, że przeszkadzam w pracy. Niestety, poufny charakter całej sprawy uniemożliwia mi zorganizowanie dla pana środka transportu lub udzielenia gościny. Ale jeśli dotrze pan do Waszyngtonu na własną rękę, zarezerwuję na pańskie nazwisko miejsce w hotelu Hay-Adams. Jest wygodny, a mieści się blisko Białego Domu. Czy zniesie pan te niedogodności, doktorze?
– Oczywiście, panie prezydencie.
W słuchawce rozległo się westchnienie ulgi.
– Skontaktuję się z panem w Hay-Adams w… sobotę?
– W tę sobotę, panie prezydencie. – Czy trzeba mówić „panie prezydencie”, czy też czasem można wtrącić „sir”? Dr Christian zdecydował, że podczas spotkania zaryzykuje i od czasu do czasu powie „sir”. Jak inaczej uniknąć sztuczności?
– Bardzo dziękuję, doktorze. I jeszcze jedno, jeśli można.
– Naturalnie, sir – odważył się dr Christian.
– Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby zachował pan to dla siebie.
A więc, do soboty?
– Tak, panie prezydencie – lepiej nie przeciągać struny z tym „sir”.
– Jeszcze raz dziękuję. Do zobaczenia.
Dr Christian z zakłopotaniem wpatrywał się w słuchawkę. Po chwili wzruszył ramionami i odłożył ją.
W interkomie rozległ się głos Mary.
– Josh? Wszystko w porządku?
– Tak, dziękuję.
– Z kim rozmawiałeś?
– Jesteś sama, Mary?
– Tak.
– To naprawdę był prezydent. Muszę jechać do Waszyngtonu, ale prosił, żeby o tym nie rozpowiadać – westchnął. – Jest czwartek po południu, a on chce, żebym zjawił się w sobotę rano. Ale to sprawa poufna, więc tym razem nie będę korzystał w podróży z żadnych przywilejów. Załatwisz mi bilet na jutrzejszy pociąg?
– Zgoda. Pojechać z tobą?
– Dobry Boże, nie, poradzę sobie! Jaką by znaleźć wymówkę dla rodziny na tak nagły wyjazd do Waszyngtonu?
– Proste – stwierdziła Mary sucho. – Powiedz, że musisz spotkać się z doktor Carriol.
– Dlaczego o tym nie pomyślałem? Ależ z ciebie mądra dziewczynka!
– Nie jestem mądra. To tylko ty czasami głupiejesz, Joshuo Christianie! – Przerwała połączenie z głośnym trzaskiem.
– Chyba czymś się jej naraziłem – mruknął do siebie.
Poufny charakter sprawy nie pozwolił prezydentowi na udzielenie dr. Christianowi gościny w Białym Domu, ale zarządzenia, jakie wydał z okazji jego przyjazdu do Waszyngtonu były naprawdę miłe, a gdy chciał okazać kartę Totocred, machnięto ręką. W sobotnie popołudnie siedział już w hotelowym pokoju i czekał na telefon od Tibora Reece.
Prezydent zadzwonił około drugiej i dr Christian wyczuł, że nie telefonował po raz pierwszy. O, rety. Ale nie czynił mu żadnych jawnych czy zakamuflowanych wymówek; po prostu był szalenie zadowolony, że Joshua przyjechał.
– Przyślę po pana samochód o czwartej – poinformował i odłożył słuchawkę tak szybko, że dr Christian nie zdążył powiedzieć, iż chętnie się przespaceruje.
Nie miał nawet okazji dobrze przyjrzeć się Białemu Domowi, tak szybko pokojówka poprowadziła go przez różne korytarze do pomieszczenia, sprawiającego wrażenie prywatnego salonu. Kiedy później przypominał je sobie, pamiętał głównie uczucie zawodu. Wnętrze nie równało się pod względem piękna lub elegancji z jakimkolwiek europejskim pałacem ani nawet większymi posiadłościami, które w szkole oglądał na filmach wideo. Uznał je za zimne i ponure. Może spowodowały to częste zmiany lokatorów i odmienne gusta każdej kolejnej First Lady? Z pewnością odstawało od parteru numer 1047 przy Oak Street, przynajmniej w skromnej opinii dr. Christiana.