Выбрать главу

Wściekłość niemal ją opuściła.

– Może – przyznała niechętnie. – Miejmy nadzieję. Ale jak on śmiał, Moshe? Jak śmiał postąpić tak bez porozumienia ze mną, bez pytania mnie o radę?

Dr Chasen spojrzał na nią chytrze.

– A może dowiedzieć się prawdy do Joshuy?

Posłała mu kolejne złowróżbne spojrzenie.

– Niby jak to zrobić dyskretnie? W jednym ze swoich wcieleń jest kochanym, słodkim, fajtłapowatym głupcem, ale w innym to najinteligentniejszy i najbardziej spostrzegawczy facet, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Nie wiem, czy poznam go na tyle, żeby wiedzieć, kiedy zmienia wcielenia. Cholera! Cholera, cholera, cholera!

Moshe Chasen wpadł na pomysł, który wydał mu się rozwiązaniem.

– Mój Boże! Nie wiedziałem.

– Czego?

– Ty kochasz Joshuę!

Zerwała się na równe nogi, szybka i przerażająca niczym kobra.

Dr Chasen szarpnął się do tyłu wraz z krzesłem.

– Nie kocham Joshuy – obnażyła zęby. – Kocham Operację Mesjasz.

Odwróciła się i wyszła.

Moshe podniósł słuchawkę i wystukał numer Johna Wayne’a.

– John? Jeśli masz trochę zdrowego rozsądku, wykop sobie jakąś dziurę i schowaj się. Wraca szefowa w nie najlepszym humorze.

Wydruki komputerowe straciły jakoś zwykły urok. W końcu dr Chasen dłuższy czas po prostu wyglądał przez okno. Cholera. O ileż łatwiej radzić sobie z tłumami, gdy zredukuje się je do ładnych, anonimowych cyferek. Ciekawe, czy Judith przeżyje pierwsze spotkanie z człowiekiem z krwi i kości.

„Boże przekleństwo – nowe ujęcie problemu nerwicy tysiąclecia” autorstwa Joshuy Christiana, doktora filozofii (Chubb), ukazało się w piątek, 29 października 2032 roku, jednocześnie jako broszura i w twardej okładce, wydane przez Atticus Press, choć na broszurze widniał nadruk Scroll Books.

Plotki w wydawnictwie osiągnęły punkt wrzenia pod koniec września. Natomiast wśród handlowców zaczęły rozprzestrzeniać się od Nowego Jorku przez Londyn, Paryż, Mediolan i Frankfurt od końca lipca; wreszcie w połowie sierpnia niespotykaną tajemnicę, do tej pory okrywającą książkę, ujawniono przez wydanie odbitki szczotkowej, prezentowanej w wielkich księgarniach. Wykonano dwa tysiące kopii, rzecz jasna, nie na sprzedaż. A ponieważ każdy spodziewał się po cichu, że kiedyś staną się białymi krukami, ci szczęściarze, którym je powierzono, zabierali je wszędzie, nawet do toalety.

W całym przemyśle wydawniczym powtarzano nazwisko dr. Joshuy Christiana, w gazetach publikowano drobne artykuły o książce i tylko męka podróży powstrzymywała dziennikarzy od przedwczesnego najazdu na Holloman. Oczywiście znalazło się kilku nieustraszonych łowców sensacji, ale ich wysiłki nie opłaciłyby się zupełnie, gdyby nie mama, będąca kimś o wiele znaczniejszym niż jedynie godnym przeciwnikiem. Poza tym wyglądała o wiele za młodo jak na matkę wybitnego doktora filozofii. Prawdę powiedziawszy, zagustowała w komplementach.

Po gorącej debacie w Atticusie zdecydowano, że świat nie powinien wiedzieć zbyt wiele o dr. Joshui Christianie, dopóki nie wystąpi w programie NBC „Wieczór z Bobem Smithem” w piątek 29 października. Kierowniczka działu reklamy Atticusa nadal nie wierzyła własnemu szczęściu – załatwiła wspaniały, najlepszy w kraju program.

Nigdy dotąd w historii „Wieczoru” nie goszczono nieznanego pisarza, zanim książki nie przeczytano przynajmniej w części kraju. Ale kiedy kierowniczka działu reklamy podniosła słuchawkę, by rozpocząć starą gadkę: „cześć – jak – leci – kochany – staruszku mam – dla – ciebie – gościa”, nagle wszystko potoczyło się jak pod wpływem czarów, zwykle spotykanych tylko w bajkach. Zgadzano się na występ dr. Christiana, zanim oszołomiona kierowniczka rozpoczęła przemowę. Jasne, jasne, w każdej chwili, oczywiście, tylko powiadomcie nas wcześniej. A autorzy programów takich jak „Wieczór z Bobem Smithem” nigdy nie pozwalali gościom na występ, nie przeprowadziwszy z nimi wyczerpującego wywiadu wstępnego. Teraz łamano odwieczne zasady, by zaprezentować dr. Christiana. Niejeden usiłował załatwić sobie wyłączność. Niesłychane! Wspaniałe! Co się działo, jak rany?

Oczywiście książka była znana na długo przedtem, zanim została oficjalnie wydana, a na liście bestsellerów „Timesa” zajęła pierwsze miejsce. „Publishers Weekly”, „Kirkus Reviews” i „Times Book Review” zaczynały się artykułami o „Bożym przekleństwie…” i autorze.

Ale najbardziej napawała nadzieją wszystkich przedstawicieli Atticusa reakcja księgarzy. Nie tryskali entuzjazmem, nie wykrzykiwali pochwał. Mówili o książce z najwyższym szacunkiem i nie chcieli rozstawać się z kopiami, jeśli nie były to zazdrośnie strzeżone odbitki szczotkowe.

Całe kierownictwo NBC nie zdołało sprawdzić, czy Bob Smith przeczytał „Boże przekleństwo…” Odmówił bowiem poznania książki, której autora miał gościć w programie. Uważał, że jego stosunek do pisarza będzie pozbawiony obciążeń. Metoda ta wyjątkowo dobrze przeszła próbę czasu.

Atlanta w stanie Georgia była siedzibą wszystkich państwowych stacji nadawczych. Przeniosły się tu z Nowego Jorku w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia, a z Los Angeles w początkach trzeciego tysiąclecia, z powodu wygórowanych podatków, kłopotów z lotniskami, związkami, opłatami za gaz i masą innych problemów. Nie wiedzieli, dokąd pójdą, gdy Atlanta przestanie ich potrzebować, ale uważali, że zawsze znajdzie się miejsce, w którym powitają ich z otwartymi ramionami, i prawdopodobnie mieli rację.

Zanim dr Joshua Christian wyjechał do Atlanty, by uczestniczyć w „Wieczorze z Bobem Smithem”, przeżył koszmar wielkiej konferencji prasowej, przeznaczonej wyłącznie dla dzienników. Periodyki, magazyny, niedzielne dodatki i inne gazety musiały czekać na dr.

Christiana w Atlancie. Dotyczyło to również radia. Joshua spisał się na konferencji zaskakująco dobrze, bez skrępowania znosząc oślepiające błyski fleszy i pytania, rzucane przez ludzi, których niemal nie widział. Ale nie nadarzyła mu się żadna okazja do zabłyśnięcia, co ucieszyło kierowniczkę działu reklamy, zamierzającą zachować najlepsze dla Boba Smitha.

Tego człowieka otaczały tajemnice, których nie potrafiła zgłębić.

Na przykład: jak Atticus zorganizował dla niego helikopter, którym latał, gdziekolwiek mu się podobało. Nawet Toshio Yokinori, laureatka nagrody Nobla w dziedzinie literatury i w dodatku jedna z największych gwiazd filmowych, nie mogłaby o to poprosić. Nie zrażona niczym kierowniczka pojechała z dr. Christianem samocho’ dem spod Atticusa przy Park Avenue na stare lotnisko helikopterów przy East River, niespokojna o niego jak kwoka o jedyne pisklę.

Strzepywała mu pyłki ze starej tweedowej marynarki i użalała się nad błękitnym śladem zarostu na jego twarzy. A on, kochany, nawet nie mrugnął okiem.

Przewieźli go z Nowego Jorku do Atlanty w małym, zgrabnym helikopterze, należącym, jak wiedział, do floty lotniczej prezydenta.

Helikopter osiągał niemal prędkość dźwięku. Wewnątrz urządzony był jak luksusowy salon. Dr Christian, nigdy nie zdradzający naiwności w sprawach gnębiących jego rodaków, prywatnie bywał na tyle naiwny, że uznał ten środek transportu za standardowe udogodnienie, przeznaczone dla autorów Atticusa (kierowniczka trzymała język za zębami). Z pewnością nie miał pojęcia, że całe przedsięwzięcie finansował rząd Stanów Zjednoczonych – od helikoptera po auta i hotele.

Szybki, zwrotny helikopter wylądował na chwilę w Waszyngtonie, by zabrać dr Judith Carriol.

Dr Christian niezwykle ucieszył się na jej widok. Oczywiście mama chciała z nim pojechać, a James mężnie zgłosił swój akces, ale nie mogli sobie pozwolić na podróż, trwającą 10 tygodni. Mary również oferowała mu pomoc, ponuro i niechętnie. Odmówił jej z tego samego powodu. Miał nadzieję, że Lucy Greco poleci z nim do Atlanty, a jeśli nie ona, to Elliott MacKenzie, albo kierowniczka działu reklamy. Wizja samotnego lotu na pokładzie helikoptera nieco go zniechęcała.