Jeszcze nigdy nie podróżował w powietrzu. Zanim dorósł na tyle, by marzyć o lataniu, samoloty wycofano z użytku, z wyjątkiem kilku rejsów o szczególnej ważności. Zawsze były zarezerwowane przez osoby, posiadające z racji zawodu lub potrzeb odpowiednie przywileje. Zwykli śmiertelnicy podróżowali zatłoczonymi autobusami lub pociągami, z miasta do miasta, ze stanu do stanu, od granicy do granicy.
– Och, Judith, to cud! – wykrzyknął, ściskając jej rękę. Usiadła obok niego na tylnym siedzeniu.
– Pomyślałam, że chętnie spojrzysz na jakąś przyjazną twarz.
Mam pozwolenie na wyjazd, a Elliott uprzejmie zgodził się, bym pełniła rolę twojej oficjalnej eskorty i nieoficjalnej przyjaciółki. Mam nadzieję, że nie będę ci przeszkadzać.
– Jestem zachwycony!
– Wieczór z Bobem Smithem, co?
– Tak.
– Oglądałeś kiedyś ten program?
– Nigdy. Miałem zamiar, ale Andrew mi odradził. Obejrzał wszystkie programy z listy, którą przysłał mi Atticus i powiedział, żebym po prostu tam wszedł i zachował spokój.
– Zawsze słuchasz jego rad?
– Drew zawsze mądrze doradza.
– Zdenerwowany?
– Nie. A powinienem?
– Skądże. To dla ciebie bułka z masłem, Joshua.
– Zależy mi tylko na dotarciu do ludzi. Mam nadzieję, że Bob Smith przeczytał książkę.
– Mam nadzieję, że nie – powiedziała z pełną świadomością, że ma rację. – Opowiesz mu o nerwicy tysiąclecia. Nic nudniejszego nad słuchanie dwóch osób zadających sobie szczegółowe pytania.
– Słusznie. O tym nie pomyślałem.
– Dobrze. – Wzięła go za rękę. Odwróciła się do niego z uśmiechem. – Och, Joshua! Dobrze cię znów zobaczyć!
Nie odpowiedział. Odchylił tylko głowę na oparcie siedzenia, zamknął oczy i rozkoszował się nadzwyczajnym doznaniem – pędem w powietrzu niczym wystrzelony pocisk.
Poważne spotkania z zaproszonymi gośćmi to już przeszłość.
Z telewizji zniknęły wszelkie istotne tematy, chyba że poruszano je w programach muzycznych, klasycznych lub historycznych. Szekspir i Molier cieszyli się niezwykłą popularnością. Nawet w bardzo cenionych programach, prowadzonych przez Benjamina Steinfelda i Dominica d’Este omawiano poważne zagadnienia tylko wtedy, gdy dyskutowano o współczesnych problemach. W rzeczywistości tak je opracowywano, by nie wywoływały smutku ani gniewu. Środki masowego przekazu miały minimalizować wszelkie urazy i tłumić prawdziwą dociekliwość.
Zwłaszcza telewizja aż iskrzyła się od tańców, śpiewów i śmiechu.
„Wieczór z Bobem Smithem” zaczynał się o dziewiątej i trwał dwie godziny. Po piętnastu latach nadal elektryzował większość kraju.
W chwili gdy świeża, wesoła, piegowata twarz Boba Smitha pojawiała się na ekranie, uśmiechnięta do ucha do ucha, ze zmierzwioną rudą czupryną, zaczynało się nieprzerwane pasmo gagów, skeczy, numerów taneczno-wokalnych.
Schemat programu ukształtował się na długo przed narodzinami Boba Smitha – spontanicznie dowcipny i atrakcyjny gospodarz wraz z niezmordowanym i cierpliwym pomocnikiem, monolog na początek, rozmowa z gościem, piosenka albo numer wokalno-taneczny, wywiad z drugim gościem, skecz komediowy, prezentacja trzeciego gościa, piosenka albo numer wokalno-taneczny, rozmowa z czwartym gościem i tak dalej.
Zwykle zapraszano cztery do ośmiu osób. W zależności od tego, co Bob Smith sądził o każdym z nich, a także od ich stosunku do prezentera i widowni w studio. Po mistrzowsku wpadał rozmówcom w słowo i trafnie decydował, czy nie dopuszczać innych gości, jeśli aktualny rozmówca radził sobie lepiej, niż przewidywano.
Naprawdę nie nazywał się Bob Smith, lecz Guy Pisano, a swoją prostacką twarz ulicznika zawdzięczał jakiemuś dziewiętnastowiecznemu Wizygotowi, który przemaszerował przez Brenner Pass i skierował się na południe do Calabrii. W telewizji wybrano dla niego imię Bob, bo to najbardziej popularne imię męskie, a Smith – najbardziej popularne nazwisko. Nie kojarzyły się z religią lub nacją, a nieodparcie przywodziły na myśl zwykłego szarego człowieka. Jego pomocnik Manning Croft (prawdziwe nazwisko – Otis Green) był uroczy, czarny, zniewieściały i nieskazitelnie wytworny w najmodniejszym stroju od Rochestera lub Bensona. Znał swoje miejsce w „Wieczorze” i nigdy nie usiłował go zmieniać, choć w głębi duszy marzył, że pewnego dnia poprowadzi swój własny program.
Andrew mądrze doradził dr. Christianowi, by nie oglądał programu. Gdyby to zrobił, pewnie odwołałby podróż i uciekł w zacisze kliniki w Holloman, ufając, że przez książkę dotrze do mas, którym tak pragnął pomagać. A może rada Andrew wcale nie była mądra.
W każdym razie, dr Christian jechał teraz wielkim czarnym samochodem, z błogą nieświadomością tego, co go czekało, a dr Judith Carriol siedziała za nim. Jechali z lotniska w Atlancie przez Peachtree Street do wielopiętrowego, wyłożonego różowym lustrzanym szkłem studia NBC. Gmach stał na okazałym placu, przy budynkach CBS, ABC, Metromedia i PBS.
Studio „Wieczór z Bobem Smithem” zajmowało dwa piętra w północnej części NBC. Dr. Christiana powitała z najwyższym szacunkiem niedbale ubrana młoda dama, jedna z piętnastu asystentek.
Zawiozła go z dr Carriol windą na trzynaste piętro, a potem poprowadziła ich przez dziesiątki splątanych korytarzy, bez przerwy szczebiocząc do telefonu, przy czym część tego, co mówiła, mimo woli słyszeli posłusznie podążający za nią podopieczni.
W końcu, na jakąś godzinę przed rozpoczęciem programu usiedli razem w zielonym pokoju. Krzesła były obszerne i wygodne, a pochodziły z Widdicomb. Liczne stoliki do kawy ozdobiono flakonami pełnymi świeżych kwiatów, a co najmniej sześć gigantycznych monitorów wideo ustawiono tak, by można je było obserwować z każdego krzesła. Jedną ścianę zajmowała wyłożona lustrami minikawiarenka, z hożą dziewoją za ladą. Dr Christian podziękował za wszystko z wyjątkiem kawy, padł na pierwsze krzesło i rozejrzał się wokół z uznaniem.
– Dlaczego mam ochotę mówić szeptem? – powiedział do dr Carriol z figlarnym uśmiechem, którego nie umiał powstrzymać.
– Zupełnie jak w świątyni – odpowiedziała rozbawiona.
– No tak – rozejrzał się dokoła, lecz już poważniej. – Nikogo tu nie ma, tylko my.
– Jesteś pierwszym gościem. Zawsze proszą, żeby goście przychodzili co najmniej na godzinę przed występem. Następni zaraz się tu pojawią.
Obserwowanie gości było dla niego nowym, pouczającym doświadczeniem, które przyjmował z prawdziwą radością. Nikt nie przyjechał sam, niektórzy przyprowadzili całą świtę, chyba jakieś sławy, bo wśród obecnych wybuchła nagła sensacja. Byli bardziej przejęci niż jakikolwiek zwykły śmiertelnik, oglądający ich w domu. Milczeli, trzymali się na dystans. Ale zerkali ukradkowo na boki, strzygli czujnie uszami, bębnili palcami, jakby w oczekiwaniu na coś. Z każdego emanowało jakieś poczucie winy, zmieszane z odrobiną dręczącego strachu. To miejsce ma dla tych ludzi kolosalne znaczenie – zawyrokował pod koniec obserwacji.
Na półtorej godziny przed rozpoczęciem programu inna młoda asystentka zabrała go „na dół do makijażu”, jak to ujęła. Poszedł z nią posłusznie, zostawiając dr Carriol, która wyglądała wspaniale, swobodnie i sprawiała, że każdy w zielonym pokoju był dziwnie niespokojny.
W charakteryzatorni czuł się jak jakaś narośl lub brodawka.
Usadzono go w fotelu dentystycznym, a mrukliwy starszy mężczyzna wymamrotał coś o ciemnej cerze i rozszerzonych porach, po czym przystąpił do ozdabiania tej nie rokujących najmniejszych nadziei lilii.