– Piernik – powiedział nagle dr Christian.
Ręce zatrzymały się. Charakteryzator spojrzał na jego odbicie w lustrze, jakby nagle dotarło do niego, że jego klient to istota ludzka.
– Piernik? – powtórzył jak echo.
– Wyobraziłem sobie, że jestem lilią, ale to strasznie śmieszne wyjaśnił dr Christian. – Nigdy nie będą lilią, zbyt ciężko haruję. Ale można by mnie sklasyfikować jako piernik.
Charakteryzator wzruszył ramionami, znudzony. Szybko skończył z tym dziwnym gościem.
– Gotowe, doktorku! – oznajmił, gestem magika zdzierając z niego fartuszek.
Dr Christian popatrzył ironicznie na swoje odbicie w lustrze: o dziesięć lat mniej, skóra o wiele gładsza, oczy pozbawione worków i tajemniczo powiększone.
– Trzydziestka! Dziękuję – powiedział, po czym znów powędrował nie kończącymi się korytarzami z trzecią asystentką.
– Nie bawiłem się tak od lat – powiedział do dr Carriol, siadając obok niej. – To dla mnie zupełna nowość.
Spojrzała na niego z aprobatą.
– Teraz wreszcie wyglądasz na swoje lata! Naprawdę elegancko.
I to był koniec ich rozmowy. Pod jego nieobecność na monitorach pojawiła się publiczność, a ponieważ zgromadzonych zabawiał Manning Croft, wszyscy coraz częściej wybuchali śmiechem.
Na razie nie widział Boba Smitha, bo gdy tylko zabrzmiały pierwsze fanfary, zwiastujące rozpoczęcie programu, przyszła kolejna młoda asystentka i zabrała go z zielonego pokoju.
W burzy gwałtownych szeptów stanął na skraju landrynkowej kurtyny. Ciężki jedwab zwisał prosto, płynnie i wdzięcznie.
– Proszę zaczekać tutaj, aż damy znak, potem wejdzie pan na scenę, zatrzyma się, odwróci i uśmiechnie szeroko do widowni.
A następnie przejdzie pan do podium. Bob wstanie, uściśniecie sobie ręce, po czym usiądzie pan na krześle z prawej strony. Kiedy zapowiedzą następnego gościa, przeniesie się pan na brzeg długiej sofy i za każdym wejściem nowego gościa będzie się pan przesuwał coraz dalej. Jasne?
– Jasne – powiedział wesoło i zbyt głośno.
– Łśśśś!
– Przepraszam.
Wstępne przekomarzania pomiędzy Bobem Smithem i Manningiem Croftem dobiegły końca przy wtórze chichotów widowni. Bob Smith przeszedł na środek wielkiego, błyszczącego parkietu. Na podium oszałamiająco lśniła w świetle reflektorów dekoracja, przedstawiająca Atlantę o zachodzie słońca.
Dr Christian nie słyszał monologu. Jakiś człowiek chwycił go za ramię i przedstawił się jako producent programu.
– To dla mnie zaszczyt i przyjemność gościć pana, doktorze Christian – wyszeptał. – Czy… eee… występował już pan w telewizji?
Dr Christian zaprzeczył i wysłuchał kojącego, cichego przemówienia o tym, jakie to łatwe, jeśli tylko skoncentruje się na Bobie i zapomni o kamerach.
Monolog dobiegł końca, audytorium szalało. Producent, wciąż uczepiony ramienia dr. Christiana, zamarł.
– Niech pan będzie bystry, miły, dowcipny… I żeby Bob wypadł dobrze – rzucił pospiesznie, zwolnił chwyt i wypchnął go w światła sceny.
Pamiętał, by zatrzymać się i uśmiechnąć do widowni, po czym pokonał wielką pustą przestrzeń, dzielącą kurtynę od podium. Siedzący za biurkiem Bob Smith wstał, by uścisnąć mu dłoń i powitał go z szerokim uśmiechem. Dr Christian usiadł i pochylił się, by zajrzeć w ożywioną, wesołą twarz po lewej stronie. Zastanawiał się, dlaczego właściwie nie siedzą naprzeciw siebie. Cholernie niewygodnie wyginać się tak nienaturalnie.
Bob Smith podniósł egzemplarz „Bożego przekleństwa…” W dziale plastycznym Atticusa zaprojektowano wspaniałą okładkę: biało-purpurowe litery i postrzępiona, pionowa kreska srebrnej błyskawicy, przecinająca tytuł i nazwiska autora. Ekrany monitorów zaprezentowały ją całą, dramatyczną, wymowną.
Prezenter nie był zadowolony, choć nie zdradził się z tym przed kłopotliwym gościem. Poważny temat, poważny doktor i poważne implikacje, a wszystko razem w jednym punkcie programu. Nigdy przedtem szefowie stacji nie odrzucili tak zdecydowanie jego słusznych protestów. Na próżno tłumaczył, że poglądy dr. Christiana są sprzeczne z filozofią programu, że cały kraj przełączy telewizor na inny kanał po pięciu minutach rozmowy, że to największa chała w całej historii „Wieczoru”. Producent i zwierzchnicy tylko kiwali głowami, a potem oświadczyli, że musi zaprosić dr. Christiana i poradzić sobie z nim najlepiej, jak potrafi.
Dlatego pod koniec monologu Bob Smith oznajmił, że teraz przedstawi pewną książkę i autora, może nie rozrywkowego, niemniej na tyle ważnego, że zasługuje na reklamę. Zakończył prośbą o uwagę i bardzo poważnie spojrzał w kamerę, potęgując silne podniecenie publiczności.
Potem podniósł książkę do kamery, odwrócił się do siedzącego na krześle Joshuy i zadał mu pytanie.
– Doktorze Christian, czym jest nerwica tysiąclecia?
Dr Christian również nie zachowywał się jak zwykły gość. Nie uśmiechał się, nie skupiał uwagi na prezenterze. Utkwił wzrok wysoko w rusztowaniach nad sceną, podniósł podbródek; ręce, luźno zwinięte, spoczywały na skrzyżowanych kolanach.
– Urodziłem się w początkach trzeciego tysiąclecia – rozpoczął. – W pierwszych dniach dwutysięcznego roku. Mam troje rodzeństwa. Ja jestem najstarszy. Dzieci rodziły się co rok. Kiedy przyszedł na świat mój najmłodszy brat Andrew, ojciec zamarzł w samochodzie, gdzieś w Thruway, w stanie Nowy Jork. Jechał do pacjenta.
Był psychiatrą.
Umarł w styczniu dwutysięcznego czwartego, ale odkopano go dopiero w kwietniu. Tysiące osób zginęły w czasie tej burzy. Była to najgorsza zima w ówczesnej historii kraju. A nam brakowało ropy naftowej. Morza zamarzły, brakowało lodołamaczy, by oczyścić porty i szlaki morskie, nie mogliśmy uprzątnąć śniegu z dróg i szyn. Od stycznia do kwietnia tak sypało, że w całej Ameryce Północnej powyżej czterdziestego równoleżnika umierali ludzie. Ta zima była pierwszym z wielkich wstrząsów, które nas zniszczyły.
Spuścił głowę i spojrzał w obiektyw kamery, na której paliło się czerwone światełko. Zrobił to bardzo naturalnie. A w reżyserce, przyklejonej jak pasożyt do ściany piętro wyżej, wszyscy byli zszokowani i podnieceni. Coś, co promieniowało z ekranu, koncentrowało się właśnie na nim – ogromna dawka mocy i współczucia.
– W trzecim tysiącleciu nie nastąpił koniec naszej cywilizacji ciągnął. – Nie spełniły się przewidywania ludzi, kupczących wizją Sądu Ostatecznego. Nie walczyliśmy na wojnie, która położyłaby kres wszystkim wojnom, nie zginęliśmy w płomieniach. Zamiast tego ruszyły lodowce – i ludzie. Mieszkańcy północnej półkuli przemieszczali się na słoneczne i ciepłe południe. Rozpoczęła się masowa migracja, większa niż kiedykolwiek w historii tej planety.
Podjęto trudne decyzje, że nigdzie na świecie nie będzie się płodzić dzieci bez ograniczeń. Że wszelka dalsza ekspansja musi nie tylko zatrzymać się, ale wrócić do punktu wyjściowego. Że należy oszczędzać paliwa. Alternatywą był nuklearny holocaust, redukujący populację na Ziemi i przywracający równowagę w zamarzającym środowisku, o ile po nuklearnej zagładzie zostałoby coś, co można by nazwać środowiskiem.
Byliśmy na tyle mądrzy, że zrozumieliśmy to boskie przesłanie.
O tak, ale ludzie opuścili Ziemię Obiecaną i pogrążyli się w ignorancji i strachu. Zbyt często najpierw ustalano zasady, a potem je wyjaśniano niezrozumiałym językiem. Do ludzi docierały wyolbrzymione dramatyczne wieści na poziomie brukowców. I – oto tragedia ludzkości trzeciego tysiąclecia – zbyt często nasze emocje i żądze pchały nas tam, gdzie zdrowy rozsądek i dalekowzroczność krzyczały, byśmy nie szli.
Publiczność w studiu zamarła. Dr Christian nie mówił nic nowego, ale tak szczerze i z taką mocą, że słuchali go niczym celtyckie plemię barda. A on znał ich sztuczki, polegające na doborze słów, rytmie, kadencjach, czyli na trudnej do określenia umiejętności oczarowania publiczności osobowością.