Выбрать главу

– Dzieci to nasz największy problem i cierpienie. Chociaż nie dotyczy to jedynie nas. Narody całego świata znoszą ten sam los, narody całego świata gnębi ten sam smutek. Mężczyzna pragnie syna, a ma córkę. Tradycja posiadania syna trwa nieprzerwanie od początku świata. Albo małżeństwo pragnie córki, a rodzi się syn. Kobieta przepełniona instynktem macierzyńskim pragnie po prostu wiele dzieci. Nawet ci, którzy dobierają partnera tej samej płci, odczuwają silną potrzebę prokreacji. Do przeszłości należy jedna z podstawowych ludzkich zasad – rozmnażaj się lub giń, oraz przesłanie niektórych organizacji religijnych, głoszących, że każda próba regulacji urodzin jest sprzeczna z bożymi naukami, a karą jest wieczne potępienie.

Ani chwili dłużej nie usiedzi na tym absurdalnym krześle, zwrócony w niewłaściwą stronę. Wielkimi krokami przeszedł na środek sceny. Wreszcie miał przed sobą widownię. Bob Smith wściekle gestykulował za kamerą, dając znaki zapatrzonemu kierownikowi planu, by przyniósł krzesło. Bob ustawił je w przejściu między rzędami i usiadł. Ponieważ program nagrywano od szóstej do ósmej wieczorem czasu wschodniego, dopiero za trzy godziny widzowie w całym kraju ujrzą niewzruszonego Boba Smitha, taszczącego krzesło, zobaczą, jak siada niczym student pierwszego roku na wykładzie absolutnie wspaniałego profesora. Manning Croft zachował się bardziej swobodnie. Po prostu usiadł po turecku na podłodze u stóp widzów w pierwszym rzędzie.

– Większość z nas kocha dom i rodzinę miłością równie wielką jak dzieci – powiedział łagodnie dr Christian. – A te trzy elementy łączą się ze sobą. Ognisko domowe jest źródłem ciepła i wspólnoty, dom jest schronieniem i twierdzą rodziny, a dzieci są jej naturalnym celem. Człowiek to istota głęboko konserwatywna. Nie znosi, gdy wyrywa się go z korzeniami, chyba że w żaden sposób nie może już utrzymać miejsca, w którym żyje, albo jeśli inne miejsce wyda się mu równie pociągające. Ten kraj stworzyli emigranci, którzy przybyli tu w poszukiwaniu tolerancji religijnej, przestrzeni życiowej, nowego sposobu życia, wygód, bogactw i wyzwolenia od przestarzałych obyczajów i przesądów. Ale osiedliwszy się w tym kraju przypomnieliśmy sobie o miłości rodziny i o domu. Na przykład ja. Moi przodkowie przybyli z Isle of Man i Cumberland w Brytanii, z fiordów Norwegii i południowozachodnich stepów Rosji. Kolejne pokolenia żyły w USA.

Stany stały się ich ojczyzną, bo gdzie jeszcze mogłyby się zmieszać tak różne nacje i co miały wspólnego z wyjątkiem nowej ojczyzny?

Zamilkł i rozejrzał się po widowni, jakby dopiero teraz odkrył, jak wiele różnych twarzy widzi. Skinął głową, jakby do własnych myśli i nagle – po raz pierwszy – uśmiechnął się. Nie zwyczajnym uśmiechem, lecz wyjątkowym, kochającym, ujmującym, łagodzącym i skierowanym do każdego z osobna.

– Nadal mieszkam w Holloman, w stanie Connecticut, w domu, w którym dojrzewałem, blisko szkół, do których chodziłem, i wspaniałego uniwersytetu, gdzie studiowałem. Kiedy nastały mrozy, ważyłem wszystkie za i przeciw i z całym rozmysłem zostałem w Holloman. Mimo braku ogrzewania i racjonowania elektryczności oraz gazu, w domu nadal znajduję serce i miłość, czego brakowało mi w jakimkolwiek mieszkaniu na południu. Dzięki zapobiegliwości moich przodków, mam trochę pieniędzy. Stać mnie na płacenie rządowi podatków federalnych, stanowych, miejskich i od nieruchomości, nawet gdyby ciągle rosły, a decydując się na pozostanie w Holloman straciłem wszelkie ulgi. Nie skorzystam z prawa do jednego dziecka, więc poddałem się sterylizacji. Dziś, niestety, musimy opuścić nasze miasto. A jednak z całą pewnością stwierdzam, że jestem szczęśliwy.

W zielonym pokoju również zapadło milczenie. Dr Carriol pilnie obserwowała pozostałych gości. Ale nikt się nie poruszył. Nikt nawet nie skomentował faktu, że kamery pracują nieustannie i zapomniano o przerwach na reklamy. Wszyscy skoncentrowali się na monitorach.

– Większość osób, żyjących w naszym wieku, nie uważa się za szczęśliwe – mówił dr Christian. – A tę głęboką, przeraźliwą nędzę ich egzystencji nazywam nerwicą tysiąclecia. Określam ją jako negatywne nastawienie lub stan umysłu wywołane przez błahe lub wręcz całkowicie wyimaginowane zdarzenie. Ale nerwicę wywołują również realne przyczyny. Poważne. Nieuniknione. Nerwicę tysiąclecia wywołała rzeczywistość, Bóg wie, jak bardzo poważna! Wciąż powtarzamy, że jesteśmy dorosłymi, dojrzałymi i odpowiedzialnymi ludźmi.

Ale w każdym z nas gdzieś głęboko tkwi dziecko, które płacze, jeśli nie rozumie, dlaczego nie może dostać czegoś upragnionego. Dziecko, które może poczynić psychiczne spustoszenia w umyśle. I często to robi. Albo manipuluje nieświadomym niczego dorosłym ego.

Jego głos zmienił się, nabrał mocy, lecz i czułości. Stał się pełen miłości. Nadzwyczajna i zniewalająca przemiana, pokrewna różnicy między brylantem a rozpaloną do czerwoności barwą złota. I tak jak zmienił się jego głos, odmienił się i on.

– Dlaczego płaczecie? – zapytał. – Ja, nigdy nie rozczulałem się nad sobą, ale przez was wylewam łzy. Opłakujecie dzieci, których nie możecie mieć. Opłakujecie tymczasowość waszych domów, utratę swobody działania, łagodniejszy, cieplejszy klimat. Płaczecie, bo nie pojmujecie już Boga. Nie rozumiecie i dlatego jest wam źle.

W całym kraju nikt jeszcze nie oglądał telewizji, z wyjątkiem Białego Domu. Prezydent Tibor Reece i sekretarz Środowiska usiedli w wygodnych fotelach w Owalnym Gabinecie i przez specjalną linię, na stałe zainstalowaną między Waszyngtonem i Atlantą, bardzo uważnie obserwowali nagrywanie „Wieczoru z Bobem Smithem”, wyczuleni na każdy ton głosu dr. Christiana. Czekali na jakieś oznaki, wskazujące na to, że zwycięzca Operacji Poszukiwanie zawiedzie ich nadzieje, rozczaruje ich lub wręcz zacznie zdradzać tendencje wywrotowe. Ale na razie wszystko szło bardzo dobrze.

– Naturalny żal – mówił dr Christian – to tylko żal. Czujemy go po stracie kogoś lub czegoś, co już nie wróci. Śmierć. Niewinność.

Zdrowie. Młodość. Płodność. Spontaniczność. Kiedy żyjemy w normalnych warunkach, potrafimy opanować naturalny smutek. I nie zapominajmy nigdy, że jest on spontaniczny. Czas najlepiej łagodzi rany, ale dla nerwicy tysiąclecia charakterystyczny jest ciągły, bezlitośnie odnawiający się żal. Przemijanie nie ma uzdrawiającej mocy.

Moi rówieśnicy i osoby starsze cieszą się z licznego rodzeństwa.

Znamy radość posiadania licznej rodziny – mnóstwa kuzynów, ciotek i wujków. Nasze dzieci są jedynakami, a ich dzieci nie będą miały ciotek, wujków ani kuzynów. Wielu z nas wciąż podróżuje między starym a nowym domem, albo już na stałe przeniosło się do nowych: gorszych, mniejszych, pozbawionych intymności. A może wyszliśmy ze slumsów na północy, by zamieszkać w szałasach na południu.

Wielu z nas już nikt nie potrzebuje, dlatego nie możemy nawet szukać pociechy w pożytecznej pracy. Ale nie głodujemy, odżywiamy się nieźle. Nikt nie jest aż tak źle sytuowany jak mieszkańcy północnej Europy lub Azji Środkowej. Mamy odpowiedzialny rząd. Prawo tego kraju jest niemiłosiernie sprawiedliwe i okrutnie bezstronne. Wszystkich czeka ten sam los. Ale to, co znosimy, nie rozpala naszych emocji, tylko je tłumi. I oto właśnie – nerwica tysiąclecia.

Zamilkł, ponieważ był urodzonym mówcą, a instynkt podpowiadał mu, że nadeszła pora na pauzę. Nikt się nie poruszył.

Po chwili mówił dalej.

– Jestem optymistą – stwierdził. – Wierzę w przyszłość człowieka. I wierzę, że to, co się stało, staje się lub stanie, to nieunikniony etap ewolucji człowieka i przesłania bożego. Wierzę, że rozpaczanie nad przyszłością człowieka to dla Boga nieznośna obraza.