Zaakceptujcie ten świat, nie rezygnując z wysiłków, by czynić go lepszym. Nie bójcie się zimna! Rasa ludzka jest silna. Przetrwa, aż słońce znów zaświeci mocniej.
– Doktorze, czy sądzi pan, że to, przez co teraz przechodzimy, jest naprawdę konieczne? – zapytał Bob Smith.
Obaj mężczyźni w Białym Domu poderwali się z miejsc.
W zielonym pokoju dr Carriol skrzyżowała palce, zacisnęła powieki i zapragnęła się modlić. Ale jak modlić się do Boga Joshuy Christiana?
– O tak – odpowiedział dr Christian. – Co jest gorsze: urodzić genialnego jedynaka czy ryzykować pokolenia ludzi upośledzonych genetycznie, ponieważ jedynym sposobem na uzyskanie tego rodzaju wolności byłaby wojna nuklearna? Co jest gorsze: utknąć nagle w śnieżycy w stanie Nowy Jork, bez kropli benzyny, ale we wspaniałej intymności własnych czterech kółek, czy podróżować do Buffalo w zapchanym do niemożliwości, ale ciepłym, bezpiecznym pociągu?
Co jest gorsze: nadal rozmnażać tak i doprowadzić do tego, by nasze miasta pochłonęły wszystkie grunty orne, czy ograniczyć reprodukcję, a wraz z nią przemysł, by wygodnie żyć w nadchodzących czasach lodu?
Rozejrzał się powoli. Nagle wyraźnie opadł z sił, a słuchacze odczuli wraz z nim zmęczenie.
– Zrozumcie, cierpimy najbardziej, ponieważ pamiętamy inne czasy. To, co jest dla nas obce, będzie normalne dla naszych dzieci.
Nie można tęsknić za czymś nieznanym, chyba że traktuje się to jako ćwiczenie myślenia abstrakcyjnego. A najgorsze, co możemy zrobić naszym biednym, osamotnionym dzieciom, to zaszczepić im tęsknotę za światem, którego nigdy nie poznają. Nerwica tysiąclecia wynika właśnie z nostalgii. Jest fenomenem pokolenia tysiąclecia. Nie przetrwa, jeśli pozwolimy mu umrzeć wraz z nami. Bo kiedy my odejdziemy, on również musi zniknąć.
– Czy twierdzi pan, że jedynym skutecznym lekiem na nerwicę tysiąclecia jest wymarcie naszego pokolenia?
Pytanie padło gdzieś z ukrytej w mroku widowni. Kierownik planu natychmiast skierował kamerę w stronę autora pytania. Dr Christian bez wahania odpowiedział.
– Nie. Mówię tylko, że jesteśmy to winni naszym dzieciom pozwolić, by umarła razem z nami. Wymieniłem już inne sposoby walki z nerwicą, odpowiadając panu Croftowi, dlatego nie powtórzę ich teraz. Ale wyliczam je w książce znacznie bardziej logicznie. – Skierował słodki uśmiech do widowni. – Trochę mnie poniosło, ale jestem tylko człowiekiem, w dodatku nikim wyjątkowym, niestety. Usiłowałem przekazać wam te niedoskonałe idee niedoskonałego człowieka, dotyczące naszych dolegliwości, Boga, nas. A oferuję wam te idee tylko dlatego, że zauważyłem, iż pomagały ludziom, których leczyłem.
– Hej, doktorze, mówi pan, żeby zająć się czymś – rozległ się męski głos. – Ale w dzisiejszych czasach to wymaga pieniędzy.
– Nie zgadzam się – powiedział dr Christian. – Jest wiele sposobów działania bez wydawania fortuny. Hodowanie roślin wymaga jedynie czasu i troski. Społeczną inicjatywę popierają zarówno rząd, jak i władze federalne oraz stanowe. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie ma w naszych miastach wypożyczalni wystarczająco dobrze zaopatrzonych w książki. Wiem, że nudzę, ale stałe zajęcie to nawyk!
I jak wszystkie nawyki, trzeba je bez przerwy ćwiczyć, zanim się w nas zakorzeniana dobre. W rodzinie zawsze wiemy, kiedy nasza matka martwi się lub denerwuje, bo myje wtedy podłogę na klęczkach. Też rodzaj zajęcia i w pewnych drażliwych sytuacjach wspaniała terapia.
Sport jest wspaniały dla tych, którzy go lubią, a teraz wszędzie są publiczne ośrodki sportowe. Bezczynne leżenie i rozmyślanie najbardziej niszczy duszę, chyba że czemuś służy. W przeciwnym razie mamy do czynienia z autoanalizą i autodestrukcją – zamilkł na moment, po czym zadał pytanie: – Które z waszych ulubionych zajęć wymaga dużych pieniędzy?
– Moje. Byłem kasjerem bankowym, zanim wprowadzono samoobsługowe automaty.
Twarz dr. Christiana pokryły zmarszczki śmiechu.
– Proponuję panu poćwiczyć grę w Monopol – powiedział.
Potem spoważniał, już chciał mówić o problemie bezużyteczności, gdy nagle zauważył obok siebie zdeterminowanego Boba Smitha.
– A może usiądziemy znowu przy biurku, doktorze? – objął pochyłe ramiona w znoszonym tweedzie i poprowadził gościa w stronę pustego podium. – Chyba nadal mnóstwo osób – włącznie ze mną-pragnie zadać panu pytania, więc może teraz trochę podyskutujemy, co?
Usiedli koło Manninga Crofta na długiej sofie. Dr Christian był bliski kompletnego wyczerpania. Pocił się i drżał z ogromnego wysiłku, po tak długiej i pełnej pasji przemowie.
– Próbuje pan stworzyć nową religię? – spytał poważnie Bob Smith.
– Nie! O, nie! Pragnę tylko przekazać rozczarowanym ludziom bardziej dojrzałą i łatwiejszą do zaakceptowania koncepcję Boga.
Podkreślam, że to tylko mój osobisty pogląd na Boga, więc nie wiem, na ile jest dobry lub zły. Nie jestem teologiem ani z wykształcenia, ani z upodobania. To nie Bóg liczy się dla mnie w ostatecznym rozrachunku, lecz ludzie. Dlatego znów powinni myśleć o Bogu i wierzyć w Niego. Bo człowiek bez Boga to tylko strzęp protoplazmy, zmierzający znikąd donikąd, nie biorący odpowiedzialności ani za siebie, ani za świat. To narośl na Kosmosie. Jeśli człowiek nie wierzy w żadną koncepcję Boga, oferowaną mu przez wszystkie religie świata, powinien znaleźć Boga dla siebie i zawdzięczać go tylko sobie, nikomu innemu.
– Nie ma Boga bez Kościoła! – krzyknął jakiś potężny bas z widowni.
Dr Christian podniósł głowę.
– Dlaczego? Co jest naprawdę ważne, Bóg czy Kościół? Nikt nie powinien uczęszczać czy przynależeć do jakiegoś Kościoła zamiast wierzyć w Boga! Bo słowo „kościół” ma dwa znaczenia. To określenie pomieszczenia, w którym odbywają się uroczystości religijne, albo religijna instytucja, ustalająca metody uwielbiania Boga, posiadająca ziemie, zasoby finansowe i ludzi, którzy o to wszystko dbają. Osobiście oba znaczenia niezbyt mi odpowiadają, ale to mój punkt widzenia. Popełniłbym kardynalny błąd wyrzucając Boga z umysłu i serca, tylko dlatego nie jestem członkiem żadnego Kościoła. Czy rozumiecie, jak przygnębiające jest to, że nie wyznawanie jakiejś religii automatycznie uznaje się za brak wiary w Boga lub wrodzoną niegodziwość? Ale ja pytam teraz: co jest ważniejsze, Bóg czy Kościół?
– Mówi pan, że mamy opuścić nasze kościoły? – zapytał Minning Croft.
– Och, nie! Nie! Jeśli ktoś znalazł Boga w Kościele, to wspaniale. Nie mówię tego, by złagodzić szok, wywołany moim nonkonformizmem lub by przypodobać się zagorzałym wiernym. Z całą szczerością stwierdzam, że zazdroszczę im wiary. Ale nie mogę podpisać się pod czymś, w co nie wierzę, i przyznać, że jako niewierzący jestem niegodziwcem czy niewdzięcznikiem. Podpisując się pod czymś, w co nie wierzę, byłbym najbardziej godną pogardy istotą, znaną człowiekowi lub Bogu – hipokrytą. Ale nie zamierzam nawracać nikogo, nawet ateisty! Po prostu chcę, by ludzie wrócili do Boga, ponieważ Bóg istnieje nadal, pozostanie częścią ludzkości aż do końca jej istnienia. Przeraża mnie, że tak wiele osób sądzi, iż powinniśmy porzucić Boga, bo nigdy nie osiągniemy dojrzałości, dopóki od Niego nie odejdziemy. Nie zrobię tego! I nie pozwolę pacjentom! Ani wam! Bo ja dostrzegłem wzór – w świecie – w innych ludziach – w sobie samym.
Dr Judith Carriol usiadła w zielonym pokoju z głębokim, lubieżnym westchnieniem czystej rozkoszy. Jej kandydat wyszedł zwycięsko z ciężkiej próby i wyglądało na to, że niczym eksplozja zmiecie ze swojej drogi wszystkie przeszkody. Mógł tego dokonać! Dać wsparcie wszystkim mężczyznom, kobietom i dzieciom w kraju. Wskazać cel życia! O, co za błogosławieństwo! Co za ulga! Oczywiście nigdy w niego tak naprawdę nie wątpiła. Po prostu traktowała wszystko sceptycznie, nawet Boga. Przykro mi, Joshua. Dobrze. Zmieciesz przeszkody niczym eksplozja. Hmmm… Eksplozja. Jakie ciekawe słowo.