– Dobry pomysł. Sekcja Czwarta będzie lepiej pracować pod pani nadzorem. Choć muszę powiedzieć, że John Wayne jest znakomity w sprawach administracyjnych i z pewnością świetnie sobie poradzi.
– A zatem bardzo się cieszę, że nie ma mojego umysłu.
Spojrzał na nią zaskoczony, a potem się roześmiał.
– No tak, pewnie. Mam nadzieję, że Helena znajdzie przez tę noc dragonów.
– Wpadnę od razu po spotkaniu z nimi.
– Judith?
– Słucham?
– A jeśli Joshua nie wytrzyma do maja?
– Marsz Tysiąclecia i tak się odbędzie. Dlaczego nie? Byłoby to wotum zaufania dla niego ze strony ludzi. Rozumie pan, taka gigantyczna laurka.
Zachichotał.
– Genialne, niech to! – a potem, jak typowy mężczyzna, musiał zmienić front. – Wiesz, Judith, jesteś najbardziej zimnokrwistą suką, jaką znam.
Zna-ko-mi-cie, Judith Carriol! Właśnie umocniłaś swoją pozycję w Środowisku. Nikt nie zepchnie cię z piedestału! Twoja ranga wzrosła tego roku przynajmniej o dwa szczeble. Pierwszy raz od ośmiu lat ten ohydny, zadufany, bezlitosny stary żarłok Magnus zwrócił się do ciebie po imieniu! Masz władzę! Dopięłaś swego. Osiągnęliście punkt, w którym on polega na tobie bardziej niż na sobie. Wreszcie cieszy się ze statusu urzędnika. Zadziwiające, że w tych czasach nadal gnębi się kobiety. Ale nie ją! Jest lepsza niż wszyscy cholerni mężczyźni w tym mieście i wkrótce tego dowiedzie. Za rok dostaniesz własny samochód, którym będziesz jeździła do pracy i z pracy, wszystkie dodatki, i zaczniesz chodzić na sezonowe aukcje dzieł sztuki w Sotheby’s, i…
Zatrzymała się nagle na chodniku przy K Street, naprzeciw wejścia do Środowiska, gdzie jej szofer zaparkował wóz po powrocie z Białego Domu. Miał odwieźć ją do domu. Zbliżała się dziewiąta.
Temperatura spadła do około czterdziestu stopni poniżej zera. Wiał wiatr i padał śnieg. A ona była ubrana stosownie do podróży autem, a nie czekania na autobus. Ten pieprzony stary drań Magnus odesłał samochód. Umyślnie? Oczywiście, że tak! Żeby pokazać, gdzie jest jej miejsce. O, zapłacisz mi za to!
W połowie drogi do przystanku dostrzegła komizm tej sytuacji i wybuchnęła śmiechem.
Dołączyła do dr. Christiana w Sinoux City w stanie Iowa. Była w Waszyngtonie dłużej niż planowała, ponieważ zebranie dragonów wymagało trochę czasu, a nie mogła wyjechać, nie pouczywszy ich o obowiązkach. W Chicago spędziła jeden dzień z powodu koszmarnej śnieżycy, nawet jak na ten lodowaty Czyściec Michigan. Na szczęście jej sześciu dragonów – dobrych chłopaków, dzięki Bogu – uciekło z Chicago w helikopterze tuż przed zadymką. Ona zaś tkwiła w mieście trzydzieści sześć godzin.
Dr Christian kończył spotkania w Sioux City. Umówili się na lotnisku. Lecieli teraz helikopterem do Sioux Falls w Dakocie Południowej.
Przez całą drogę czuła, jak wzbierają w niej lęk i odraza do tej misji, do życia, narzuconego jej przez dr. Christiana. Jaki śliczny był Waszyngton, jak schludny i przytulny jej dom, z jaką przyjemnością zobaczyła Johna Wayne’a, Moshe Chasena i innych. Od „Wieczoru z Bobem Smithem” a zbyt krótką wizytą w Waszyngtonie minęło dziesięć tygodni. Niewiarygodnych, radosnych, obrzydliwych tygodni.
O dziesięć za dużo z Joshuą Christianem.
Dlaczego tak boi się ponownego spotkania z nim? Czemu martwi się o to, co jej powie?
Christianowie jeszcze się nie zjawili, gdy Billy wylądował, dlatego powiedziała, żeby odstawił maszynę do hangaru, a potem schronili się w niewielkiej poczekalni. Zważywszy humory i kaprysy dr. Christiana, mogli tkwić tu jeszcze kilka godzin, a zaczynał prószyć śnieg. Nie przylatywały tu żadne samoloty. Pas startowy utrzymywano wyłącznie na wszelki wypadek.
Dr Christian przybył po półgodzinie. Ubrany był w strój polarnika, a otaczało go ponad pięćdziesiąt osób. No, nic dziwnego! Gdziekolwiek poszedł, ludzie podążali za nim w każdą pogodę, z wyjątkiem nawałnicy.
Dr Carriol wstała i machała ręką, ale Joshua nie zauważył jej ani Billy’ego. Był zbyt zajęty świtą, tłoczącą się wokół niego. Ktoś strzepywał mu z pleców i ramion topniejące białe płatki. Dr Carriol zauważyła (nie pierwszy raz), że zostawiano mu sporo wolnej przestrzeni. Drobny dowód szacunku. Nikt nie rzucał się na niego, nie szarpał jak aktora lub gwiazdę popu. Wystarczyło, że są blisko.
Zdjął kaptur i szalik, osłaniający mu twarz, a wielkie rękawice wepchnął do kieszeni w kurtce. Stał, z głową odrzuconą do tyłu, jak król.
Kobieta uklękła przed nim, wyrażając przesadne, lecz szczere uwielbienie. Dr Carriol z fascynacją obserwowała, jak dr Christian wyciąga długą delikatną rękę i kładzie ją z czułością na głowie kobiety. Pogłaskał ją po policzku, a potem wykonał ruch przypominający niemal błogosławieństwo. Miłość, wstrząsająca i intensywna, promieniowała z niego na towarzyszy. Jego ludzi. Jego uczniów.
– Idźcie już – powiedział ¦- ale pamiętajcie, że zawsze jestem z wami. Zawsze, moje dzieci.
I odeszli niczym jagnięta, z powrotem w zamieć.
W czasie krótkiej podróży do Sioux Falls dr Carriol kuliła się w swoim fotelu, uparcie odwracając się od mamy. W budynku na lotnisku przywitała się z nią radośnie, a potem zauważyła coś w jej twarzy, co ją przeraziło.
Niezwykłe milczenie zapanowało w zatłoczonym helikopterze, gdy wznosił się w gęsty śnieg, a potem ponad chmury, z czujnym, czarnym wilgotnym dziobem wymierzonym dokładnie w światła Sioux Falls.
Billy nie miał ochoty na rozmowę, bo choć warunki atmosferyczne były niezłe, nie lubił nocnych lotów. Góry rysowały się coraz wyraźniej, w miarę jak posuwali się na zachód. Przyrządy były wspaniałe: na dużym fosforyzującym ekranie tuż powyżej prawego kolana widział rozmiary i kontury każdego pagórka. Wiedział, że helikopter jest równie bezpieczny, jak na ziemi. Ale i tak wolał milczeć.
Dr Christian był szczęśliwy i też nie miał ochoty na rozmowę.
Z jaką radością powitali go dzisiaj! Z jaką radością witali go każdego dnia. Przyszłość jawiła się coraz wyraźniej. Tak długo na niego czekali! On także czekał długo, choć w porównaniu z nimi nieskończenie krótko.
Mama również nie odezwała się ani słowem. Co działo się z Judith? Dlaczego tak wyglądała? O, nadchodziły kłopoty! Jak ich uniknąć? Pod jej nieobecność popełnili jakiś przerażający grzech, a chłodna, bystra dr Carriol potępiła ich, nie dając szansy obrony.
Judith też straciła wszelką ochotę na rozmowę. Potężna, przerażająca wściekłość zmieniła jej chłód w biały żar, a bystrość w płomienie. Musi pomyśleć! Ale nie mogła się skupić.
W motelu, goszczącym tych kilku podróżnych, których spodziewano się w Sioux Falls o tej porze roku, dr Carriol popchnęła mamę do pokoju, jakby zaganiała na noc zwierzę do klatki, po czym z rozmysłem zwróciła się groźnie do dr. Christiana.
– Josh, chodź ze mną!
Jego powolne, znużone kroki towarzyszyły jej ostrym i głośnym z foyer do pokoju. Kiedy zamknęła drzwi na klucz, westchnął i uśmiechnął się do niej słodko.
– Tęskniłem bardzo za tobą, Judith.
Ledwie go wysłuchała.
– Co to za pokaz na lotnisku w Sioux City? – spytała przez zaciśnięte zęby.
– Pokaz? – Wpatrywał się w nią, jakby oddalała się od niego z prędkością światła. – Jaki pokaz?
– Pozwalałeś, żeby ludzie klękali przed tobą! Przyjmowałeś ich adorację! Dotykałeś tej kobiety, jakbyś miał prawo i moc, by ją błogosławić! Myślisz, że jesteś Jezusem Chrystusem? – Chwyciła krawędź stołu, by nie stracić równowagi, a stół trząsł się i skrzypiał. Nigdy nie widziałam czegoś tak obleśnego, obrzydliwego pokazu czystej egomanii! Jak śmiałeś? Jak śmiałeś?
Poszarzał, zlodowaciałe wargi poruszały się niczym niewygodna pokrywa na starych zębach.