Выбрать главу

Szedł przez Filadelfię, Wilmington i Baltimore, aż ósmego dnia doszedł do peryferii Waszyngtonu.

Ci, którzy wędrowali z nim, przycichli, gdy mieszkańcy Nowego Jorku wrócili do domu, choć niektórzy barwni i zapalczywi nowojorczycy zostali do końca. W pochodzie cały czas uczestniczyło około miliona osób. Szedł chodnikiem przez 1-95. Helikoptery krążyły nad nim, wozy telewizyjne jechały z przodu, rodzina dreptała tuż za nim, a roześmiani i śmiertelnie zmęczeni rządowi dygnitarze na czele tłumu. Od New Brunswick towarzyszył im gubernator New Jersey.

Gubernator Pennsylwanii dołączy! w Filadelfii, gdzie dr Christian wygłosił krótkie przemówienie. Gubernator Maryland, ze względu na wiek i tuszę był w komitecie powitalnym w Waszyngtonie, natomiast przewodniczący zjednoczenia dowódców sztabowych, dziewiętnastu senatorów USA, ponad stu kongresmanów i pięćdziesięciu generałów, admirałów oraz astronauci włączyli się do pochodu, gdy dr Christian przechodził w Baltimore koło na wpół wykończonych murów z czerwonej cegły. Były to pozostałości po ambitnej społecznej inicjatywie budowy fabryki, porzuconej u schyłku stulecia.

Maszerował. Dr Carriol nie pojmowała, jakim cudem, ale maszerował. Co noc pielęgnowała jego zmaltretowane ciało. Mama co noc przyszywała nową jedwabną podszewkę do nowej pary spodni, a rodzina próbowała nie upadać na duchu, kiedy odchodził z zazdrosną strażniczką, której – a tylko oni to wiedzieli – niezwykle zależało na trzymaniu ich w nieświadomości co do stanu Joshuy.

Za New Brunswick wyłączył się zupełnie. Myślał jedynie o Waszyngtonie.

Umysł zdradził go, choć przybył zaledwie do Greenbelt na peryferiach Waszyngtonu. To była ich ostatnia noc na biwaku. Tu puściły jego systemy obronne, odprężył się, jakby dotarł już nad Potomac.

Nie poszedł do kabiny, lecz usiadł wraz z rodziną w głównym pomieszczeniu namiotu i rozmawiał oraz śmiał się jak niegdyś. Zamiast siorbać zupę, zjadł porządny obiad w towarzystwie bliskich: gulasz cielęcy, tłuczone ziemniaki i fasolka szparagowa, a potem kawę i koniak.

Czuł ostry ból. Dr Carriol wychwytywała już drobne, wymowne oznaki cierpienia: oczy wlepione gdzieś w przestrzeń, skurcz mięśni przy niewłaściwym ruchu (na użytek rodziny nazywał je skurczami), napięta, martwa skóra na policzkach i nosie, chaotyczna rozmowa.

W końcu poleciła, by wykąpał się i położył spać, na co chętnie przystał.

Odkręciła dopływ powietrza do wanny i szczelnie zamknęła brezentową klapę przy wejściu do kabiny, gdy pognał do toalety. Wymiotował, aż nie miał już czym, w bólu, przerażeniu, szarpany paroksyzmami. Po wszystkim pomogła mu dojść do łóżka. Skulił się na brzegu i chrapliwie dyszał. Był tak wyczerpany i napięty, że jego twarz przybrała odcień czarnej perły.

Wyjaśnienia i wzajemne obwinianie się, oskarżenia i usprawiedliwienia skończyły się w New Brunswick. Od tej pory połączyli się w bólu i cierpieniu, zjednoczeni w obliczu świata koniecznością dochowania tego sekretu za każdą cenę. Była jego służącą i pielęgniarką, jedynym świadkiem walki, by dalej funkcjonował, jedyną osobą, która wiedziała, jak kruche było istnienie Joshuy Christiana.

Teraz trzymała na łonie jego głowę, a on z wysiłkiem usiłował zaczerpnąć powietrza w płuca. Kiedy poczuł się lepiej, obmyła mu gąbką twarz i dłonie, przyniosła kubek i miednicę, by wypłukał usta.

Milczeli. Zjednoczeni.

Dopiero gdy otuliła go w jedwabną piżamę i posmarowała wszystkie rany, przemówił powoli, niewyraźnie.

– Pomaszeruję jutro.

Nie mógł dalej mówić, zbyt się trząsł. Miał sine usta.

– Zaśniesz? – spytała.

Cień uśmiechu wokół dzwoniących zębów. Skinął głową i natychmiast zamknął oczy.

Została przy nim. Siedziała cicho i nie spuszczała z niego oczu, dopóki się nie upewniła, że śpi. Wtedy wstała i wymknęła się na palcach, by zatelefonować do Harolda Magnusa. Wreszcie wrócił z wygnania i zasiadał do bardzo późnego, wytęsknionego posiłku.

– Muszę z panem natychmiast pomówić – oświadczyła. – To nie może czekać, poważnie.

Był wściekły, ale znał Judith na tyle, by z nią nie dyskutować.

Mieszkał po drugiej stronie rzeki w Arlington, co oznaczało, że do Departamentu jest bliżej z Greenbelt. Poza tym, nienawidził przyjmowania personelu w domu i pospiesznego jedzenia.

– A zatem do zobaczenia w moim biurze – powiedział krótko i odwiesił słuchawkę. Na kolację miał być wędzony łosoś z Nowej Szkocji oraz coq au vin, które musiały zaczekać, aż wróci.

Szlag by to trafił!

Departament Środowiska zbudowano w czasach ścisłego racjonowania ropy naftowej, dlatego też brakowało lądowiska dla helikopterów na dachu, który od dawna wykorzystywano na ciągle powiększające się archiwa. Dr Carriol dojechała z Greenbelt samochodem, przeznaczonym dla uczestniczących w Marszu dygnitarzy. Podróż trwała trzy godziny. Waszyngton pękał w szwach od ludzi, pragnących dołączyć do ostatniego etapu Marszu Tysiąclecia. Wszystkich opanował karnawałowy nastrój, biegali po szosie, a nawet rozbijali na niej obozowisko. Choć po Waszyngtonie jeździło więcej samochodów niż gdziekolwiek w kraju, nikt nie przejmował się teraz, że tarasuje szosę.

Pojazdy sunęły powoli wśród tłumu, bez przerwy ryczały klaksony, auta wymijały zygzakami grupy śpiących obozowiczów i czasem zjeżdżały aż na chodnik. Irytowało to dr Carriol, ale nie martwiła się zanadto, bo wiedziała, że Harold Magnus doświadcza tego samego, a musi pokonać dłuższą drogę. Nie ma sensu, by dojechała do Środowiska przed nim.

Tak się złożyło, że na skraju Potomacu od strony Virginii było znacznie mniej ludzi. Harold Magnus jechał tylko dwie godziny. Na miejsce dotarł w koszmarnym nastroju, głównie ze względu na nietknięty posiłek. Od ośmiu dni był uwiązany przy boku Tibora Reece’a, a nienawidził Białego Domu. Prezydent nie miał zrozumienia dla smakoszy, w dodatku został znów kawalerem, więc w Białym Domu jadło się rzadko i w nudnej atmosferze. Nie mógł wymknąć się nawet w środku nocy, bo Tibor Reece koniecznie musiał mieć pod ręką chłopca do bicia na wypadek, gdyby coś się stało z dr. Joshuą Christianem. Dlatego Harold Magnus okupował automaty ze słodyczami w kawiarni dla personelu i przez osiem dni wygnania pochłonął olbrzymie ilości batoników Harsheya M &M’s oraz Good and Plentys, bezskutecznie usiłując wypełnić pusty żołądek i równie bezskutecznie osłodzić sobie swoje położenie. Ale ostatniego wieczoru sekretarz Departamentu zbuntował się. Zadzwonił do żony i zadysponował ulubioną kolację. O dziewiątej opuścił posterunek. Prezydentowi powiedział, że musi przejrzeć garderobę. Wpadł do biura o drugiej nad ranem. Pani Helena Taverner rozanieliła się. Kiedy tkwił uwięziony w Białym Domu, kierowała dosłownie wszystkim i czuła się wykończona.

– Sir, cieszę się, że pana widzę! Rozpaczliwie potrzebuję pańskich decyzji, dyrektyw i podpisów – powiedziała.

Minął ją, machnąwszy ręką, by przyszła do gabinetu. Westchnęła, zebrała wielką stertę dokumentów, notes, ołówek i podążyła za nim.

Pracowali godzinę. Sekretarz zerkał na zegar wiszący przed nim na ścianie, jako że sam nie nosił zegarka.

– Gdzie ona jest, do cholery? – spytał, gdy skończyli.

– Pewnie wolno jedzie, sir. Porusza się po zatłoczonej trasie Marszu – powiedziała kojąco pani Taverner.

Carrol zjawiła się niespełna pięć minut później, dokładnie wtedy, gdy pani Taverner siadała przy swoim biurku, by zająć się pracą.

Kobiety wymieniły spojrzenia pełne zrozumienia, a potem uśmiechnęły się do siebie.

– Aż tak źle? – spytała Judith.

– No cóż, tkwił przez osiem dni w Białym Domu, a tamtejsze jedzenie zupełnie mu nie leży. Ale odkąd zasiadł we własnym fotelu, ma nieco lepszy nastrój.