Oczywiście mama łkała. Często płakała, odkąd w Mobile przybyła do syna, by dzielić z nim tryumf. Lepiej zostałaby w Holloman.
Mary nie spowodowałaby tego bezowocnego i bezradnego cierpienia.
Jej świeża uroda znikała dzień po dniu. Pozostały jedynie resztki dawnej świetności kobiety w średnim wieku, a tak olśniewająca i młoda była jeszcze rok temu.
– Dlaczego nam nie powiedziałaś? – dociekała mama przez łzy.
– Chciałam, mamo, wierz mi! Nie izolowałam go od was dla zabawy czy swoich celów. Zawsze narzucał nam sposób postępowania, również mnie. Ukrywał przede mną chorobę. Wiem tylko, że pragnął, abyście ukończyli Marsz za niego. Zrobicie to?
– Oczywiście – powiedział James.
– Drogi, delikatny James!
– Samo przez się zrozumiałe – dodał sztywno Andrew.
Ale Martha zamieniła się w tygrysicę.
– Chcę pójść do niego! Nalegam!
– To zupełnie niemożliwe – wyjaśniła dr Carriol. – Joshua znajduje się w specjalnie strzeżonym szpitalu. Przykro mi.
– To jakiś spisek! – krzyknęła dziko młoda kobieta. – Nie wierzę w ani jedno twoje słowo! Gdzie on jest? Co z nim zrobiłaś?
Andrew poderwał się.
– Martho, nie wygłupiaj się. Chodź natychmiast ze mną.
Płakała, ale mąż jej nie współczuł. Złapał ją za ramię i zaprowadził do ich kabiny; wszyscy z zakłopotaniem słuchali coraz rozpaczliwszych szlochów i protestów.
Andrew wrócił.
– Przepraszam – powiedział i spojrzał na siostrę. – Ty też milcz. Dosyć! Ani słowa! Wypłacz się na ramieniu Marthy, jeśli musisz, ale nie stój tutaj jak kaczka zdychająca na burzy!
Mary wyszła natychmiast. Po chwili Martha uspokoiła się, a dwa głosy, jeden łzawy i roztrzęsiony, drugi cichy i czuły, mieszały się ze sobą.
– W porządku, Judith – powiedział Andrew. Siadł przy mamie i ujął jej dłoń. – Martha zawsze podkochiwała się w Joshui, wiesz, i dlatego czasem tak głupio się zachowuje. A Mary, cóż, Mary to Mary.
– To nie moja sprawa – odezwała się cicho dr Carriol i znów łyknęła kawy. – Ogromnie się cieszę, że tak dobrze przyjęliście wieści, co dotyczy również Marthy. Nie winie jej. Wydaje się, że naruszyłam wasze prawa, zajmując się Joshuą.
– Nonsens! – zaprotestował James, obejmując ramieniem Miriam, która nie rozrabiała i nie mówiła ostatnio zbyt wiele. – Spodziewaliśmy się, że po wszystkim pobierzecie się. To dawało ci wiele praw.
Nie warto wyprowadzać ich z błędu, więc tylko skinęła głową i uśmiechem wyraziła wdzięczność.
– A co ze mną? – zakwiliła mama. – Nie zdołam iść! A nie byłoby w porządku, gdybym w ostatnim dniu jechała samochodem!
– Może załatwić ci miejsce w jakimś wozie telewizyjnym? spytała dr Carriol. – Wówczas pierwsza dotrzesz do trybuny. Usiądziesz koło króla Australii i Nowej Zelandii i popatrzysz mu prosto w oczy.
To do niej przemówiło, ale nie pocieszyło ani trochę.
– Judith, dlaczego nie mogę pojechać do Joshuy? Przyrzekam, nie będę przeszkadzać! Czy przez te wszystkie miesiące nie zachowywałam się grzecznie, jak mi kazałaś? Proszę! Och, proszę!
– Niech wydobrzeje, to przewieziemy go w mniej strzeżone miejsce, wtedy zostaniesz z nim, obiecuję. Cierpliwości, mamo. Wiem, że bardzo się martwisz; ale – słowo honoru – jest w najlepszych rękach.
Major Withers uratował ją od nalegań mamy.
– Dr Carriol, helikopter czeka – oznajmił.
Wstała, gotowa pójść wszędzie, byle tylko nie zostawać tutaj.
– Muszę jechać. Prezydent chce natychmiast spotkać się ze mną.
Wypowiedziała te magiczne słowa, ujrzała reakcję Christianów i poczuła słaby dreszcz dumy.
I coś jeszcze. Spojrzała nie na Jamesa, lecz Andrew, który teraz objął dowództwo w rodzinie.
– Powinnam zawiadomić VIP-ów, że Joshua nie poprowadzi dziś marszu – powiedziała. – Andrew, pomów z nimi.
Podszedł do niej natychmiast, ale obejrzał się na Jamesa, Miriam i mamę.
– Lepiej, żeby Martha nie maszerowała dalej – stwierdził. Niech Mary ją dziś odwiezie pociągiem do domu.
James skinął smutno głową.
– Jeśli zaczekają kilka godzin, prawdopodobnie załatwię dla nich helikopter – powiedziała dr Carriol, chętna do wszelkich ustępstw.
Ale Andrew pokręcił głową.
– Nie, Judith, dziękuję. Lepiej, żeby pojechały pociągiem. Ostatnia rzecz, której potrzebuje moja żona, to przesiedzieć pół dnia w helikopterze, rozpamiętując urazy. Podobnie siostra. Długa podróż pociągiem sprawi, że ochłoną. Proszę tylko, żeby dojechały na stację samochodem.
I tak się stało.
Carriol nie musiała się martwić. Pasażer, przypięty pasami do tylnego fotela nie sprawiał kłopotu ani zafascynowanemu strażnikowi, ani Billy’emu. Siedział spokojnie ze zwieszoną głową i zamkniętymi oczami, ale chyba nie spał.
Raczej trwał, biernie zgadzając się na coś, co go czeka.
Kilometry uciekały, a pod perłowym niebem na ziemi pojawiły się małe miasteczka i wsie, liczne pola, puste autostrady. Z czasem bagna i moczary, falujące morza srebrzystych piór z prostymi jak strzały kanałami odpływowymi i połaciami błota między nimi. Gdzieniegdzie widniała łódź, przewalona na bok niczym konający koń. Martwy krajobraz, gdzie podziali się ludzie?
Przelecieli nad Kitty Hawk, po trasie pionierskiego lotu braci Wright, przemknęli nad długą, piaszczystą nitką Albermarle Sound, nad pustymi połaciami słonych bagien i Pamlico Sound. Na południe od Oregon Inlet pojawiła się wyspa – płaski skrawek ziemi w kształcie rombu, porośnięty bezlistnymi cyprysami.
Billy spojrzał na mapę, rozpostartą na kolanach. Krążył nad wyspą, by się upewnić, że trafił na właściwe miejsce, a potem szukał domu. Znalazł go na środku wielkiej polany. Jasnozielona trawa, rodzime gatunki drzew, powódź żółtych żonkili, które ktoś posadził w czasach, gdy kwitły w kwietniu – i ogromny szary dom.
Interesujące, pomyślał leniwie Billy. Zbudowany z jakiegoś szarego kamienia, z dachem z szarego łupku. Od frontu był szary dziedzinieć, otoczony szarym kamiennym murem, przylegającym do domu.
Zastanawiał się, jak go ułożono. Elementy jodłowego wzoru były zbyt duże i proste jak na płyty chodnikowe. No, żołnierz później mu powie.
Posadził maszynę jak się patrzy, siedem metrów od podwójnych drewnianych wrót jedynego wejścia na teren posesji, przecinających na pół mur wokół dziedzińca.
– Dobra, jesteśmy! – krzyknął w stronę tylnego siedzenia. Ale uwiń się, dobrze? Mam cholernie mało paliwa.
Żołnierz rozpiął pasy i dotknął delikatnie dr. Christiana.
– Sir! Wylądowaliśmy! Jeśli wydobędę pana z tej uprzęży, wyjdzie pan o własnych siłach?
Dr Christian otworzył oczy, spojrzał na żołnierza i skinął ciężko głową. Kiedy stopami dotknął ziemi – zachwiał się, ale żołnierz błyskawicznie chwycił go, zanim Joshua padł na trawę.
– Spokojnie, sir. Proszę oprzeć się o maszynę, dopóki nie otworzę bramy, dobrze?
Dopadł bramy w kilku susach, pchnął ją lekko na próbę i cofnął się, zadowolony, gdy swobodnie otworzyła się do wewnątrz. Wrócił do helikoptera i wziął dr. Christiana za ramię. Ścisnął zmuszając to zbyt wysokie ciało do schylenia się poniżej wirujących śmigieł. Skierowali się do bramy.
– Ruszaj się, dobra? – wrzasnął Billy. – Boję się wyłączyć to draństwo. Musimy natychmiast lecieć do Hatteras!