– To ostatnie zrozumiałem – odetchnął z ulgą. – Zdążę.
Dobry kwadrans pociłem się w niewygodnej pozycji. Zacząłem od odpięcia głównego zasilania. Potem wyciągałem zworki, przepinałem przewody, ściągałem zębami izolację, czyściłem styki i oszukiwałem elektronikę.
– Nauczyli cię tego druciarstwa w RepTeku?
– Nie. W Komitecie Uniwersyteckim Reanimacji Wraków Autonomicznych – wysyczałem przez zaciśnięte zęby, mocując się z oporną płytką sensora pulsacyjnego.
– Pierwsze słyszę. – Skrzypek najwyraźniej nie zrozumiał żartu.
Szarpnąłem mocniej, laminat puścił z cichym trzaskiem. Uderzyłem ręką o jakąś ostrą krawędź, zakląłem szpetnie, ale nie przerywałem pracy. Zwarłem na krótko dwa kabelki, tworząc tymczasowe obejście. Kilka kropel krwi z rozciętej przed chwilą dłoni spadło na drukowane płytki, zaplamiło niewielką diodę. Ofiara dla bogów w maszynie, pomyślałem z przekąsem. Byłoby to nawet śmieszne, gdybym znów nie przypomniał sobie o czymś, co siedziało we mnie.
Pył dostał mi się do nosa, stłumiłem kichnięcie i otarłem pot zalewający mi oczy. Prawie gotowe. Wetknąłem wtyczkę zasilania, rozległo się niskie buczenie, po nim ciche pyknięcie. Nagle zasypał mnie grad iskier, przestraszony rzuciłem głową w bok i rozciąłem skroń o jakiś wystający dynks.
– KURWA!
– A, teraz załapałem! – roześmiał się Gart.
Sapnąłem ze złością i rozejrzałem się po zadymionym wnętrzu multiterminala. Nic już nie iskrzyło, powietrze wypełniał siwy obłok śmierdzący przypaloną izolacją. Gdy nieco opadł, odłączyłem zasilanie i zobaczyłem tlące się gniazdo – jedno z tych, w które zamiast bezpiecznika włożyłem protezę z kawałka drutu. Wyciągnąłem zwitek metalu, przy okazji parząc sobie opuszki palców. Z kawałka niepotrzebnego przewodu zrobiłem nowy mostek, tym razem nieco bardziej uważając, żeby postrzępione miedziane włókna nie dotykały niczego wokół.
Odruchowo zmrużyłem oczy, ponowie podpinając moc. Tym razem, gdy tylko przebrzmiało buczenie, ze zgrzytem wystartował główny wiatrak. Zapłonęło kilka diod, urządzenie wydało z siebie serię pisków o różnej tonacji, każdy sygnalizujący inny rodzaj błędu i zniszczeń w obwodach.
– Jest, działa! – Przez chwilę myślałem, że chłopak z radości klaśnie w dłonie jak dziecko. – Boot systemu... Tryb awaryjny, powinienem dać radę... Mam! Jest połączenie sieciowe.
W tej samej chwili gdzieś na konsoli terminala kontrolnego RepTeku zapaliła się lampka sygnalizująca ponowne uruchomienie wyłączonego dotąd urządzenia. Pytanie, jak szybko ją zauważą i czy będzie im się chciało zareagować. Wiedzą, że nad tą maszyną nie pracuje obecnie żaden technik (w każdym razie nie oficjalnie). Przyślą kogoś, żeby to sprawdził? Zignorują, zrzucając na usterkę systemu i elektroniczną czkawkę, ostatnie podrygi konających obwodów? Nie zamierzaliśmy zostawać tu na tyle długo, żeby się o tym przekonać.
Gart splótł palce i chyba chciał strzelić kostkami, ale skrzywił się z bólu, gdy przypomniał o sobie złamany nadgarstek. Wyciągnął z kieszeni kilka kart, przyjrzał im się szybko i wybrał jedną. Zauważyłem, że z jej układu chipowego wychodzi cienki przewód.
– Ta powinna się nadać – powiedział, wsuwając plastik w szczelinę multiterminala.
– Nie podpinasz się?
Żeby dostać się do bardziej zaawansowanych funkcji systemów tych maszyn, zawsze korzystałem z łącza bezpośredniego. Takie rozwiązanie nie tylko przyspieszało pracę, ale przede wszystkim pozwalało ominąć lub wyłączyć niektóre zabezpieczenia. Oczywiście, jeśli się wiedziało, gdzie szukać.
– Zwariowałeś? – parsknął chłopak, którego palce zawisły nad klawiaturą. – Cholera wie co można od tego złapać. Poza tym tak będzie szybciej.
Spod bluzy wygrzebał niewielkie pudełeczko z klawiaturą i małym ekranem. Podpiął do niego kabel zwisający ze slotu na karty i zamruczał coś do siebie.
Urządzenie Garta musiało mieć wbudowany magnes, bo gdy chłopak przytknął je do obudowy terminala, przylgnęło jak przyklejone. Rozległ się cichy pisk, na pękniętym ekranie ożywionego przeze mnie trupa program autodiagnostyczny przerwał skazane na porażkę próby odnalezienia przyczyny setek błędów hardware’u i oprogramowania.
– No dobra, teraz do rzeczy. – Haker przygryzł wargę w skupieniu.
Widziałem już ten grymas, jego siostra robiła dokładnie to samo.
Stukot klawiatury rozległ się serią, która zaczęła przyspieszać. Monitor wypluwał coraz to nowe konsole, rozpoznawałem może co trzecią z nich. Kolejne wiersze poleceń zapełniały się instrukcjami wpisywanymi przez skrzypka z prędkością karabinu maszynowego. Jako starszy technik RepTeku miałem kilka szkoleń z „niestandardowej obsługi oprogramowania”, co nieco nauczyłem się też sam, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Właściwie do dzisiaj nie sądziłem, że to w ogóle możliwe. Strach pomyśleć, do czego Gart byłby zdolny, korzystając z bezpośredniego łącza, które było znacznie szybsze i bardziej intuicyjne.
– Gdzie się tego nauczyłeś? – zapytałem, kręcąc głową z podziwem.
– Całodobowy Hakerski Uniwersytet Jawny.
– Bardzo śmieszne.
– Mam dostęp lokalny – powiedział skrzypek po niecałej minucie. – Lista... jest.
Na ekranie pojawił się wykaz urządzeń podłączonych do najbliższego punktu dostępowego, tuż za płotem, już po „właściwej” stronie. Gart musiał włamać się do niego, tyle zrozumiałem, ale nie sądziłem, że będzie w stanie uzyskać taki dostęp.
Terkotanie zajeżdżonego wiatraka wewnątrz terminala przeszło w głośniejsze rzężenie, przypominając nam, że nie mamy wiele czasu.
– Co chcesz zrobić? – Skrzypek spojrzał na mnie wyczekująco.
– Otwórz bramę, wyłącz kamerę... – improwizowałem. – To dezaktywuje karabin, a strażnicy...
– ...nas rozwalą – dokończył za mnie. – Czekaj, mam pomysł, muszę to tylko zgrać w czasie.
Znów zaczął przeżuwać dolną wargę, palce wybiły nerwowy rytm na klawiszach. Kilkadziesiąt sekund później zatrzymał dłoń nad przyciskiem „enter”.
– Wszystko wydarzy się jednocześnie – powiedział, spoglądając na mnie. – Brama się otworzy, karabin zacznie strzelać. Zaprogramowałem dwa cele: szturmowców.
Popatrzyłem na niego zszokowany. Morderstwo z zimną krwią nie pasowało do niego, nawet dokonane za pomocą technologii. Nie wspominając już o tym, że nie miałem zamiaru w tym uczestniczyć. Planowałem wyplątać się z tej awantury, a jeśli RepTek powiązałby mnie jakoś ze śmiercią dwóch swoich funkcjonariuszy, będzie po mnie.
– Nie martw się, nic im nie będzie – zapewnił Gart, widząc moją minę. – Włączyłem tryb ostrzegawczy, będzie pruł pod nogi, nie w cel.
– Jesteś pewien?
– Wiem, co robię. Przygotuj się. Zrywamy się po pierwszym strzale.
Multiterminal wydał z siebie cichy pisk, oznajmiając kolejny błąd wywołany przez zdychające obwody.
Ostrożnie wyjrzałem za róg budynku, znudzeni szturmowcy nadal tam byli. Dałem Gartowi znak ręką. Chłopak w jednym miał rację: wszystko wydarzyło się jednocześnie. Szkoda, że mylił się co do kilku pozostałych kwestii.
Lufa ustawionego na trójnogu karabinu podrywa się gwałtownie, mierząc prosto w niebo, wraca do poziomu i zatacza trzy pełne obroty. Szturmowcy patrzą zdziwieni, jeden z nich robi krok w przód. Od strony bramy słychać metaliczny szczęk zwalnianego zamka, furtka zaczyna przesuwać się na bok z cichym szumem siłowników.
– Już! – krzyczy Gart i rusza sprintem w moją stronę.
Razem wybiegamy zza rogu, wprost na karabin i gliniarzy. Zasłonięte ciemnymi wizjerami twarze odwracają się w naszą stronę instynktownie, reagując na ruch, lecz ułamek sekundy później rozlega się pierwszy strzał, po nim kolejny i następny. Seria pocisków dużego kalibru rozrywa asfalt tuż pod stopami policjantów, unosząc w powietrze fontanny odłamków i obłoczki pyłu. Nie zatrzymuję się, w biegu odruchowo zaciskam zęby. Siepacze RepTeku cofają się w popłochu, w tej chwili jesteśmy ich najmniejszym zmartwieniem. W uszach huczy mi krew, momentami tętno jest głośniejsze niż huk ciężkiej broni. Wiem, że mamy tylko jedną szansę, żeby przebiec przez bramę, więc staram się dostosować tempo do Garta. Mam wrażenie, że chłopak strasznie się grzebie. Jesteśmy kilka metrów od otwartej furtki, gdy jeden ze szturmowców potyka się i pada na ziemię. Dwie kule trafiają w jezdnię tuż przy nim, następna rozbija pancerne szkło maski, rozchlapując wokół czerwień. Skrzypek staje w biegu jak wryty, drę się na niego, ale nie reaguje. Dopiero mocny policzek wyrywa go ze stuporu. Za nami słychać stłumioną eksplozję – to nasz zdezelowany multiterminal właśnie zakończył żywot. Z kamery na płocie lecą iskry, lufa karabinu zatacza szalone kręgi, cały czas plując pociskami. Jeden z wizgiem przelatuje mi koło ucha, ale jest za późno, żeby się wycofać. Zabójczy taniec broni stabilizuje się na chwilę, drugi szturmowiec obrywa kilka kul w plecy. Przelatuje jeszcze kilka metrów i wali się na ziemię, a my dopadamy bramy. Rzucam się na glebę tuż przy trójnogu, wyrywam wtyczkę z gniazda karabinu, odłączając zasilanie. Gart zatrzymuje się przy mnie, rozszerzone z przerażenia oczy przenosi z jednego ciała na drugie.