Jedyny wyróżniający się w tym nierzeczywistym krajobrazie punkt stanowił niewielki pagórek, który kiedyś był terenówką Hardego. Przesypujący się nad nim piasek tworzył w powietrzu fantazyjne wzory, rozwiewane błyskawicznie przez szalejący żywioł.
Siedziałem przy monitorze, sącząc drinka, i obserwowałem zakurzone piekło przewalające się na zewnątrz. Zastanawiałem się, czy nie wyszłoby na lepsze, gdyby burza faktycznie starła z powierzchni ziemi nasze Polis. Skazaną na zagładę fortecę pośrodku morza piachu, czepiającą się życia kolejnymi kompromisami i coraz bardziej niedomagającą technologią. Gdyby tak się stało, reszta umęczonej planety i tak miałaby to w dupie. Kto wie, może gdyby pył ostatecznie zatarł tryby maszyn podtrzymujących naszą egzystencję, po latach wyrosłoby w tym miejscu coś bardziej wartościowego? Po naprawdę wielu latach.
– Boisz się, że stamtąd wysiądą? – Zapatrzony w migoczący monitor, nie usłyszałem zbliżającego się Garta.
– Raczej nie ma na to szans – odparłem, unosząc szkło w niemym toaście. – Już po nich, tylko ciężko stwierdzić, czy to dobrze, czy źle.
– To znaczy?
– Jeśli Wiz.un nie poleciał z informacją do Linka, a przekazał ją tylko Hardemu...
– Dlaczego miałby tak zrobić? – przerwał mi skrzypek.
– Dlaczego miałby mnie wydać czy dlaczego akurat Hardemu? – zapytałem retorycznie i zacząłem odpowiadać, zanim się odezwał: – Wydał mnie dlatego, że raczej nie miał innego wyjścia. Gangsterzy wiedzieli, że on jest ogniwem łączącym mnie, ostatnie zlecenie, cyfraka i Kabla. Nie są głupi, potrafią dodać dwa do dwóch. Kiedy zaczęła się nagonka, szaman sam do nich poszedł, zanim oni wpadli do niego.
– Skąd ta pewność? – Gart patrzył na mnie z powątpiewaniem.
– Sam bym tak zrobił – stwierdziłem krótko. – Mam nadzieję, że wykazał się przy tym sprytem i poszedł do Hardego, a nie do Linka. Hardy na pewno miał dostać premię za przyprowadzenie mnie, więc Wiz.un mógł zażądać jej części. Bezpośrednio u Linka nic by nie ugrał, a Hardemu zależało, żeby mieć z nim dobre układy.
– Jeśli poszedł do Hardego, ślad po tobie chwilowo zaginie razem z gangsterem. Link będzie musiał prześledzić, komu jego silnoręki zlecił robotę. – Gart zrozumiał mój tok myślenia. – Kupimy ci trochę czasu.
– Mnie i sobie. – Postanowiłem nie zostawiać mu złudzeń. – Link prędzej czy później dowie się, kto mnie ukrył i kto stoi za śmiercią jego człowieka.
– Za śmiercią Hardego stoi jego własna głupota.
– Jasne, ale na niej trochę trudno się zemścić. Zastanawiam się, która burza wykończy ostatecznie nas wszystkich.
– Jednej już się kiedyś prawie udało... – Skrzypek nagle spoważniał.
Pokiwałem tylko głową, ale się nie odezwałem. Gart myślał o dawnej burzy, naprawdę paskudnej. Narobiła sporo zniszczeń oraz znacząco przetrzebiła populację i tak niezbyt ludnego jak na swój rozmiar Polis. Tyle że to nie piach ani wiatr okazały się wtedy zabójcze. Podczas burz zawsze gwałtownie rośnie ruch w sieci. Ludzie siedzą w domach, nie mają co robić. Jedyny kontakt, jaki im pozostaje, to właśnie cyfrowy. Podczas tamtej nawałnicy serwery nie wytrzymały. Najpierw zgasła sieć, potem zaczęły się przerwy w dostawach prądu i wody. Trwało to kilka dni i naprawdę było do przeżycia, przynajmniej w większości dzielnic. Niestety, wielu mieszkańców postanowiło nie sprawdzać, czy ta burza będzie ich ostatnią. Zdecydowali się sami o to zadbać. Kiedy ucichł wicher i opadł kurz, w wielu mieszkaniach zaczęły cuchnąć rozkładające się zwłoki. Samobójcy i ich najbliżsi – padli ofiarą morderczego szału ludzi, z którymi dzielili życie. Mężczyźni, kobiety, dzieci. W wannach z podciętymi żyłami, w szafach puchnący na paskach od spodni, w łóżkach po przedawkowaniu zawartości domowych apteczek. Czasem tam, gdzie akurat stali, gdy członek rodziny postanowił poczęstować ich kuchennym nożem. Prawie jedna piąta mieszkańców Polis. Prawdziwa epidemia śmierci.
Pracowników RepTeku oczywiście zaciągnęli do sprzątania tego syfu. Zgłosiłem się wtedy na ochotnika. Potrzebowałem dorobić trochę na wtyczki, miałem długi. Wytrzymałem cztery dni. Ubrani w gumowane kombinezony, wynosiliśmy zalatujące już trupy i ładowaliśmy na ciężarówki. Wywozili je potem do kilku różnych śluz i wyrzucali za Mur. Zwłoki, potem ładunek zgarniętego z ulic piachu i znów zwłoki. Efektywnie. Gdy ściągałem kombinezon, pot lał się ze mnie strumieniem, a śmierdziałem nie gorzej od tych nieszczęśników.
Ostatnie mieszkanie, do którego wszedłem, nie nosiło śladów walki. Bogaty dom, było widać po wystroju. Zapewne jakiś wyżej postawiony manager z rodziną. Trójka dzieci, dwie dziewczynki i chłopiec, leżała w łóżeczkach, jakby spały. Ich gardła były przecięte równiutko, niemal z miłością. Żadnych śladów walki, pewnie rodzice podali im najpierw jakiś usypiający biośrodek, a potem przecięli tętnice dla pewności. Matka i ojciec w małżeńskim łożu, trzymający się za ręce. Tego dnia zrezygnowałem. Zresztą i tak zarobiłem tyle, żeby spłacić długi i przez tydzień się ładować, pozostając w pięknym świecie cyfrowych zwidów. Może nie był logiczny ani realny, ale nikt w nim nie podrzynał gardeł małym dzieciom i nie układał się do śmierci z taką cholerną, bezsensowną rezygnacją.
Wbrew zapewnieniom Wiriona nie zmotaliśmy obudowy do sprzętu, który miał posłużyć analizie danych z mojego ostatniego połączenia. Zamiast tego zatargaliśmy płytę główną z podłączonymi komponentami do gabinetu Telsi, by móc na ekranie MedBota obserwować, co działo się z moim ciałem, jednocześnie interpretując przekaz cyfrowy.
Sprzęt ożył z cichym piknięciem, zabłysły diody, wreszcie włączył się podłączony do niego monitor. Druciarz wprowadzał kolejne komendy. Sidth i Gart zaglądali mu przez ramię. Zdałem sobie sprawę, że z nerwów zaciskam zęby i pięści. Obawiałem się tego, co możemy znaleźć, choć miałem świadomość, że dużo gorzej już raczej nie będzie.
– Dobra, jestem gotów – oznajmił Wirion.
Telsi uruchomiła MedBota, uszkodzone ramię drgnęło spazmatycznie i kolejny raz obiecałem sobie, że spróbuję je naprawić. Urządzenie wyświetliło znany mi już obraz. Wolałem na niego nie patrzeć, widok mojego systemu nerwowego przejmowanego przez cyfraka sprawiał, że czułem się nieswojo.
Monitor naszego składaka zalał się potokiem linii kodu. Trochę się na tym znałem, ale najwyraźniej za mało, żeby cokolwiek zrozumieć. Zdecydowanie wolałem grzebać w kabelkach.
– Chyba lepiej, żebyś mnie tu puścił. – Sidth klepnął Wiriona w ramię, a ten posłusznie ustąpił mu miejsca.
Palce hakera zatańczyły na klawiaturze, rzeka znaków nieco zwolniła, zaczęła zatrzymywać się co kilkanaście sekund.
– Tu są jakieś szczątki... – mruczał do siebie. – Paskudne, ale zniszczone... Rozjebane wręcz, ale to chyba dobrze...
– Mógłbyś doprecyzować? – poprosiłem.
– Wygląda na to, że cyfrak znalazł zabezpieczenie, które wstawił ci Kabel. – Sidth podrapał się po czerwieniejącym na policzku świeżym pryszczu. – Znalazł, a potem rozjebał. Nie tyle złamał kod dostępu, co wypierdolił zamek razem z drzwiami, jeśli wiesz, co mam na myśli. Powinieneś mu podziękować, bo nawet po tych fragmentach widać, że rzeźnik znał się na rzeczy i czekała cię nieciekawa śmierć.
– Czekała? – upewniłem się.
– Tak, ten kod nie jest już aktywny.
– Pytanie, czy lekarstwo nie jest gorsze od choroby – odparłem, choć naprawdę poczułem ulgę.
– Co jeszcze... zrobił ci diagnostykę systemu w tempie, jakiego nigdy nie widziałem – ciągnął haker, nie odrywając wzroku od monitora. – Naprawił jakieś mikrouszkodzenia... Tu jest ciekawie: podkręcił moc implantów, zwłaszcza tych stymulujących leczenie.