Wirion spojrzał na mnie z rozbawieniem, absurdalność tego stwierdzenia właśnie do mnie dotarła. Nigdy nie wyściubiłem nosa za Mur, nie znałem też nikogo, kto by to zrobił. Jednak teraz zupełnie poważnie rozważałem zmontowanie obudowy, która ochroni elektronikę przed warunkami, o jakich słyszałem tylko z oficjalnych przekazów RepTeku.
Z głównej sali popłynęły pierwsze dźwięki elektronicznej muzyki. Nasłuchiwałem przez chwilę, starając się rozpoznać utwór.
– To Lazerhawk, numer Dream Machine – podpowiedział druciarz. – Pasuje do tego, co tu sklecamy, nie sądzisz? Nadal nie wiem, co to ma właściwie robić. – Przeciągnął dłonią po krótko ostrzyżonych włosach. – Gart zaczął imprezę beze mnie. Chcesz, to działaj, ja idę się napić. – Zatoczył ręką półkole w gospodarskim geście, dając do zrozumienia, że mogę korzystać z jego warsztatu. Chyba właśnie wskoczyłem u niego na wyższy poziom zaufania.
Zostawił mnie samego i poszedł pić, słuchać muzyki i grać na automatach. Życie hakerów DTeku wydawało się dość beztroskie. Podprowadzali jedzenie i wszystko, czego potrzebowali, buszując w sieciach RepTeku, czasem przeprowadzali mniej lub bardziej udaną akcję, która w ich mniemaniu pomagała mieszkańcom Polis. Wieczorami bawili się i cieszyli życiem, jak umieli. Jeśli dobrze się zastanowić, moje poprzednie życie wyglądało przy tym jakoś... mechanicznie. Praca, wtyczka w nielegalny port, czasem jakaś impreza. Każdy dzień podobny do poprzedniego, żadnych niespodzianek, chyba że trafił się wyjątkowo silny cyfrowy trip. Hakerzy mogli decydować sami o sobie, przynajmniej w ograniczonym przez warunki zakresie. Pracownicy RepTeku (czyli prawie cała populacja Miasta) wyglądali przy nich jak roboty.
Pogrążony we własnych myślach, działałem niemal automatycznie. Z kilku kawałków blachy zmontowałem coś, co będzie mogło posłużyć za obudowę tajemniczego urządzenia. Dogiąłem metal tak, żeby ciasno obejmował nieduży monitor, przyciąłem nadmiar. Pod puszką na elektronikę dokręciłem uchwyt, w którym zmieści się ogniwo. Kiedy złożymy wszystko do kupy, trzeba będzie uszczelnić całość silikonem, żeby piach nie dostał się do środka.
Dołączyłem do towarzystwa, ale nie zdążyłem jeszcze dobrze zamoczyć ust, kiedy od strony śluzy zawył alarm, zagłuszając muzykę. Zerwaliśmy się na równe nogi, Marbel pierwszy dopadł umieszczonego przy drzwiach ekranu.
– To Sidth – oznajmił wielkolud, wyłączając syrenę. – Nie może wejść.
– Bo jest zalany w sztok. – Telsi zorientowała się już na pierwszy rzut oka.
Haker chwiał się na nogach i komicznie mrużył oczy, próbując wstukać kod dostępu.
– Dobra, wpuść go – zadecydowała Nikthi. – Dość tej komedii.
Nadwątlony przez Hardego i jego zbirów zawias zaprotestował cichym jęknięciem, Sidth wtoczył się do kwatery głównej, roztaczając słodkawą woń alkoholu.
– Szyniosłem sześci – wybełkotał, wiodąc po nas niezbyt przytomnym spojrzeniem.
Wzrok wyostrzył mu się nieco, kiedy spojrzenie spoczęło na mnie. Haker wydał z siebie pogardliwe prychnięcie, pryskając przy okazji śliną.
– Jeszsze tu jesteś...? – nie wiadomo, czy stwierdził, czy zapytał. – Chujowo.
Zatoczył się gwałtownie i byłby upadł, gdyby Marbel go nie podtrzymał. Wirion zdjął mu plecak.
– Wisiałem tesz Ulepa. – Na jego twarzy zagościł wredny uśmieszek. – W korycie będą piashowe wysigi. Stęsknił się za tobą, guptasie. – Próbował chyba poklepać osiłka po policzku, ale Telsi złapała go za nadgarstek. – So?! – wybełkotał, próbując skupić na niej wzrok. – Cesz siem jebać?! A mosze ten tfuj olbszym cie rucha?!
Policzek, który wymierzyła, zabrzmiał prawie jak wystrzał, głowa odskoczyła mu do tyłu, Marbel znów uchronił go przed upadkiem.
– Chuj si w dupe – wymamrotał Sidth, ale trochę się uspokoił.
– Nie jestem głupi. – Osiłek włączył się do rozmowy nieco spóźniony. – Ulep jest fajny. Ma samochód. Szybki.
Przez twarz Telsi przebiegł cień niepokoju.
– Połóżcie go spać – rozkazała medyczka, patrząc na moczymordę z niesmakiem.
– Ssać?! Jasne! Moszesz mi ssać, kiedy kcesz – wybełkotał haker i puścił pawia na podłogę.
Marbel i Gart powlekli go do jego kwatery, ja pomogłem Nikthi i Telsi sprzątać. Zauważyłem, że nikt nie komentuje zachowania Sidtha. Zrozumiałem, że takie akcje zdarzały mu się już wcześniej.
Wirion i ja ruszyliśmy do warsztatu, tym razem zabierając ze sobą Garta.
– Pełna profeska. – Druciarz z uznaniem pokiwał głową, patrząc na obudowę, którą zmontowałem. – No to do roboty.
Niewiele pozostało do zrobienia. Kilka lutów, mostek do procesora, dwa czy trzy kondensatory, jakiś tranzystor.
– Wiecie już, co to może być? – zapytał Gart, który zniknął na chwilę, a teraz pojawił się z niewielkim komputerem przenośnym pod pachą.
– Nie do końca – odparłem, patrząc na elektronikę gotową do zamknięcia w obudowie. – Tu jest coś jak antena i układ wzmacniający dość dziwnej konstrukcji. Myślę, że może zarówno odbierać, jak i nadawać sygnał, oczywiście zakładając, że komunikacja bezprzewodowa byłaby w ogóle możliwa.
– Generator impulsów. – Wirion wskazał inną część urządzenia. – Może emitować sygnał, w tym dość proste wiadomości, na przykład Morse’em. Tyle że obwód, do którego jest podpięty, nie ma większego sensu, jakby miał go tłumić. I jeszcze to ogniwo litowo-jonowe, w dodatku ekranowane. – Pokręcił głową. – Nie wiem, co to ma robić.
– Generalnie powinno nadawać i odbierać, ale nic więcej nie wiemy – podsumowałem.
– Dobra, złóżcie to i spróbujemy zaprogramować. Chyba udało mi się napisać do tego kompilator, choć to może za mocne słowo – mówił Gart, gdy upychaliśmy elektronikę do obudowy i uszczelnialiśmy luki szybkoschnącym technicznym silikonem. – Raczej program, którym powinno się dać przesłać ten porąbany kod do tego... czegoś. Przynajmniej w jakiejś uporządkowanej formie. Właśnie, ma to jakiś dysk?
– Nawet dwa – odparłem, dokręcając śrubkę w rękojeści. – Tyle że nie mają bezpośredniego połączenia z gniazdkiem. Po drodze jest jeszcze jakiś układ, nie bardzo wiem po co. Co robisz?
– Wepnę się bezpośrednio, będę nadzorował transfer – powiedział Gart, podłączając swój port do przenośnego komputera. – Jedziemy.
Podpięliśmy przewód do złącza naszego urządzenia, haker przymknął oczy. Przez chwilę nie działo się nic, zaczynałem podejrzewać, że popełniliśmy jakiś błąd konstrukcyjny. Nagle rozległo się ciche piknięcie i ekranik ożył.
– Pojebane to wszystko... – mruknął Gart, zapewne wpatrzony w strukturę korytarza przesyłu danych. – Spoko... mam ten układ... aha, o to chodzi... binarny translator... drugi poziom szesnastkowy...
Wyświetlacz urządzenia pokazał sunący małymi skokami pasek postępu. Proces dobiegł końca, monitor zgasł, a Gart odłączył się od komputera. Wpatrywaliśmy się w ciemny ekran, bojąc się cokolwiek powiedzieć.
– Zepsułem go? – zapytał wreszcie skrzypek, lecz w tej samej chwili urządzenie się włączyło.
AKTYWACJA ZBLIŻENIOWA
Zapłonęły zielone litery i ikonka klepsydry.
NIE WYKRYTO SYGNAŁU
SUGEROWANE ZMNIEJSZENIE ODLEGŁOŚCI DO ENKLAWY
– Czyli dupa – skwitował Wirion.
– Wszystkich was doszczętnie pojebało. – Choć trudno w to uwierzyć, skacowany Sidth był jeszcze bardziej uszczypliwy niż zwykle. – Pokurwieni jesteście. Jechać na Pustynię, bo goście z Enklawy wysłali parę linijek tekstu?!
Tego ranka ponownie włączyliśmy urządzenie i pokazaliśmy pozostałym członkom grupy komunikaty, jakie wyświetlało. Właściwie jednogłośnie doszliśmy do wniosku, że musi to być jakiś rodzaj lokalizatora, który zadziała w bezpośredniej bliskości przekaźnika. Problem polegał na tym, że ten prawdopodobnie znajdował się w okolicach Góry.