– Sidth, spróbuj to zrozumieć. – Nikthi tłumaczyła spokojnym tonem, choć widziałem, że w środku aż się gotuje. – Enklawa dostała paczkę danych, która mocno ich zaniepokoiła. Gart uważa, że dotyczyły projektu Aktualizacji 2.0, a więc zamiany obywateli Polis w zdalnie sterowane kukiełki. Dobrze wiesz, że nie możemy do tego dopuścić. – Zrobiła krótką pauzę i upiła łyk stygnącej kawy. – DTek powstał właśnie po to, żeby chronić to, co jeszcze pozostało z wolności. W tym przypadku sami nie damy rady.
Chłopak siedział ze spuszczoną głową i wolno kołysał nią na boki.
– Robisz to, bo chcesz pomóc swojemu kochasiowi – burknął wreszcie. – Masz nadzieję, że wyciągną z niego cyfraka i będziecie żyli długo i szczęśliwie. To wszystko zgadywanki. Nawet nie możemy ich dopytać, o co chodziło, bo się nie odzywają. Czy tylko ja mam wrażenie, że odkąd zainteresowaliśmy się panem „widzę cyfraki, w korpo pracuję”, wszystko się jebie? Jakby nas, kurwa, zarażał pechem?
– Sidth, skończ pierdolić – zgasiła go Telsi.
– Gdybym pierdolił, toby mi się dupa... a, chuj tam zresztą. Pojebany pomysł i tyle.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Wiedzieliśmy, że ważą się tu nie tylko dalsze losy DTeku, ale być może całego Polis. Rozstrzygnięcie, jakiekolwiek by było, sprawi, że nic już nie będzie takie jak wcześniej.
– Będziemy głosować – zarządziła wreszcie Nikthi. – Opcje są dwie. Ignorujemy Enklawę, żyjemy jakby nigdy nic i patrzymy, co się stanie. Może uda nam się rozkodować dane, które wykradliśmy, albo sabotować RepTek w inny sposób, może nie. Drugi wariant zakłada, że próbujemy dostać się do Enklawy i pomóc Miastu. Ogarniamy transport, stawiamy wszystko na jedną kartę. Bezczynność albo...
– Pewna śmierć – dokończył za nią Sidth.
– Niech ci będzie. – Hakerka nieoczekiwanie się z nim zgodziła. – Nie mówię, że to będzie bezpieczne. Zatem kto za wariantem o kryptonimie operacyjnym „Pewna śmierć”? – Uniosła dłoń.
Nie byłem pewny, czy mam tu również prawo głosu, ale podniosłem rękę, podobnie jak Gart i Wirion. Marbel wahał się chwilę, niepewnie spoglądając na Telsi. Zachęcony gestem, którego nie zrozumiałem, również zagłosował za.
– Kto jest przeciw?
Rękę podniósł tylko Sidth, weteranka MedCoru z jakiegoś powodu wstrzymała się od głosu.
– Zatem postanowione – podsumowała Nikthi.
– Pojebało was, serio. – Pryszczaty haker pokręcił głową. – Ale z większością się nie dyskutuje, a wypisywać się z DTeku nie mam zamiaru. Pomogę, ile zdołam, tylko, kurwa, pamiętajcie, że ostrzegałem.
Zdziwiło mnie to, jak nagle złagodniał. Może perspektywa opuszczenia grupy była dla niego zbyt trudna? Z tego, co wiedziałem, nie miał nikogo innego. Postanowiłem jednak uważnie go obserwować. Spojrzenie jego przekrwionych oczu zupełnie mi się nie spodobało.
Najbardziej nierealne i karkołomne plany zwykle mają to do siebie, że nikt nawet nie próbuje wprowadzać ich w życie. Właśnie dlatego pozostają w sferze marzeń. Jeśli spojrzeć na historię ludzkości, największych przełomów i odkryć dokonywali ludzie, którzy nie wierzyli, że „się nie da”. To ci, którzy nie przyjęli do wiadomości, że człowiek nie może latać, stworzyli samoloty (które co do jednego leżą dziś rozbite na całym świecie). Ci, którzy wbrew innym uznali, że można sięgnąć gwiazd, polecieli w kosmos (który dziś jest równie bezludny, co przed ich czasami). Inna rzecz, że na pięć prób dokonania takiego przełomu cztery kończą się porażką, a z tych czterech dwie zwykle tragedią. Nie wiesz, dopóki nie spróbujesz, a przynajmniej nie zaczniesz.
W naszym przypadku pierwsza przeszkoda była niejako dwuetapowa. Należało wydostać się z Polis, ale bez środka transportu nie miało to większego sensu. Nie znaliśmy dokładnej odległości od Muru do Góry, ale musiała ona wynosić kilkadziesiąt kilometrów. Dystans nie do przebycia na piechotę po spalonej słońcem Pustyni.
Właśnie dlatego Sidth ponownie poszedł odwiedzić Ulepa. Niewiele pamiętał ze swojej ostatniej wizyty u niego, ale twierdził, że jeśli ktoś w Mieście ma środki i jest na tyle szalony, by podjąć się rajdu przez pustkowia, to właśnie zbzikowany mechanik. Jednocześnie Gart zasiadł do komputera, żeby – jak to określił – „poszukać innej drogi”. Tym sposobem plan, który nadal wydawał się niedorzeczny, gładko przeszedł w etap realizacji.
RepTek, wiedząc o nadchodzącej kolejnej burzy, nie spieszył się ze sprzątaniem i naprawianiem sprzętu w metropolii. Trudno było im się dziwić, w końcu byłoby to zwyczajne marnotrawstwo zasobów. Robili niezbędne minimum, tylko tyle, żeby nie można było im zarzucić bezczynności. Taka sytuacja była mi na rękę. Część kamer nie działała, inne miały doszczętnie porysowane obiektywy, pokazujące jedynie zamazane kształty, więc leżał cały system rozpoznawania twarzy. Dopóki nie pchałem się przed oczy służbom porządkowym, mogłem chodzić, gdzie chciałem.
Kłopot w tym, że nie bardzo jest dokąd pójść, pomyślałem, stojąc przed wejściem do kryjówki DTeku. Mieszkanie na pewno było pod obserwacją, więc wszystko, co w nim zostało, straciłem. Pal sześć rzeczy, ale naprawdę tęskniłem za Radiacją... Z Borsem skontaktować się nie mogłem. Nie sądziłem, żeby chciał mnie wydać, ale nie było sensu go narażać. Wtyczek już nie potrzebowałem, zatem włóczenie się po Mieście w poszukiwaniu dilera też było bezcelowe.
Schowałem się w cieniu budynku i oparłem o rozgrzany mur. System zraszarek działał wadliwie, Miasto stawało się coraz cieplejsze. Lekki wiaterek przewiewał piasek z jednej miniaturowej wydmy na drugą. Dzielnica Industrialna wyglądała na wymarłą, choć wiedziałem, że w części plantacji, serwisów i fabryk wznowiono już pracę.
Przespacerowałem się wokół bloku i wróciłem do kwatery DTeku z butami pełnymi piachu. Zamierzałem nalać sobie kolejkę, ale Gart przywołał mnie gestem.
– Włamałem się do sieci kolejowej RepTeku – oznajmił, jakby było to coś zupełnie normalnego. – Pierwszy poziom, trasy, rozkłady i tak dalej. Zobacz tutaj.
Wyświetlił niezbyt szczegółową mapkę i pokazał mi zaznaczoną na żółto linię kolejową biegnącą mniej więcej na południowy zachód od Polis. Trasa przebiegała niedaleko Góry.
– Z tego miejsca będzie najbliżej. Gdyby tu wyskoczyć...
– Z jadącego z pełną prędkością pociągu? – przerwała mu Nikthi, wyraz jej twarzy świadczył, że jest nastawiona co najmniej sceptycznie. – Na środku Pustyni? To i tak będzie jeszcze kawał drogi. Nie wspominając już, że do tego pociągu trzeba się jeszcze najpierw dostać.
– Masz lepszy pomysł? – spytał haker zaczepnie. – Może zbudujemy paralotnię i skoczymy z Muru?
– Zaczekajmy na Sidtha, zobaczymy, co powie – rzuciła pojednawczo.
– Nie. Nie, nie, nie, zapomnij, kurwa, o tym. – Pierwszy raz widziałem Telsi tak zdenerwowaną. Stwierdzenie, że wieczorna narada nie szła zbyt dobrze, byłoby dużym niedopowiedzeniem. – W życiu się na to nie zgodzę, słyszysz?!
Telsi wkurzyła się kilka minut po rozpoczęciu dyskusji. Sidth oznajmił, że Ulep jest skłonny z nami rozmawiać, ale tylko jeśli przyprowadzimy Marbela, do którego miał jakiś interes. Tych dwóch miało za sobą wspólną historię, lecz nie miałem pojęcia, jaką konkretnie, a nikt nie spieszył mi tego wyjaśnić. Właściwie to nikt nie zdążył, bo inicjatywę przejęła lekarka.
– Telsi, uspokój się, proszę – powiedziała Nikthi, starając się załagodzić sytuację. – Wysłuchajmy go do końca.
Medyczka wzięła głęboki wdech, potem drugi. Wyraźnie starała się opanować i chyba jej się udawało.
– Marbel, usiądź z nami na chwilę! – zawołała spokojnym już głosem. Osiłek, który dotychczas spokojnie grał na automatach, niechętnie do nas dołączył.
– Ulep i kilku innych szykują Piaskowe Derby. Koryto jest lekko przysypane, podobno w sam raz na wyścigi. – Sidth postanowił opowiedzieć wszystko od początku. – Mają nawet zgodę RepTeku.
Wyścigi w wyschniętym korycie rzeki były niecodzienną atrakcją. Niegdyś całkowicie nielegalne, dziś częściowo sankcjonowane przez korporację, która zrozumiała, że igrzyska bywają potrzebne. Szalone rajdy były niesamowicie widowiskowe, ale także niebezpieczne. RepTek ograniczał się do filmowania, ale nie mieszając się do samej organizacji. Przynajmniej nie oficjalnie. W ten sposób powstało coś w rodzaju szarej strefy styku firmy i mniej lub bardziej szemranych środowisk.