W Mieście samochód był prawdziwym rarytasem. Większość nie nadawała się do użytku, bo ich elektronika usmażyła się w wyniku nadmiernej aktywności słońca. Wraki dawno pościągano z ulic i poddano recyklingowi. Te egzemplarze, które nadawały się do naprawy, osiągały zawrotne ceny. Trafiły w ręce ważniaków z firmy lub gangsterów. Nieliczne udało się ocalić kolekcjonerom lub maniakom, którzy strzegli ich jak oka w głowie. Domyślałem się, że Ulep należał właśnie do tej grupy. Paliwo przyjeżdżało do Polis transportami kolejowymi. Miasto musiało mieć zapas do generatorów, choć na co dzień korzystało z energii słonecznej. Jako że paliwo nie może leżeć w zbiornikach w nieskończoność, część zawsze rozchodziła się w mniej lub bardziej legalnych okolicznościach.
– Nie mówiłem mu, o co dokładnie nam chodzi, tylko że mamy do niego sprawę – kontynuował haker. – Od razu się kutas zapytał o Marbela, że niby jakiś interes ma do niego. Nie będzie gadał, dopóki się z nim nie spotka.
– Wiesz, co to za interes? – Głos Telsi był lodowaty.
– Nie powiedział.
– Ulep lubi bijatyki – do rozmowy włączył się sam zainteresowany. – Dobrze płaci. Mogę iść.
Osiłek mówił, jakby go to nie dotyczyło lub niewiele obchodziło. Lekarka zacisnęła tylko zęby.
– Nie mogę ci niczego zabronić – powiedziała po chwili. – Wstrzymałam się od głosu, więc teraz nie będę oponować. Uważam po prostu, że to zły pomysł. – Podniosła się z krzesła, podeszła do szafki kuchennej i wyjęła z niej butelkę alkoholu.
Bez słowa minęła stół i ruszyła do korytarza, rezygnując z dalszej dyskusji.
Ustaliliśmy, że nazajutrz Sidth i Marbel odwiedzą mechanika i dowiedzą się, czego właściwie chce.
Wstałem w środku nocy z językiem przyklejonym do podniebienia i ruszyłem do kuchni. Poszedłem w samych slipkach i koszulce, nie spodziewałem się, że niewielki aneks już ktoś okupuje.
Telsi siedziała przy stole, przed nią stała flaszka, szklanka i popielniczka. Kiedy wszedłem do sali, właśnie nalała sobie szczodrą kolejkę. Wziąłem sobie wody i usiadłem naprzeciwko lekarki. Chwilę przyglądała mi się w milczeniu, po czym wychyliła alkohol jednym haustem, nawet się przy tym nie krzywiąc. Wypiłem swoją wodę, a wtedy w moim szkle wylądowała dawka whisky wysoka na trzy palce.
– Wiesz, że byłam w MedCorze? – zapytała ni stąd, ni zowąd.
– Widziałem tatuaż, wysoka ranga.
– Ranga sranga... – Machnęła ręką, rozwiewając siną chmurę dymu. – Gówno się to liczyło. Przynajmniej kiedy zabierali mi dziecko.
Zupełnie nie miałem pomysłu, co właściwie można powiedzieć w takiej sytuacji. Zamoczyłem usta w alkoholu, żeby trochę zyskać na czasie. Okazało się, że niepotrzebnie, Telsi sama podjęła opowieść:
– Miałam kiedyś synka. Nawet nie wiem z kim, dasz wiarę? W MedCorze robota była ciężka, jakoś się odreagowywało. Dowiedziałam się, że jestem w ciąży, ale nie szukałam ojca. – Głęboko zaciągnęła się papierosem, usiłując jednocześnie spojrzeć mi w oczy. – Chciałam wychować go sama. Nie pomyślałam, że z tej roboty mogę przywlec coś do domu.
– Błękitna Plaga? – próbowałem się domyślić. – Przecież pracowaliście w kombinezonach...
– Nie. Słyszałeś kiedyś o syndromie DNI?
Zaprzeczyłem.
– No jasne, że nie, te badania nigdy nie ujrzały światła dziennego. Zajmował się nimi mój kolega, dostał transfer do innego polis. Z dnia na dzień słuch po nim zaginął.
– Co to za syndrom? – przypomniałem, bo znów zaczęła metodycznie wlewać w siebie whisky.
– Dziedziczna nietolerancja implantów – wyjaśniła, gasząc papierosa. – Wszczepy przyjmują się, ale wywołują skutki uboczne. Według mojego transferowanego kolegi często łapią go dzieci, których rodzice nadużywają swoich instalacji. Za moich czasów w MedCorze trzeba się było podpinać kilkanaście razy dziennie. Nawet dezynfekcję przeprowadzali za pomocą stymulacji implantów, zresztą pracownicy terenowi mieli dedykowane systemy, które to umożliwiały. Kiedy urodził się Mika, niczego nie podejrzewałam. Podrósł na tyle, żeby można mu było zrobić wszczepy. – Ręka, którą nalewała alkohol, zadrżała nieznacznie. – Wtedy się zaczęło. Okresowy brak kontaktu z rzeczywistością, luki w pamięci, drgawki. Próbowałam go leczyć, ale bezskutecznie. Żadna terapia eksperymentalna nie zadziałała. Jego mózg zwyczajnie nie trawił technologii, nie mogłam nic zrobić. Ratowałam ludzi z niejednego bagna, ale jemu nie umiałam pomóc.
Opróżniłem swoją szklankę, uznając, że lekkie stępienie zmysłów może mi się jednak przydać.
– Znalazłam rzeźnika – podjęła, napełniając szkło. – Postanowiłam usunąć Mice instalację, pozostawiając tylko atrapy portów. Byłoby mu ciężko, ale przy odrobinie szczęścia jakoś dałoby się ukryć ten sekret. Kłopot w tym, że ten chirurg był jakimś jebanym fanatykiem z obsesją na punkcie mutacji. Sprzedał nas RepTekowi, był nalot. Wpadli tam ludzie, z którymi pracowałam na co dzień, rozumiesz?!
Telsi umilkła, a ja znów nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Spod jej powiek popłynęły dwie duże łzy, ale lekarka szybko się opanowała. Przetarła twarz rękoma, pociągnęła nosem i postanowiła dokończyć opowieść.
– Zabrali mi go. Podobno na badania. Przesłuchiwali mnie, ale nie skazali. Wiesz, wyrozumiałość i litość firmy, że niby wiemy, co to matczyna miłość i inne pierdoły. – Uśmiechnęła się kwaśno. – W moje szkolenie wpuścili tyle kasy, że nie chcieli mnie tracić. Miki nie zobaczyłam już nigdy. Kilka tygodni później przydzielili mi zadanie z jednym z tych, którzy uczestniczyli w nalocie. Dupek jeden, nie dość, że gadał, jak to mu przykro, zasugerował jeszcze, że może mi pomóc z kolejnym dzieciakiem. Dokładnie tak powiedział: „dzieciakiem”. Wbiłam mu skalpel. Najpierw w lewe oko, potem jeszcze kilkadziesiąt razy w twarz. A potem uciekłam.
Kilkanaście minut siedzieliśmy w milczeniu. Telsi się wygadała, ja oczywiście nie potrafiłem powiedzieć nic mądrego. Medyczka wprowadzała się w stan coraz silniejszego upojenia, ale i tak nie postępowało to tak szybko, jak można się było spodziewać.
– Marbel ma DNI – powiedziała w końcu. – U niego dochodzą jeszcze inne drobne mutacje, ale za jego stan odpowiada syndrom, do którego istnienia RepTek nigdy się nie przyzna. W przypadku naszego osiłka występuje w miarę łagodna forma, bez drgawek.
– Jak dokładnie to się objawia?
– Cóż, Marbel żyje chwilą. Nie widzi związków przyczynowo-skutkowych, wydaje mu się, że to wszystko wokół niego to zabawa, symulacja albo sen – wyjaśniła już nieco bełkotliwym głosem. – Jest łagodny, ale łatwo ulega perswazji. Taki mógłby być mój Mika, gdyby pozwolili mu żyć.
– Jak to się stało, że Marbel...
– Przeżył? – domyśliła się. – Nie wiem. Sidth i Gart wyciągnęli go z żywołapki niedaleko koryta. Wiesz, takiej najprostszej, z żarciem w środku.
Wiedziałem, o czym mówi. Jeszcze jakiś czas po Błękitnej Pladze RepTek Polis żyło w strachu przed agresywnymi mutantami. Firma rozstawiała pułapki, które mogły przywabić niemyślącego już logicznie, genetycznie zmienionego osobnika. Były zupełnie nieskuteczne, za to jedzenie znikało z nich szybko – ludzie nie są w końcu tak głupi, jak chciałaby tego korporacja. Nieskuteczne potrzaski wkrótce wycofano z użycia.
– Marbel był nieprzytomny i strasznie pobity. Kurowałam go dobry tydzień, zanim można było nawiązać z nim kontakt. Pytanie, skąd mechanik wiedział, że jest u nas.
– Któryś z mieszkańców okolic Koryta mógł ich widzieć – zasugerowałem. – Takiego olbrzyma trudno przegapić. Pewnie stąd Ulep dowiedział się, że może mieć dojście do Marbela przez Sidtha.
– Albo Sidth zwyczajnie sprzedał mu tę informację dawno temu. Handluje wszystkim i ze wszystkimi. Jeśli Ulep wypytywał o wyciągniętego z żywołapki osiłka, mógł mu powiedzieć.