– Tylko się nie przemęcz – rzuciłem, kiedy już nabawiłem się wystarczających kompleksów, patrząc, jak bez wysiłku podnosi ciężary. – Przed walką będę miał coś dla ciebie, mały prezent od Telsi.
– Ona nie lubi, kiedy się biję, ale czasem trzeba.
– Masz rację, czasem trzeba.
Chciałem popatrzeć na walki i zakłady, ale niedaleko drzwi szatni natknąłem się na Sidtha. Chłopak był jeszcze bardziej zdenerwowany niż wcześniej.
– Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytałem ironicznym tonem.
– Chuj ci w... a zresztą, chodź. – Wciągnął mnie do pomieszczenia i zaczął mówić konspiracyjnym szeptem: – Coś tu śmierdzi. Ogłosili już walkę wieczoru. Marbel kontra trzech Chińczyków, nasz wielkolud jest faworytem. Rozejrzałem się tu i tam, dużo ludzi chce na niego postawić.
– To chyba zrozumiałe?
– Nie przerywaj mi, kurwa. Dziwne jest to, że Ulep stawia przeciwko. Podpatrzyłem go. On i jeszcze kilku szemranych gości.
– Myślisz, że chcą ustawić walkę?
– Zawsze byłeś taki domyślny? A na co ci to, kurwa, wygląda?
– Dobra. Teraz niewiele już możemy zrobić. Pilnujemy Marbela przed wejściem na ring. Dyskretnie, ale któryś z nas cały czas musi mieć go na oku. Ma nic nie jeść ani nie pić.
– Też o tym pomyślałem. – Haker chyba pierwszy raz w życiu przyznał mi rację. – Mogą chcieć go odurzyć jakimś świństwem.
Uprzedziliśmy naszego zawodnika, a Sidth został z nim w salce ćwiczeń. Wyszedłem, żeby chwilę popatrzyć na walczących. Ciosami pięści i kopniakami wymieniało się właśnie dwóch zawodników wagi ciężkiej. Jeden z nich był łysy i cały wytatuowany, co nadawało mu groźny wygląd, ale w myślach postawiłem na tego drugiego. Blondyn był drobniejszy, ale miał w sobie coś drapieżnego. Walka musiała zacząć się przed chwilą, rozochocony tłum ryczał, dopingując.
Łysol zamachnął się, lecz mój faworyt zszedł z linii ciosu, złapał potężną rękę przeciwnika i wykorzystując jego rozpęd, cisnął nim o okalający ring płot. Ogrodzenie jęknęło, widzowie zawyli głośniej. Jasnowłosy nie tracił czasu. Podbiegł do rywala, serią krótkich kopnięć w kolano sprowadził go do parteru, po czym silnym uderzeniem pięścią, poprawionym błyskawicznie łokciem, posłał na deski. Łysy próbował jeszcze wstać, ale kop w szczękę pozbawił go przytomności i prawdopodobnie kilku zębów. Przez gwar przebił się gong oznajmiający koniec walki.
– Szybko mu poszło. – Ulep wyrósł obok mnie jak spod ziemi. – Jak nasz faworyt?
– Ćwiczy – odparłem krótko.
– Zaniosę mu coś do picia. – Pokazał trzymane w dłoni dwie butelki. – Izotonik, dobry przed walką.
– Sam mu zaniosę.
Nie był zbyt zadowolony, ale podał mi flaszki.
– Tylko dopilnuj, żeby to wypił, dobrze mu zrobi.
– Jasne – odparłem, wiedząc, że płyn wyląduje w zlewie.
Walkę Marbela zapowiedziano niecałą godzinę później. Ulep przyszedł po nas, ale kazałem mu wyjść, tłumacząc, że muszę zamienić jeszcze kilka słów z zawodnikiem.
– Trener się, kurwa, znalazł – burknął, ale posłuchał.
– Tu masz prezent od Telsi – powiedziałem, podając osiłkowi kapsułkę. – Włóż to pod język i rozgryź, jak wejdziesz na ring.
Skinął głową i przyjął pigułkę. Weteranka twierdziła, że środek częściowo blokuje ból, zwiększa agresję i szybkość. Cóż, kontroli antydopingowej tu nie było, więc czemu nie spróbować?
Kiedy wyszliśmy, Ulep wcisnął Marbelowi w rękę kolejną butelkę, ale ten nawet jej nie odkręcił. Szliśmy korytarzem utworzonym przez rozstępujący się tłum, stojący w ringu konferansjer darł się do mikrofonu. Ludzi było znacznie więcej niż na początku wieczoru, wszyscy czekali na ostatnią rozgrywkę.
Otwarto furtkę, wielkolud wdrapał się na ring i stanął w jednym z narożników. Wyglądał na spokojnego, wręcz lekko znudzonego sytuacją. Ktoś szturchnął mnie w ramię i odsunął na bok. Na arenę wkroczyło trzech Azjatów. Podobnie jak Marbel mieli nagie torsy i krótkie bokserskie szorty. Ich twarze pokrywały niewielkie blizny, charakterystyczne dla ludzi biorących udział w bijatykach. Jeden miał złamany i krzywo zrośnięty nos. Tylko po tych śladach można było ich odróżnić, bo byli do siebie podobni jak trzy krople wody.
– Panie i panowie! – Konferansjer wpadł w istną ekstazę. – Zapraszamy na walkę wieczoru! W czerwonym narożniku dawno niewidziany Mech, ważący od grrrroooma i trochę olbrzym zabójca! – Motłoch zareagował gromkim aplauzem. – W niebieskim narożniku znani bracia Kintaro! Mistrzowie wschodnich sztuk walki, ważący razem sto sześćdziesiąt kilogramów! Koniec zakładów, niech zaaaacznieeee sieeeee waaalkaaa! – z tymi słowami opuścił ring.
Gong oznajmił początek potyczki, Marbel wolnym krokiem wyszedł na środek areny. Widziałem, jak rusza mu się szczęka, czyli rozgryzł pigułkę. Teraz wszystko było w jego rękach, bardziej mu nie pomogę.
Chińczycy zbliżyli się do niego, rozdzielając i starając się go okrążyć. Szli na ugiętych nogach, w ich ruchach czuło się doświadczenie. Marbel przenosił spokojny wzrok z jednego na drugiego, czekając na ich pierwszy ruch. Tłum skandował, wrzawa była coraz głośniejsza.
Dwóch przeciwników rusza jednocześnie. Ten ze złamanym nosem nurkuje w stronę nóg wielkoluda, wyprowadza podcięcie, ale nieskutecznie. Drugi skacze w górę, próbując trafić pięścią w bok głowy. Marbel przyjmuje cios, lekko się kuląc, pęka mu łuk brwiowy, krew cieknie po twarzy. Osiłek zdaje się jednak tego nie zauważać, raz za razem kopie Chińczyka w parterze. Szczególnie mocno wychodzi mu czwarte uderzenie, przeciwnik koziołkuje po deskach, zatrzymując się przy ścianie klatki. Usiłuje wstać, łapiąc się kraty, ale średnio mu to wychodzi. Marbel bierze zamach, starając się trafić drugiego wroga, który zasypuje go właśnie gradem ciosów w tułów – niestety, jest zbyt wolny. Nie trafia, a do tego z tyłu atakuje go trzeci przeciwnik. Mocno uderza w nerki, potem kopie pod kolano, składając je i sprowadzając olbrzyma do parteru. Wsiadają na niego obaj, waląc po głowie i korpusie. Nagle Marbel, nie wstając, gwałtownie skacze do przodu i łapie jednego z nich wpół. Ląduje na nim i przygniata go swoim ciężarem, po czym strzela czołem w twarz, raz, drugi i trzeci. Jeden z trojaczków stara się uwolnić brata, ale równie dobrze mógłby próbować przenieść górę. Osiłek, czując na plecach kolejne razy, gwałtownie wzmacnia uścisk, tłum wydaje z siebie głośnie „aaahhh”, słysząc trzask pękającego kręgosłupa. Olbrzym zrywa się na nogi. Ogłuszony wcześniej kopnięciem zawodnik zdołał wstać, ale na niewiele się to zdało. Marbel bierze rozpęd i wpada na niego barkiem, przyciskając do ściany klatki. Chwyta wroga za kark, odwraca w swoją stronę i miażdżącym kości twarzy sierpem posyła na deski. Trzeci, stojący jeszcze na nogach przeciwnik powinien zwyczajnie się poddać. Zamiast tego krzyczy rozdzierająco i desperacko szarżuje. Zaślepiony wściekłością, nadziewa się na błyskawiczny prosty, który dosłownie odwraca go w locie. Chińczyk nogami do przodu upada u stóp Marbela, odwraca się jeszcze na brzuch i wówczas inkasuje potężne kopnięcie pod żebra. Ich chrupnięcie oznajmia koniec walki, zanim jeszcze rozlega się gong.
Widzowie wpadli w ten dziwny rodzaj ekstazy, w którym daje się upust emocjom wywołanym przez widowisko. Udzielił mi się ten nastrój i byłem szczęśliwy, że Marbel wyszedł z walki obronną ręką, więc wiwatowałem razem z nimi. Nawet Sidth głośno krzyczał, gratulując osiłkowi. Na ring wskoczył konferansjer, a zaraz za nim sanitariusze.
– Mamy zwyyycięzcę! – zapowiadacz wydarł się do mikrofonu, unosząc w górę rękę olbrzyma. – Mech! Mech! Mech!
Tłum zaczął skandować razem z nim, podczas gdy medycy znosili z ringu pokonanych. Zdałem sobie sprawę, że ten ze złamanym kręgosłupem prawdopodobnie jest już martwy.
Marbelowi chyba podobało się to uwielbienie dla jego osoby. Stał, lekko się uśmiechając, krew z rozbitego łuku brwiowego ciekła mu po twarzy i kapała na ring. Kiedy emocje nieco opadły, zszedł z areny i poklepywany po plecach, ruszył do szatni.