– Spadł z peronu pod pociąg. Nie miał szans – odparłem, szukając po kieszeniach paczki papierosów. – Moim zdaniem zamierzał wystawić nas RepTekowi. Przykleił Marbelowi nadajnik i chciał się urwać, zanim wkroczą tajniacy. Zauważyłem to, zapytałem, a on wpadł w panikę. Gdyby mu się udało, wróciłby do was i robił wielkie oczy, że nas jeszcze nie ma.
– Skurwiel – skwitowała Telsi. Przelotnie zastanowiłem się, co właściwie oburza ją bardziej: fakt, że haker zdradził, czy to, że naraził Marbela.
– O zmarłych dobrze albo wcale. – Nikthi utkwiła nieobecne spojrzenie w blacie stołu. Wyraźnie nie była gotowa na te informacje.
– Zatem wcale.
W ciszy, która zapanowała, trzask zapalnika mojej fajki rozbrzmiał prawie jak wystrzał.
– Gart, możesz mi teraz powiedzieć, jak właściwie zostałeś moim osobistym Jezusem? – chcąc zmienić temat, zapytałem wreszcie o nurtującą mnie kwestię. – Bo to byłeś ty, prawda?
Haker wzruszył ramionami, jakby chciał pokazać, że nie ma pojęcia, o czym mówię, ale promienny uśmiech go zdradził.
– Wirion i ja monitorowaliśmy sieć policyjną, na wypadek gdyby coś poszło nie tak.
– Spodziewaliśmy się wprawdzie nalotu na te nielegalne walki, a nie... tego – dodał druciarz.
– W każdym razie, kiedy zaczęła się rozróba na stacji metra, uznaliśmy, że to nie przypadek. Kod operacyjny sił porządkowych mówił wyraźnie o zagrożeniu ze strony mutantów i konieczności ujęcia żywcem.
– Z tego drugiego dość szybko zrezygnowali – rzuciłem, gasząc papierosa. Jakoś przestał mi smakować.
– Zhakowaliśmy kilka przekaźników i odcięliśmy zasilanie w części Polis. – Gart nie krył dumy.
– Łatwo nie było, najpierw trzeba było jeszcze postarać się, żeby zapasowe generatory przeszły w tryb awaryjny. – Wirion również był z siebie zadowolony. – Wprowadziłem instrukcję, która przestawiła je tylko na podtrzymanie systemów, wyłączając oświetlenie ulic.
– Do tego jeszcze zorganizowaliśmy małą dywersję w innej dzielnicy – partner wszedł mu w słowo. – Potem wystarczyło tylko przemycić komunikat, że to poszukiwane mutanty mogą być odpowiedzialne za ten mały wybuch, i gotowe.
Chwilę czekali na pochwały, a ja zastanawiałem się, dlaczego jeszcze nie przyszło im do głowy przejęcie władzy w Mieście. Kiedyś brałem ich za domorosłych hakerów, którzy szybko wpadną. Teraz wiedziałem, że choć domorośli, są niesamowicie wręcz uzdolnieni. Co do możliwej wpadki... cóż, przy tym tempie wydarzeń niczego nie można było być pewnym.
– Czasem mnie przerażacie – westchnąłem tylko, kręcąc głową.
– Dziękujemy! – odpowiedzieli jednocześnie.
– To nie miał być komplement, ale właściwie tylko dzięki wam udało nam się dotrzeć tutaj w jednym kawałku – powiedziałem, myśląc o naszej ucieczce.
– No, w sumie racja – zgodził się Marbel. – No i dlatego, że nieźle strzelasz.
– Fakt, były jeszcze dwa trupy. – Nie wiem, jak mogłem o tym zapomnieć. – Zastrzeliłem dwóch szturmowców. Nie miałem wyjścia. Chyba.
– Z tego, co mówiłeś, przestali się bawić w próby ujęcia was żywcem? – upewnił się Wirion. Skinąłem twierdząco głową. – Zatem nie miałeś wyboru. Albo oni, albo wy.
W jego argumentacji nie było błędu, ale to nie ona ostatecznie mnie przekonała. W sytuacjach zagrożenia kontrolę przejmował cyfrak, a to z jakiegoś powodu sprawiało, że nie czułem się winny.
Nikthi uparła się, żeby zakończyć wieczór (czy raczej blednącą powoli noc) toastem za Sidtha. Nie była przyzwyczajona do tracenia członków zespołu; kiedy o tym mówiła, łamał jej się głos. Choć wina hakera była ewidentna, wszyscy zmarkotnieli. Tylko Telsi skrzywiła się lekko, ale bez słowa wypiła pożegnalną whisky.
Po śniadaniu stawiłem się w gabinecie Telsi na zmianę opatrunku. Rana była zasklepiona i praktycznie nie bolała, ale medyczka się uparła. Zagwizdała cicho, zdejmując bandaż.
– Nie ma sensu zakładać nowego – stwierdziła zdziwiona. – Tempo regeneracji masz obłędne.
– To chyba dobrze?
– Niezupełnie. Ludzkie ciało, nawet z wszczepami, to nie maszyna – powiedziała, patrząc na mnie poważnie. – Za coś takiego zawsze trzeba zapłacić. Większy apetyt, szybsze zużycie.
– Faktycznie jem więcej – przyznałem. – Zużycie?
– Organizmu.
Zmarkotniałem. Czyli właściwie co – szybciej się teraz starzałem?
– Marbel powiedział mi wczoraj coś ciekawego – zmieniła temat medyczka. – Twierdzi, że cię zaatakował.
– Fakt, złapał mnie za szyję, kiedy podałem mu zastrzyk.
– Mówi, że to dlatego, że zamieniłeś się w potwora. Utkanego z zielonego kodu – dodała po chwili.
– Marbel był naćpany – odparłem.
– To fakt, ale on inaczej widzi rzeczywistość. A ty byłeś potworem?
– Nie wiem. Potrafię sam go uruchomić. – Nie umiałem znaleźć bardziej precyzyjnego określenia. – Udało mi się wyzwolić tę moc na zawołanie. Wszystko wtedy zwalnia, a właściwie to ja przyspieszam. Jakby rosła mi moc obliczeniowa, szybciej myślę i działam. To ocaliło życie Marbelowi i mnie, kiedy strzelałem do gliniarzy. Myślisz, że mógł go zobaczyć? Cyfraka we mnie?
– Tego nie wiem. Jak zdążyłeś się już zorientować, on inaczej postrzega świat – odparła, kręcąc głową. – Z wiadomych względów nie zaryzykuję też kolejnego podłączania cię pod skaner, ale moim zdaniem to nic dobrego.
– Kontrola to chyba dobra rzecz?
– Kontrola to nie tylko możliwość włączenia jakiegoś mechanizmu, a przede wszystkim umiejętność powstrzymania go przed samoistnym wyzwoleniem.
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Pewnie miała rację, a ja zacząłem mieć wątpliwości, czy faktycznie sam wyzwoliłem przyspieszenie, czy jedynie zareagowałem na przejmującego kontrolę cyfraka. Wprawdzie nie straciłem po tym przytomności jak za każdym razem wcześniej, lecz nie wiedziałem, czy mogę to brać za dobry znak. Możliwe, że to mój lokator uczył się lepiej kontrolować ciało, szykując się do pełnego przejęcia.
Od udzielenia odpowiedzi sobie i Telsi wybawił mnie Gart, który właśnie wszedł do gabinetu.
– Telefon do ciebie. – Chłopak był śmiertelnie blady. – Dzwoni Wiz.un.
Drogę do głównej sali przemierzyłem na sztywnych nogach. Wiedziałem, że telefon od szamana nie oznacza niczego dobrego. Pełne napięcia miny hakerów świadczyły, że oni także nie mają złudzeń.
Telefon w siedzibie DTeku nie miał funkcji holo, zapewne dla bezpieczeństwa.
– Neth – rzuciłem do słuchawki.
– To ja, Wiz.un. Jesteś tam?
– Słucham.
Doskonale wiedziałem, co powie. Milczałem więc, a on mówił, niekiedy zacinając się i jąkając. Głos mu się łamał, przekaz był jednak bardzo jasny, w dodatku nie miałem wyboru w kwestii odpowiedzi. Dlatego gdy uznałem, że skończył, odparłem tylko:
– Będę. Daj mi dwie godziny.
– Chyba zwariowałeś! Chcesz się poddać?! Po tym wszystkim?! – Przechadzająca się nerwowo Nikthi nawet nie próbowała ukryć wzburzenia.
– Zrozum, nie ma innego wyjścia. Siadaj. Zresztą siadajcie wszyscy, mam mało czasu. – Gestem zaprosiłem hakerów do kuchennego stołu, przy którym zaczynałem się już czuć jak u siebie. – Chociaż nie, zaraz. Gart, dzwonimy do Ulepa.
Mechanik odebrał po kilkunastu dzwonkach, wyraźnie poirytowany.
– Ulep, to musi być dziś w nocy. – Odczekałem chwilę, aż potok bezładnych lamentów ucichnie. – Nie rozumiesz, ja nie proszę. Za chwilę dostaniesz dane do konta z zaliczką, dorzucimy też coś ekstra. Zapłać, komu trzeba, i dostań się do Koryta albo będzie z tobą krucho. Nie żartuję, wiesz o tym? – W słuchawce rozległo się ciche stęknięcie, a potem potwierdzenie. Każdego można złamać, trzeba tylko wiedzieć, gdzie naciskać. Kasa i groźby działały na niego doskonale. – Oczyścimy trasę i spotkamy się w umówionym miejscu. Lepiej, żebyś tam był, Ulep.
– Wyjaśnisz nam teraz, co właściwie chcesz zrobić? – Kiedy odłożyłem słuchawkę, Wirion stał z rękami skrzyżowanymi na piersiach i patrzył wprost na mnie.