Выбрать главу

– Bzdura! – warknął Seuga z kąta. – Wszystko razem nawet dla czterech nie starczy. Mamy zapas na czternaście i pół godziny…

– Czternaście i pół godziny do podziału między pięciu… – powiedział melancholijnie Lukas. – Po niecałe trzy godziny na łebka.

– Powiedziałem, że nawet na czterech za mało, by doczekać pomocy! – krzyczał Seuga. – Wyzdychamy wszyscy, razem albo po kolei!

– Więc wyzdychamy… – zgodził się Leman.

– Nie każdemu jest tak wszystko jedno jak tobie! – Seuga poderwał się gwałtownie z podłogi. – Trzech mogłoby tym oddychać przez niespełna pięć godzin. Gdyby pozostali dwaj oddali swoje butle natychmiast.

Lukas wyprostował się i oparty plecami o stalową przegrodę komory, wlepił spojrzenie w miotającego się Seugę.

– Chcesz powiedzieć, że dwóch z nas już w tej chwili niepotrzebnie marnuje powietrze… Dwóch, to znaczy ja i Leman, tak?

– A może wylosujemy tych dwóch? – rzucił Eber, obserwując bacznie twarz Seugi, który na te słowa zareagował nagłym skurczeniem dłoni na butli. – Tak będzie jeszcze sprawiedliwiej, nie sądzisz?

– Nie… – burknął Seuga. – Co mam, to moje.

– A wiesz, dlaczego masz najwięcej z nas? – ciągnął Eber, podchodząc do Seugi i odpychając w bok lufę jego pistoletu. – Bo kiedy my torowaliśmy dostęp do radiostacji, zużywając nadmierne ilości powietrza, ty leżałeś sobie na wznak i oddychałeś równiutko, oszczędnie… Z tą twoją przytłuczoną nogą, to też, zdaje się, niezupełnie prawda.

– Odejdź… – Seuga wpił lufę w brzuch Ebera. Dłoń trzęsła mu się lekko. – Odsuń się, bo…

– Zostaw go Eber – powiedział Dawe półgłosem. – Kłócąc się skracamy sobie życie. Usiądźcie spokojnie i wyregulujcie zawory na minimalny wypływ.

Pokładli się pod ścianami, od czasu do czasu tylko rzucając bystre spojrzenia na Seugę, który czuwał w napięciu, nie wypuszczając broni z ręki.

– Mam tu kilka ampułek dezaktynu – ciągnął Dawe, sięgając do kieszeni skafandra. – Gdyby udało się zrobić zastrzyki, moglibyśmy jakoś wytrzymać cztery godziny. We śnie zużywa się znacznie mniej powietrza. Obawiam się tylko, że… nie potrafimy tego wstrzyknąć. Nie można roz-hermetyzować skafandrów, to oznaczałoby śmierć w ciągu kilku minut. Co o tym sądzisz, Leman?

– To samo, co ty… – mruknął niechętnie zapytany. – Przestań wyszukiwać nowych nadziei. Sam wiesz, że nic się nie da zrobić…

– Może… śluza? – zaczął Eber. – Może uda się uszczelnić komorę śluzy i wypełnić ją częścią powietrza z którejś butli… No, powiedzmy, z każdej po trochu… I tam zrobimy zastrzyki?

– Nie ma jak wyprzeć atmosfery ze śluzy – przypomniał Dawe. – Pompy nie działają. Poza tym nie wiem, czy wystarczyłoby powietrza na jej napełnienie.

Opadli znów bezsilnie na podłogę, oddychając powoli, jakby z rozmys-łem wciągając w płuca każdy haust cennego powietrza.

– Zresztą – powiedział Eber po chwili – ten bydlak pozarzynałby nas we śnie i zabrał nasze butle… A swoją drogą ciekaw jestem, ile on ma naprawdę…

Seuga nie zareagował tym razem, rzucił tylko nienawistne spojrzenie w stronę Ebra i przewrócił się na wznak patrząc w sufit.

– Pójdę jeszcze raz – powiedział Dawe wstając.

– Dokąd? Do radiostacji? – zainteresował się Lukas. – Przedstaw im nasze położenie, niech przynajmniej wiedzą…

Lufa pistoletu Seugi powędrowała nieznacznie w stronę Dawego. _ Nie – powiedział Dawe. – Idę na zewnątrz, może jednak…

– Nie oszukuj się, do magazynu tamtędy nie dotrzesz. – Lukas oparł głowę na zgiętym łokciu, twarzą zwrócony ku podłodze. – Zostań.

– Po co masz tracić powietrze w ruchu? – zatroszczył się niespodziewanie Seuga. – Siedź, Dawe, i nie ruszaj się. Spojrzeli na niego ze zdziwieniem.

– Zostań! – powiedział głośniej, gdy Dawe znikał w otworze włazu.

Dowódca ogarnął wzrokiem mętniejący krajobraz. Niskie chmury przesłaniały słońce. Łagodne obrzeża krateru srebrzyły się żyłkami wilgoci, spływającej po zboczu. Odwrócił się i spojrzał na żleb, którym sześć godzin temu zeszła owa nieszczęsna lawina.

Wrak movera sterczał tak samo, jak ujrzeli go, gdy ogłuszeni i przerażeni wybiegli z przedsionka stacji. To był po prostu cud, że nie zdążyli jeszcze dotrzeć do jej wnętrza… Rzeka poszarpanych głazów, która runęła na strop i przerywając go wdarła się do komór składowych, zasypała doszczętnie wszystko. Wybuch w magazynie chemicznym dokonał reszty i tylko komora wejściowa – jakby na urągowisko – pozostała nietknięta… Mover dostał tylko jednym odłamem, ale tak nieszczęśliwie, że zbiorniki ciekłego tlenu pękły natychmiast i zalały wszystko spienionym, lodowatym wrzątkiem. Patrząc na to myśleli tylko o jednym: co z radiostacją? Niezachwiana wiara w to, że wystarczy wezwać pomocy, by ją otrzymać, kazała im własnymi rękami rozgrzebywać pogięte płyty i osłony… Radiostacja dała się uruchomić…

Dawe przypominał sobie to wszystko, jakby od tego czasu minęła nieskończoność. Spojrzał na zegarek, potem na wskaźnik powietrza. Odczytał z nich – jak wyrok śmierci – że pozostały jeszcze trzy godziny do przybycia pomocy. Dla niego jednak zostało zaledwie dwie i pół… Pomyślał o innych, którzy mieli przed sobą jeszcze mniej, i westchnął. Jakże są spokojni mimo tej nieubłaganej świadomości końca… Cóż, właściwie przeżyli to już nieraz w wyobraźni, nim tu przybyli. Teraz nie pozostało nic innego, jak czekać i nie myśleć już o niczym. Tylko ten Seuga… Jakże zawodne są jednak wszelkie metody badań psychologicznych! Załamał się, stał się agresywny… Trudno mu się jednak dziwić: obrona własnego życia to przecież najnormalniejszy odruch psychiki ludzkiej, odartej ze wszystkiego innego. Nie każdy ma predyspozycje na bohatera. Tylko… skąd u niego ta nagła troska o mnie? – pomyślał przypomniawszy sobie ostatnie słowa Seugi.

Spojrzał na pusty horyzont, jakby raz jeszcze chciał się upewnić, czy spodziewana pomoc jakimś nadprzyrodzonym cudem nie przybędzie wcześniej. Nagła myśl poraziła go w chwili, gdy obchodził rumowisko po osypanej lawinie. Zawrócił szybko w kierunku wejścia do komory. Stanąwszy w drzwiach wyprostował się i powiedział:

– Od południa zbliża się jakiś pojazd…

Seuga zerwał się pierwszy, za nim Eber. Dawe nie usunął się jednak z wąskiego przejścia i uderzywszy Seugę ramieniem wyrwał mu pistolet. Leman nie podniósł nawet głowy, a Lukas spojrzał z niedowierzaniem.

– Stać! – powiedział Dawe. – Przepraszam was, koledzy. Musiałem to zrobić…

Potrząsnął pistoletem i odepchnął Seuge. Eber wrócił na swoje miejsce i usiadł, kiwając głową ze zrozumieniem.

– Musiałem to zrobić – powtórzył Dawe. – Jego troskliwość o mnie zmusiła mnie do tego. Wiecie, o co mu chodziło? Dlaczego tak mu zależało na moim zapasie powietrza? Bo obliczył sobie, że gdy was… już nie będzie, on zostanie ze mną. Każdy z nas będzie miał powietrza na pół godziny, a pomoc przybędzie za godzinę. Rozumiecie?

– Ach, ty… gadzie… – syknął Seuga, drżąc z wściekłości. – W ten sposób t y masz teraz pistolet!

– Nie – powiedział Dawe spokojnie opróżniając magazynek. Zebrał ładunki na dłoń i cisnął je w stronę Seugi, który pełzając na czworakach pozbierał wszystkie i przeliczywszy ukrył w kieszeni.

– Teraz nikt nie będzie strzelał. – Dawe zatknął pistolet za pas.

– On jest silniejszy od ciebie, Dawe. Zabije cię rękami, to szaleniec… – powiedział Lukas cicho.

– Wiem – skinął głową Dawe. – Dlatego też… zamieńmy butle, Ler.ian! Ty mu się nie dasz! Niech przynajmniej… Leman! – Leman leżał bez ruchu. Oawe skoczył w jego kierunku, lecz zderzył się z Seugą, który także spostrzegł to samo: butla Lemana była zakręcona, wskaźnik dopływu powietrza pokazywał zero.

– Puść – krzyknął Seuga, gdy Dawe drżącą dłonią próbował odkręcić zawór. – Skoro już to sam zrobił…

– Precz! – warknął Dawe. – On jeszcze żyje!

– Zostaw go! – Seuga szarpał dłoń dowódcy. – Zostaw go, to jego sprawa! Nie puszczaj powietrza, jemu już nic nie pomoże, a ja… a my…

Eber chwycił go z tyłu za ramiona i rozciągnął na podłodze. Szamotali się przez chwilę. Dawe rozkręcił zawór, ale Leman naprawdę już nie żył.

– Zaoszczędził dla nas… zapas na półtorej godziny… – powiedział Dawe wstając i oglądając wskaźnik trzymanej w dłoniach butli. – Lukas, weźmiesz dwie trzecie. Eber resztę.

– Daj spokój… – powiedział Lukas. – Już się przyzwyczaiłem… do tej myśli, że… ja następny. To wystarczy dla was dwóch, dociągniecie na tym do czterech godzin…

– Nas jest trzech! – przypomniał Seuga.

– Weźcie to wy, Dawe i Eber. Przeżyjcie tego drania… – powtórzył Lukas.

– Nie – powiedział twardo Dawe. – Zrobicie, jak powiedziałem. To rozkaz. W ten sposób będziemy mieli wszyscy jednakowy zapas… Przy oszczędnym oddychaniu mamy pewne szansę…

– A kto ci powiedział, że oni będą tu za trzy godziny? – burknął Seuga, sadowiąc się z dala od innych. – Może przylecą za pięć?