Spojrzałem wokoło, ogarniając wzrokiem lekko falistą równinę. Na północno-zachodnim horyzoncie, pod nisko nawisłymi chmurami majaczyło lekkie wybrzuszenie, jakby zarys rozległego wzgórza. Sięgnąłem po lornetkę. W jej szkłach jednolity kontur zbocza rozpadł się w graniaste ziarna, odsłaniając swą nieciągłą, jakby krystaliczną strukturę.
Zrozumiałem. To właśnie było Miasto, do którego zmierzałem. Wyglądało, jakby zbudowano je na wzgórzu. Ale to nie mogło być wzgórze! Pamiętałem dokładnie topografię tego miejsca, jego położenia na dwóch brzegach rzeki, wśród równiny. Jednak to było ono, bez wątpienia. Wybrzuszyło się, nabrzmiało jak bąbel na oparzonej skórze. Wzniosło się soczewkowatym obrzmieniem ponad linię horyzontu, opuchły wrzód na ciele planety, gromadzący to wszystko, co okazało się zbędne, a nawet niepożądane wkoło, na tej równinie pozbawionej wszelkiego życia, pokrytej czarną powłoką chłonącą światło… Światło, które pozwalało żyć temu tworowi i zapewne wielu innym, podobnym. Pozwalało żyć za darmo…
Zabrzmiały mi w uszach słowa usłyszane tam, na Księżycu: że zapewniono minimum warunków życia, że nie pozostawiono na łasce losu… Humanitarnie. Moralnie. Przyzwoicie…
Lata spędzone w układzie Dżety nauczyły mnie widzieć i rozumieć. Mój krótki pobyt w Lunie I potwierdził moją wiedzę i doświadczenie. Wiem, co potrzebne jest rozumnej istocie – oprócz "minimum warunków"…
Za sobą, gdzieś nisko nad ziemią, usłyszałem cichy warkot silnika. Spojrzałem tam. Mały punkt, zbliżający się szybko, rozwijał się w kształt pojazdu powietrznego przypominającego śmigłowiec. Wskoczyłem na platformę podnośnika i podjechałem w górę, w stronę luku. Zatrzymałem windę w trzech czwartych wysokości i z dłonią na dźwigni, gotów w każdej chwili skryć się za osłoną pancerza rakiety, czekałem.
Maszyna zbliżała się niskim lotem. Czyżby przybyli do mnie? Widocznie zauważyli moje lądowanie – pomyślałem.
Spod brzucha śmigłowca wydęły się cztery baloniaste poduszki pneumatyczne amortyzatorów. Pojazd delikatnie usiadł na powierzchni fotoogniw. Jego śmigło wirowało nadal, pewnie dla odciążenia podłoża. Właz z dolnej części kadłuba rozwarł się, wyrzucając z wnętrza dwie małe postacie na cienkich, obutych w miękkie przylgi kończynach. Gdy zbliżały się do brzegu wyrwy, wśród której stała moja rakieta, dostrzegłem metaliczny pobłysk ich pancerzy. To były automaty.
Nie interesując się rakietą, jeden z nich metodycznie obszedł brzeg wyrwy, obmacując nawisłe strzępy stopionych płytek. Drugi przemierzył w poprzek wypalone kolisko, przechodząc obojętnie pomiędzy wspornikami rakiety, jakby krokami mierzył średnicę ubytku. Po chwili oba przystąpiły do systematycznego usuwania szczątków uszkodzonych płytek, składając złom na stertę w pobliżu śmigłowca.
Po oczyszczeniu brzegów wyrwy automaty zniknęły we wnętrzu pojazdu, by po chwili wywlec z niego kilka skrzyń, wypełnionych elementami do naprawy uszkodzenia. Jeden z robotów wprawnymi ruchami uzupełnił ubytki konstrukcji wsporczej, jakby cerując wyrwę ażurową siatką prętów. Drugi układał płytki.
Patrzyłem na ich pracę z rosnącą ciekawością. Interesowało mnie, co zrobią, gdy dotrą do zarytych w gruncie wsporników mojej rakiety.
Nie zrobiły nic szczególnego. Po bezskutecznych próbach usunięcia przeszkody po prostu obudowały każdy ze wsporników dokoła tak dokładnie, że po zakończeniu pracy rakieta wyglądała, jakby brodziła po kostki w czarnym tuszu.
Automaty starannie pozbierały zniszczone płytki, załadowały je do skrzyń i wniosły do śmigłowca, który wzniósł się i płasko poszybował w kierunku, z którego przybył.
Moja rakieta, moje przybycie, ja sam wreszcie – wszystko to nie miało znaczenia, nie zostało zauważone. Automatyczny system naprawczy szybko i sprawnie usuwał przypadkowe szkody, nie analizując ich przyczyn…
Zablokowałem właz rakiety i opuściłem się windą na powierzchnie świeżo położonych płytek. Powoli ruszyłem w stronę mglistego wzgórza na horyzoncie.
Rozglądając się po bezkresnej gładkiej pustyni, w myślach poszukiwałem sensu tego, co zaczynało jawić się tutaj moim oczom. Jakże obłędnie konsekwentni byliśmy zawsze w realizacji naszych planów – my, ludzie związani z techniką, nauką, postępem… A wszystko zaczynało się od humanistycznych, głębokich uzasadnień: wszystko dla człowieka, w imię ludzkości… A potem w ferworze realizacji szczytnych celów, ucieleśniając swe zbawienne pomysły, czyniliśmy zadość swym ambicjom, nie umiejąc położyć w odpowiedniej chwili rozsądnej granicy naszym poczynaniom… Wtedy okazało się, że wiemy, czego potrzebuje ludzkość, lepiej niż ona sama… Lekceważyliśmy interesy i pragnienia pojedynczych ludzi, podporządkowując je rzekomym interesom całej społeczności. A równocześnie – kształtowaliśmy nieomal siłą owe "interesy całości" – naginając je do potrzeby samorealizacji wybitnych jednostek…
Mało kto potrafił zrezygnować z wprowadzenia w życie własnego i we własnym mniemaniu doskonałego pomysłu, tając sam przed sobą lub po prostu pomijając w rozważaniach perspektywiczne skutki swej działalności.
Chlubnym wyjątkiem, jednym chyba jaki znam, był van Troff… Mimo wszystkich gorzkich słów, które pod jego adresem cisną mi się na usta – nie mogę odmówić mu jednego: poczucia proporcji, umiejętności pytania samego siebie o sens własnych poczynań.
Przekonałem się o tym raz jeszcze przed startem naszej wyprawy. Może właśnie to przekonanie o jego odpowiedzialności za własne słowa i czyny przechyliło w końcu szalę i uległem sile jego sugestii…
Na parę tygodni przed odlotem do Dżety udało mi się odwiedzić van Troffa w Instytucie, gdzie nadal prowadził swoje prace, choć już od kilku lat nie wykładał.
Znalazłem go w małym pokoiku, który zajął jako emerytowany profesor, ustępując miejsca nowemu kierownikowi zespołu. Siedział przed końcówką systemu komputerowego. Na ekranie przelewały się zielonkawe linie, tworzące misterną siatkę złożonych brył, przecinających się nawzajem i zmieniających w czasie. Prześwidrował mnie wzrokiem spod nawisłych gęstych brwi, uśmiechnął się i wskazał krzesło. Przez następną godzinę musiałem cierpliwie słuchać. Nie wszystko, co mówił, docierało do mojej świadomości. Chwilami traciłem wątek, a przez cały czas nie potrafiłem odgadnąć celu tego wykładu.
– Czy zdarzyło ci się kiedyś, młody przyjacielu, zrobić coś zupełnie niepotrzebnego? Bo mnie przytrafiło się to właśnie. Dziś, blisko mojej mety, widzę to zupełnie jasno. To, na co poświęciłem pół życia, jest mi właściwie niepotrzebne… Aż drugiej strony trudno powiedzieć, by mi się nie udało.
Zrobił przerwę, zamyślił się wpatrzony w zielony obraz na ekranie, po czym wyłączył monitor i ciągnął dalej:
– Wszyscy znają mnie jako teoretyka… A moją prawdziwą pasją był zawsze eksperyment fizyczny… Jednakże, jak wiesz, różnie bywa z zastosowaniem teorii fizycznych. Nigdy nie wiadomo, ile dobrego, a ile złego przyniesie nadanie im formy materialnej, technicznej… A potem mówi się o odpowiedzialności uczonych… W tej sytuacji nie zrezygnowałem wprawdzie z eksperymentowania, lecz… robiłem doświadczenia sam, w tajemnicy i na własny użytek… Jeśli można to nazwać użytkiem…
Chyba miałem rację, nie publikując ani podstaw teoretycznych, ani wyników eksperymentu. Nie oznacza to, że moje odkrycie mogłoby być zgubne w skutkach. Ono jest po prostu nieprzydatne, choć pozornie otwiera niezwykłe możliwości… Może gdybym miał przed sobą drugie życie czy choćby dalszych pięćdziesiąt lat, doprowadziłbym sprawę do końca. Wszystko, co osiągnąłem, to być może nawet – ta łatwiejsza połowa odkrycia… Ale czasu mam już niewiele, a wśród moich następców nie widzę nikogo, komu z całym zaufaniem mógłbym przekazać to zagadnienie i tę… zabawkę, którą zrobiłem. Bo to wreszcie tylko zabawka…
Pamiętaj, że czasu oszukać się nie da. Każdy z nas ma swój własny, sobie przypisany czas życia i nie może go przekroczyć. Można co najwyżej odroczyć ostateczny termin, ale to nie oznacza przedłużenia życia. Hibernacja, loty podświetlne… Cóż to innego, jeśli nie odroczenie terminu? Czy lecąc do Dżety z podświetlną prędkością i w hibernatorze przeżyjesz choćby o dzień dłużej, niż gdybyś pozostał tutaj? Nie biorąc pod uwagę oczywiście innych okoliczności, wpływających na długość twojego życia, tu czy tam… Podróżować w czasie można – jak dotychczas – tylko naprzód i to w ramach biologicznych możliwości organizmu. Ilość i czas trwania "przerw w podróży" nie wpływają na dystans, jaki efektywnie przebywa każdy z nas – od urodzenia do śmierci…