Выбрать главу

Van Troff mówił wtedy jeszcze o innych sprawach, o teorii grawitacji, modelach czasoprzestrzeni – a ja ciągle nie mogłem pojąć, do czego zmierza. Potem zjechaliśmy windą do piwnic budynku. "Mefi" prowadził mnie ciemnymi korytarzami, schodziliśmy jeszcze niżej do dalszych kondygnacji piwnic, o której istnieniu nawet nie wiedziałem. Wreszcie u kresu ślepego korytarza van Troff zatrzymał się, wsunął dłoń w szparę stropu i po chwili betonowy blok przed nami obrócił się nieco, ukazując ciasną komórkę, z której biegły w dół, w głąb wąskiego szybu, metalowe spiralne schodki. Gdy stanęliśmy u ich szczytu, profesor ręcznie obrócił betonowy blok. Świecąc latarką, zaczął zstępować w dół. Poszedłem za nim… Szyb miał kilkanaście metrów głębokości. Schodki kończyły się w stożkowatej niszy. W środku stalowej płyty podłogi widniała okrągła klapa z uchwytem.

– To jest właśnie ten g a d g e t… – powiedział van Troff podnosząc klapę. Od kolistego włazu biegła w dół metalowa drabinka, niknąc w ciemnej czeluści. – Zdejmij zegarek.

Odpiąłem z przegubu mój elektroniczny chronometr. Profesor wziął go ode mnie. Z kieszeni wyjął kłębek nici i odmotał kilka metrów. Do jednego końca przywiązał mój zegarek, drugi owinął sobie wokół palca.

– Popatrz! – przyłożył mój zegarek do swojego. Czerwone cyferki na obu czasomierzach zmieniały się w identycznym rytmie, pokazując ten czas z dokładnością do jednej sekundy.

Van Troff opuścił ostrożnie w otwór włazu uwiązany na nitce zegarek i zamknął klapę.

– Zaczekamy chwilę – powiedział, patrząc na mnie ze swym szatańskim uśmieszkiem.

Gdy upłynęło około minuty, odchylił klapę i wyciągnął mój zegarek.

– No i co powiesz? – spytał kładąc znów mój zegarek na przegubie, obok swojego.

Mój niezawodny, astronautyczny chronometr późnił się o minutę i kilka sekund…

Po godzinie marszu – dość uciążliwego, bo płytki podłoża okazały się śliskie i szedłem po nich jak po tafli lodowiska – dotarłem do szerokiej, dwupasmowej autostrady, przecinającej prostą wstęgą czarną płaszczyznę. Szosa była pokryta warstwą białego asfaltu, podzielonego czarnymi o liniami na pasy ruchu. Stałem przez długą chwilę na skraju autostrady, lecz w żadnym kierunku nie przejechał po niej choćby jeden pojazd. Ruszyłem skrajem asfaltowego pasma w stronę miasta. Teraz szło się znacznie lepiej. Krajobraz nie zmieniał się, tylko wypukłość wzgórza przede mną rysowała się coraz wyraźniej. Po kilku dalszych kilometrach dostrzegłem pojawiające się po obu stronach autostrady, w pewnej od niej odległości, niskie zabudowania, wynurzające się spośród zielonych krzewów.

Jest tu jednak jakaś roślinność – pomyślałem i ucieszyła mnie ta myśl. Zszedłem z szosy i na przełaj przez czarną taflę ruszyłem w kierunku jasnego budynku ukrytego częściowo za żywopłotem.

Już z odległości dwustu metrów dostrzegłem, że krzewy są tylko nad miarę wybujałym zielskiem ponad siatkowy parkan, pod którym kończyła się czarna płyta. Zbliżyłem się do furtki wiszącej na przerdzewiałych zawiasach i otworzyłem ją. Przebijając się przez kłębowisko łodyg i liści dotarłem do betonowego podjazdu przed budynkiem. Willa była w stanie kompletnej dewastacji, ze szmatami i tekturą w oknach, z widocznymi uszkodzeniami dachu i ścian. Wyglądała na dawno opuszczoną.

Wewnątrz było ciemno, tylko przez szpary zasłoniętych okien wnikało nieco światła. Zapaliłem ręczny reflektor. W pomieszczeniach, do których wchodziłem przez powyłamywane lub otwarte drzwi, było pusto. Tylko gdzieniegdzie poniewierały się szczątki połamanych mebli ze sztucznych tworzyw, jakieś szmaty, strzępy plastykowej folii. Wnętrza wyglądały na splądrowane i celowo zdewastowane.

Wróciłem na autostradę. Ściemniało się; sylweta miasta, widoczna teraz w postaci spiętrzonego kopca różnokształtnych brył, odcinała się od fioletoworóżowych obłoków, podświetlonych zapadłym za widnokrąg słońcem. Jasna smuga autostrady rozwidlała się przede mną, wbiegając po pochyłości dwiema odnogami na wysoką estakadę i łącząc się z poprzecznie biegnącą obwodnicą. W prawo, jeszcze na poziomie gruntu, odgałęziała się od pasma, którym przybyłem, lokalna wąska droga dojazdowa. Gdy w nią skręciłem, za moimi plecami prawie bezszelestnie przemknął po autostradzie duży pojazd, rozświetlając przed sobą kilkudziesięciometrowy odcinek drogi. Zdziwiłem się, że nie dostrzegłem wcześniej jego świateł, choć chwilę przedtem oglądałem się za siebie.

Odnoga szosy wiodła w kierunku zwartej masy zieleni, w której widać było zabudowania podobne do willi napotkanej poprzednio. One też wyglądały na zapuszczone i niezamieszkane. Droga zmieniła się w ulicę biegnącą między parkanami, przez które przelewała się bujna roślinność. Wokoło panowała doskonała cisza. Mrok gęstniał szybko, wiszące nad ulicą lampy nie świeciły. Idąc środkiem jezdni usłyszałem chrzęst pod butami. W świetle latarki zabłysły szkliste okruchy. Spojrzałem w górę. Wisząca nade mną oprawa oświetleniowa była pusta.

Kolejno mijane latarnie były tak samo potłuczone. Ulica tonęła w gęstniejącym mroku. Szedłem szpalerem ciemniejącego po obu stronach zielska, zza którego wystawały zarysy budynków. W żadnym oknie nie zauważyłem nawet odblasku światła, jakby to przedmieście wielkiej aglomeracji wymarło ze szczętem.

Ulica skręcała nieco w prawo. Zza zakrętu wyłonił się odcinek oświetlony kilkoma lampami. Na środku ulicy stał pojazd z zapalonymi światłami pozycyjnymi. Z górnej jego części wybiegał długi wysięgnik, dotykający wiszącej lampy. Po chwili lampa zajaśniała, wysięgnik opuścił się nieco, a pojazd ruszył w kierunku kolejnej nieczynnej latarni. Usunąłem się z drogi pod parkan, obserwując mijający mnie wóz techniczny. Nie było w nim nikogo, widocznie był to pojazd automatyczny.

Ruszyłem dalej, idąc teraz pod parkanami, skrajem oświetlonej ulicy. Automat naprawczy pozostał o kilkaset metrów za mną. Przede mną jaśniały równym rzędem naprawione latarnie.

Nagle, prawie nad moją głową, rozległ się brzęk i wystrzał pękającej lampy. Najbliższa latarnia zgasła, a wraz z deszczem szklanych odłamków uderzył o jezdnię jakiś ciężki przedmiot. Odruchowo uskoczyłem pod parkan, zakrywając głowę lewym ramieniem. Prawa dłoń błyskawicznie odnalazła za pasem kolbę porażacza. Wokoło jednak panowała cisza. Po chwili dopiero następny brzęk, któremu towarzyszyło zgaśniecie kolejnej z szeregu latarń, przerwał idealną ciszę. Potem znowu i jeszcze kilka razy, w różnych odległościach, przede mną i za mną. Dostrzegłem nawet lot kamienia, rzuconego gdzieś sponad parkanu po przeciwnej stronie ulicy. Upadł nie opodal mnie, chybiwszy celu, którym była jedna z palących się jeszcze w pobliżu lamp.

Wyglądało to tak, jakby przyczajeni w chaszczach za parkanami wandale czekali na oddalenie się wozu technicznego, by w jednej chwili zniweczyć owoce jego działalności.

Pod osłoną mroku chyłkiem przemknąłem na drugą stronę ulicy i ostrożnie zbliżyłem się do miejsca, z którego, jak mi się zdawało, rzucono kamień. Zamarłem w bezruchu i wstrzymując oddech, nasłuchiwałem przez chwilę. Potem, dotykając dłonią parkanu, przesunąłem się o parę kroków do przodu, wciąż niemal w kucki i starając się nie robić najmniejszego hałasu. Dłoń dotykająca ogrodzenia natrafiła na otwór w plastykowej siatce. W ciemności wymacałem jego brzegi. Był dostatecznie duży. Wahałem się przez chwilę, lecz w końcu przeszedłem na drugą stronę, ostrożnie rozchylając miękkie, nie szeleszczące łodygi chwastów, dorodnych jak dobrze wyrośnięta kukurydza. Posuwałem się pod ich osłoną w stronę domostwa, którego dach rysował się na tle nieba ponad wierzchołkami badyli. Poprzez rzednące łodygi zobaczyłem ciemną ścianę, z jeszcze ciemniejszymi plamami drzwi i okien.

Nagle prawie tuż obok mnie usłyszałem czy raczej może poczułem ruch zarośli. Znieruchomiałem. O dwa metry w lewo, z gęstwiny, wynurzyła się zgarbiona sylwetka i, przemknąwszy przez wąski pas betonowej alejki, zniknęła w mrocznej czeluści drzwi.

Przywykłymi już do ciemności oczyma wpatrywałem się w ciemny prostokąt, łowiąc uchem szmery stłumionej rozmowy, dobiegające z wnętrza budynku. Po chwili z drzwi wysunęły się jedna za drugą trzy ludzkie sylwetki. Zatrzymały się obok mojej kryjówki. Zauważyłem, że odzież zwisa z nich w strzępach. Mieli przerzucone przez ramiona jakieś płachty czy worki. Rozmawiali półgłosem. Mogłem dosłyszeć prawie każde słowo, lecz nie wszystko rozumiałem. Odniosłem wrażenie, że spierają się o coś.

– Nie gwo! – mówił jeden. – Byłem tam wczoraj. Ni ful.

– Bo jesteś tufa. Fulowo szukałeś. Jakbyś, dyrba, nie zgwalał przed tymi fulami, zachapałbyś od fula żarła – oponował drugi.

– Ożeż, dyrba, idziem czy nie? – zniecierpliwił się trzeci.

– Bo on tryfi.

– To ful mu w tufę, zostaw go, dyrba, i chodź.

– Z nim, dyrba, tak zawsze… No, to idziesz, fulu?

– Sam jesteś ful. I docent!

– Coo?!

– Docent, dyrba!

Była to widocznie największa obelga, bo dwa cienie zwarły się w krótkiej szarpaninie, a trzeci zaczął je rozdzielać.

– Dogwolę mu! – odgrażał się znieważony.

– Zamknij ryj i nie gwol, fulu, bo te dyrby usłyszą i wszystkim nam dogwolą – warknął stanowczo mediator. – Zagwalamy, bo już wszyscy poszli i ful dla nas zostanie.