Ruszyli gęsiego przez zielsko, mijając mnie o kilka kroków. Kierowali się w stronę dziury w płocie. Odczekałem chwilę i poszedłem za nimi. Nie opuszczając zarośli wyjrzałem na ulicę. Było prawie zupełnie ciemno, zauważyłem jednak jeszcze kilka postaci w łachmanach, przemykających pod płotami, nawołujących się stłumionymi głosami. Wyłazili przez dziury w parkanach, przez furtki zarośnięte dzikim żywopłotem chwastów. Wlokąc za sobą płachty i worki, zmierzali wszyscy w stronę miasta. Zawahałem się. Za bardzo odbiegałem od nich wyglądem. Nie mogłem w moim stroju pokazać się między nimi. Kim byli? Wyrzutkami, wegetującymi na marginesie społeczności miasta, w opuszczonej dzielnicy willowej? Złodziejami, udającymi się na nocną wyprawę?
Ulicą po mojej stronie zbliżał się szybkim krokiem jeszcze jeden, zapóźniony, samotny. Rozglądał się trwożnie, niepewnie – jakby pozbawiony oparcia w gromadzie, spodziewał się jakiegoś niebezpieczeństwa. Zmierzyłem wzrokiem odległość do tych, co przeszli ostatnio. Byli wystarczająco daleko. Nadchodzący zbliżał się do miejsca, gdzie siedziałem u wylotu dziury w płocie.
Nie zdążył krzyknąć. Był słaby, wątły i ciężko przestraszony. Gdy zakneblowanego strzępem szmaty z jego własnego stroju i skrępowanego kawałkiem linki układałem w zaroślach, jego oczy wyrażały śmiertelne przerażenie.
– Nie bój się – powiedziałem możliwie najłagodniej, ściągając z niego brudne, podarte łachy. – Jak wrócą, to cię rozwiążą.
Leżał pokornie, jakby trochę uspokojony. Wciągając przez głowę jego strój – coś w rodzaju długiego poncho z kapturem, z dziurami na głowę i dłonie, zeszytego byle jak z kawałków różnobarwnej ongiś tkaniny – przyjrzałem się jego twarzy. Mógł mieć równie dobrze sześćdziesiąt jak czterdzieści lat. Twarz miał zniszczoną, o szarej cerze i zapadniętych oczach, brudne dłonie z połamanymi paznokciami. Żebrak? Nie miałem czasu na dochodzenie prawdy. Przerzuciłem przez ramię pusty worek, zmierzwiłem włosy i, pokiwawszy ręką leżącemu, ruszyłem w mrok ulicy. Gromada oberwańców była widać daleko, bo nie słyszałem już stłumionego gwaru ich rozmów. Puściłem się truchtem wzdłuż parkanu. Po kilku minutach dogoniłem ich. Wlekli się ostrożnie, zbici w dość ciasną gromadę, przystając co pewien czas. Idący na czele przywódca czy przewodnik dawał im znaki, ruszyli znowu milknąc i kuląc się pod osłoną parkanów lub śmiało krocząc środkiem ulicy. Nie dołączyłem do nich, posuwając się o kilkanaście kroków z tyłu. Wreszcie zebrawszy odwagę ukryłem głowę i twarz pod kapturem – jak wielu spośród idących – i zrównałem się z dwoma, którzy szli na końcu grupy. Jeden z nich, bliższy, zauważył mnie kątem oka, przelotnie spojrzał w moją stronę i mruknął:
– Goog?
– Uhm – odpowiedziałem.
– Masz smuka? Dawaj! – burknął napastliwie.
– Nie mam – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Gwolisz. Dawaj, dyrba, ty stary fulu! – nalegał.
– Odgwol się, dyrba, ful ci do mojego smuka, docencie, bo ci przygwolę takiego kopa w tufe, że fulem gwolniesz o ziemię – powiedziałem półgłosem na jednym oddechu.
Aż przystanął. Ruszyłem szybciej, mieszając się z tłumem obdartusów. Sam byłem zdziwiony, jak szybko udało mi się opanować ten nieskomplikowany w gruncie rzeczy slang. Cóż, widocznie podróże na obce planety wyrabiają w człowieku umiejętność błyskawicznego przystosowania się do środowiska i miejscowych warunków…
Po godzinie marszu ciemnymi uliczkami, na których tu i ówdzie dołączali do nas nowi towarzysze, dotarliśmy do szerszej arterii oświetlonej kilkoma latarniami, zbyt wysokimi, by je można było unieszkodliwić przy pomocy kamieni. Przewodnik gromady zatrzymał nas gestem i sam ostrożnie wysunął się na jasną przestrzeń. Po chwili dał znak i ruszyliśmy, ostrożnie przemykając w cieniu budynków i pawilonów, stojących luźno wśród zachwaszczonych trawników.
Rozejrzałem się wokoło. Byliśmy na skraju dużego osiedla, zabudowanego jednakowymi bryłami bloków. W oknach nie świeciło się jednak, jakby i te budynki były niezamieszkane. Moi towarzysze rozproszyli się pomiędzy blokami i po chwili grad kamieni zbombardował wszystkie dostępne latarnie na osiedlowych uliczkach. W zapadłej ciemności rozbiegli się, niknąc w drzwiach budynków. Poszedłem za dwoma najbliższymi, którzy skryli się w wejściu mrocznej sieni.
Myszkowali tam po omacku, szukając czegoś na ścianach i wymieniając przy tym krótkie uwagi.
– Ni ful. Wszystkie rozgwolone.
– Te dyrby teraz łażą wieczorem, rozgwalają i w nocy takiego fula znajdziesz. Trzeba by z rana dyrba, po przyjściu robotów…
– Przyjdź, fulu głupi, jak chcesz w gwol dostać. Zabiją.
– Można by gromadą.
– Ich też dużo. I gnaty mają niektórzy, robią od razu w łeb…
Rozmawiając wyszli na zewnątrz, a ja zostałem i zapaliłem latarkę. W ściennych wnękach dostrzegłem jakieś urządzenia. Przypominały podajniki żywnościowe, które znałem z Księżyca. Były jednak poniszczone, wręcz zmasakrowane uderzeniami tępego narzędzia…
Wymknąłem się spomiędzy bloków i pozostawiając gromadę myszkującą po osiedlu, ruszyłem dalej sam. Odnalazłem szeroką ulicę, dość dobrze oświetloną, która doprowadziła mnie do niewielkiego budynku z resztkami neonowego napisu. Ocalały w nim tylko szczątki niektórych liter. Wnętrze za potłuczonymi szybami dużych okien było oświetlone. Na ścianach wisiało kilka automatów do napojów i żywności, a także parę aparatów wideofonicznych – wszystko jednak w opłakanym stanie, potłuczone metodycznie i unieruchomione.
Z pomieszczenia wiodły w dół ruchome schody, które ruszyły samoczynnie, gdy stanąłem u ich szczytu. Zjechałem w dół i znalazłem się w długim tunelu, który, jak się zorientowałem, był stacją kolei podziemnej. Po dwóch stronach peronu biegły osiatkowane bariery, oddzielające peron od szerokiej, walcowatej rynny, która była zapewne torem dla wagonów kolei. Rynny po obu stronach peronu niknęły w kolistych tunelach. Po peronie posuwał się z wolna automat czyszczący plastykową wykładzinę. Gdy znalazłem się na jego drodze, ominął mnie w odległości dwóch metrów i pełznąc dalej kontynuował swą pracę. Na ścianie wisiały cztery automaty z napojami – nie uszkodzone, z zapasem plastykowych szklanek. Podszedłem do jednego z nich, podstawiłem naczynie i nacisnąłem przycisk. Pociekł strumyczek gazowanego napoju o słodkawo- kwaśnym, orzeźwiającym smaku. Gdy piłem, rozległ się brzęczyk i głos z megafonu obwieścił: "Pociąg do centrum – dwudziesta trzecia czternaście. Następny: dwudziesta trzecia dwadzieścia dwie".
Z narastającym szumem z wylotu tunelu wypadło długie cygaro bez okien i zatrzymało się przy peronie. Barierka na skraju peronu opadła, kryjąc się pod jego płaszczyzną. Równocześnie boczna powierzchnia cygarowego wagonu rozwarła się w kilku miejscach, ukazując oświetlone wnętrze. Pociąg stał przez pół minuty, po czym barierka uniosła się, drzwi zamknęły, a cygaro z sykiem i szumem pogrążyło się w czeluści tunelu. Po chwili megafon obwieścił kolejny pociąg, tym razem w przeciwnym kierunku, i wszystko powtórzyło się jak poprzednio. Nikt nie wysiadł, pociąg ruszył i zniknął w tunelu.
Równo z pojawieniem się na peronowym zegarze cyfr 23.22 przybył kolejny pociąg do centrum. Z wahaniem przekroczyłem białą linię na brzegu peronu i stanąłem na wprost drzwi wagonu. Zastanawiałem się widać zbyt długo, bo po chwili z megafonu rozległ się beznamiętny, bezpłciowy głos automatu: "Proszę zajmować miejsca w wagonie lub cofnąć się w kierunku środka peronu. Proszę nie opóźniać odjazdu pociągu!" Wsiadłem, drzwi zasunęły się i pociąg ruszył. Wnętrze wagonu było czyste i jasne. Usiadłem na wygodnej kanapie, pokrytej imitacją skóry. Rozejrzałem się. Pociąg był zupełnie pusty. Gdy zatrzymywał się na kolejnych przystankach, głośnik wymieniał ich nazwy. Niektóre były mi znane – nie zmieniły się od czasu, gdy byłem tutaj ostatni raz. Dzięki temu mogłem zorientować się, gdzie jestem. Powinienem wysiąść gdzieś w pobliżu Uniwersytetu. Ciągnęło mnie przede wszystkim tam właśnie. To był przecież mój główny, a właściwie jedyny cel…
Im bliżej centrum, tym mniej znajomych nazw przystanków pojawiało się w zapowiedziach automatu i zacząłem się gubić w topografii. Gdy głośnik obwieścił przystanek "Skarpa", wyskoczyłem na peron. Nim rozejrzałem się wokół siebie, bariera odcięła mnie od wagonu. Cofnąłem się wparty w nią plecami.
Przeciwległy brzeg peronu, aż po białą linie u stóp barierki, zaległa bura, kłębiąca się masa, jak rozlana kałuża żywej mazi, kipiąca, przelewająca się, wydająca piskliwe odgłosy.
Połowę peronu oblegała chmara szczurów. W jednej chwili rozpoznałem je – pospolite, rude miejskie szczury, z obrzydliwymi nagimi ogonami, ze zmierzwioną sierścią, spasione i leniwe.
Nie interesował ich pociąg, którym przyjechałem, były wpatrzone w wylot drugiego tunelu. Tłocząc się, przepychając, łażąc sobie nawzajem po grzbietach, wlokły zębami i łapkami jakieś drobne przedmioty, przejrzyste torebki z folii wypchane czymś szczelnie, szmaciane zawiniątka. Piszczały przy tym i skamlały, tu i ówdzie wybuchały wśród nich drobne nieporozumienia i utarczki.
Stałem bez ruchu z dłonią na kolbie porażacza, którego regulator przełączyłem na szeroki strumień rażenia. Kilka szczurów zauważyło mnie czy może wyczuło węchem, bo zwróciły głowy w moją stronę. Stopniowo inne, zaalarmowane widocznie przez prowodyrów, także zwróciły się ku mnie. Z wyglądającej teraz jak połać rudawego mchu, znieruchomiałej gromady patrzyły na mnie setki par okrągłych błyszczących oczek. Nagie ogony wzniesione ku górze, wiły się w powolnych skrętach jak dżdżownice. Nie ruszyły jednak w moją stronę. Tylko tu i ówdzie dały się słyszeć wysokie głośne piśnięcia, jakby wrogie okrzyki; Po chwili cała czereda piszczała bezładnie, bijąc ogonami i drapiąc pazurkami plastykową powierzchnię peronu.