Odezwał się megafon i w tej samej chwili piski jak na komendę umilkły, ogony znieruchomiały. Gdy automat wymienił nazwę stacji, do której zmierzał nadjeżdżający pociąg, tłum szczurów porwał za swe bagaże i tracąc całkowicie zainteresowanie moją osobą, zwrócił się ku brzegowi peronu. Jeden tylko ogromny, gruby egzemplarz, zrobił truchtem kilka kroków w moją stronę, zatrzymał się i fuknął, jakby spluwając w moim kierunku, po czym dołączył do gromady.
Przez opuszczoną barierkę i otwarte drzwi szczury, tłocząc się i przepychając, hurmem runęły do wnętrza wagonu, gubiąc w pośpiechu swe tobołki, gryząc się, piszcząc i depcąc nawzajem.
W mgnieniu oka peron opustoszał. Pociąg nie ruszył jednak, megafon dwukrotnie powtórzył przynaglenie… Rozejrzałem się po peronie. Jakiś zapóźniony szczur nadbiegał jeszcze od strony nieczynnych ruchomych schodów, wlokąc paczuszkę w kolorowym opakowaniu, niewiele mniejszą od niego samego.
Po chwili dopiero dostrzegłem na peronie jeszcze jednego szczura. Stał na tylnych łapach, zasłaniając swym ciałem obiektyw kamery śledzącej brzeg peronu. Dopiero gdy zapóźniony szczur zniknął we wnętrzu wagonu, drugi odsłonił czujniki i powoli ruszył wzdłuż odjeżdżającego pociągu jak dyżurny ruchu, pilnujący porządku na stacji.
Wyjechałem schodami na górę. Znalazłem się na peronie innej linii, krzyżującej się z tą, którą przyjechałem. Stąd, kolejnymi czterema ciągami schodów, wydostałem się na powierzchnię, pokonując różnicę poziomów co najmniej stu metrów.
A więc miasto dziwnym jakimś sposobem wypiętrzyło się w górę! Nie rozumiałem tego, co najwyżej domyślałem się. Jadąc w górę ruchomymi schodami miałem wrażenie, że posuwam się wzdłuż ścian podziemnych – czy może zasypanych – budynków o zamurowanych otworach okiennych.
Na górze z pawilonu stacyjnego wyszedłem wprost na jasno oświetloną ulicę. Dostrzegłem grupkę jaskrawo ubranych ludzi, którzy otaczali słup latarni. Byli oddaleni o kilkadziesiąt metrów, lecz dobiegł do mnie ich głośny śmiech, wybuchający salwami i przemieszany okrzykami kilku głosów. Zatrzymałem się i rozejrzałem cofnięty w cień portalu mijanego budynku. Ulica była pasażem, z obu stron ograniczonym ciągami kolorowych, przeszklonych pawilonów. Nad dachami migotały neonowe reklamy czy hasła. Środkiem sunęły polewaczki i zamiataczki, kilka automatów przecierało szyby wystawowe, za którymi piętrzyły się kolorowe opakowania. Poza rozbawioną grupką na ulicy nie zauważyłem przechodniów. Wyjąłem lornetkę i przyjrzałem się tym pod latarnią. Siedmiu młodych, zupełnie młodych chłopców o gładkich twarzach bez zarostu, w barwnych, choć prawie jednakowych obcisłych spodniach i bluzach, otaczało słup, na który z mozołem wdrapywała się ciemna postać.
Przyjrzałem się jej dokładnie. Był to człekokształtny robot wspinający się niezdarnie po gładkiej powierzchni słupa. Przy akompaniamencie śmiechów i pokrzykiwań usiłował wejść wyżej, lecz jego metalowe ramiona obsuwały się co chwila i zjeżdżał z powrotem w dół. Młodzi ludzie najwyraźniej znęcali się nad automatem, zmuszając go bezsensownymi rozkazami do wykonania sztuki, która przekraczała jego możliwości.
Wzdłuż ścian budynków zbliżyłem się do rozbawionej grupki. Robotowi właśnie udało się podciągnąć na wysokość około czterech metrów. Szczupły chłopak o długich, ciemnych włosach wysunął się spośród stojących wokoło i patrząc w górę, z dłonią wspartą o słup, wysokim, dziecinnym głosem zachęcał robota do dalszej wspinaczki.
Dłonie robota nie zdołały utrzymać ciężaru. Runął w dół i nim chłopak zdążył uskoczyć, padł przygnieciony masywnym cielskiem do chodnika.
Zupełnie bez udziału świadomości rzuciłem jakieś słowo – ostrzegawczy krzyk, który zabrzmiał tuż przed łoskotem upadku. Chłopcy w pierwszym odruchu skoczyli ku leżącemu. Robot podniósł się niezgrabnie i utykając usunął się na bok. Otoczyli miejsce wypadku, trwając chwilę w milczeniu i bezruchu, a potem kolejno odwracali głowy. I wtedy dopiero dostrzegli mnie.
Sprężyli się nagle, twarze ich ożywiły się, dłonie sięgnęły za bluzy. W jednej chwili pojawiły się w nich krótkie, połyskujące metalem rurki czy pałki. Zapominając o leżącym współtowarzyszu, z dziwnymi uśmieszkami na twarzach ruszyli kocim krokiem w tyralierze w moją stronę. Cofnąłem się o dwa metry, przywierając plecami do ściany domu.
Szli powoli ściskając w dłoniach pałki. Ze sposobu, w jaki je trzymali, wynikało, że nie jest to broń palna. Służyły po prostu do bicia.
– No, cho… dyrba, no, cho… no, no, no, no! – jeden z napastników wysunął się do przodu i kiwając palcem lewej dłoni, jakby zachęcał mnie, bym się zbliżył. Inni tymczasem oskrzydlali mnie z obu stron. Patrząc w oczy nadchodzącemu, powoli cofnąłem dłoń do otworu w moim łachmanie, by ująć kolbę zatkniętego za pas porażacza. Równocześnie lewą ręką uchwyciłem mocniej trzymany na ramieniu worek, którego dotychczas się nie pozbyłem chyba dlatego, że stanowił nieodłączny składnik mojego przebrania. Chłopak zatrzymał się o dwa kroki przede mną i szybkimi spojrzeniami ocenił odległość do stojących po obu stronach towarzyszy.
Skoczyłem do przodu, zamachnąłem się workiem. Chłopak odruchowo wyrzucił do góry lewe ramię. Puściłem worek i chwyciłem jego przegub, usiłując przerzucić go przez biodro. Był jednak zwinny i wyraźnie zaprawiony w walce wręcz. Udało mi się tylko odwrócić go i mocnym kopniakiem w tyłek odrzucić o kilka kroków. Nim upadł, miałem już na karku dwóch najbliższych spośród pozostałych. Strząsnąłem ich z siebie, lecz jednemu udało się przyłożyć mi pałką w lewe przedramię. Drugi uczepił się mojego poncho. Szarpnąłem się w kierunku ściany, tkanina pękła od szyi po sam brzeg i spadła ze mnie, lecz plecy znalazły na powrót oparcie o twardą płaszczyznę. Stałem w rozkroku, z lewą ręką obwisłą bezwładnie, przeszywaną bólem od łokcia po nadgarstek. W prawej trzymałem porażacz.
Napastnicy jakby zamarli, zesztywnieli w pół skoku ku mnie. Wybałuszonymi oczyma wpatrywali się w mój kombinezon, ręce im zwisły, z dłoni któregoś wypadła pałka i z brzękiem potoczyła się w moją stronę. Ten, którego kopnąłem, zbierał się właśnie z ziemi. Spojrzał na mnie i pozostał w przyklęku na jedno kolano, wsparty na dłoni, z rozszerzonymi oczyma.
– Nie tryfić – syknął. – To lunak!
– Nie lunak! – rzucił któryś inny. – Patrz, co ma! To docent!
– Docenta nie widziałeś?! – burknął trzeci. – To jest kosmak!
– Gwolisz! Kosmaków nie ma!
– Ful z nim. Ja zgwalam! – zadecydował prowodyr i długimi susami przemknął na drugą stronę ulicy.
Skierowałem w jego stronę wylot porażacza i nie mierząc pstryknąłem przyciskiem. Zawadziłem go widać swym skrajem rozproszonego pola, bo tylko nogi rnu się poplątały, ale utrzymał równowagę i oparty o ścianę, stękając głośno, rozcierał zdrętwiałe łydki. Reszta stała bez ruchu, patrząc to na mnie, to na niego.
– Ty, kosmak! – odezwał się któryś potulnie i z pewną dozą szacunku. – Daj żyć, pójdziem! No?
Zrobiłem wymowny gest uzbrojoną dłonią. Prysnęli we wszystkie strony i w jednej chwili zniknęli, jakby wsiąknęli w witryny sklepów. Ten, który dostał z porażacza, kuśtykał teraz gdzieś po drugiej stronie ulicy. Podszedłem do leżącego chłopaka. Nie żył. Górna część tułowia była zmiażdżona. Jego okrągłe, szkliste oczy patrzyły w zenit.
– Czym mogę służyć? – usłyszałem obok siebie.
Obejrzałem się. Obok stał robot. Ten sam, który spadł ze słupa. Czekał na rozkazy. Widocznie był przeznaczony do umilania życia przechodniom. Tylko przypadkiem stał się mordercą, choć nie byłbym zdziwiony, gdyby uczynił to przez zemstę…
– Podnieś go i chodź za mną – powiedziałem wskazując na zwłoki. Nie oglądając się ruszyłem w stronę widocznego o kilkadziesiąt metrów trawnika. Robot człapał za mną.
– Wykop dół – powiedziałem wskazując na trawnik i obrysowując czubkiem buta kształt prostokąta. – Taki. A potem zakop ciało.
Robot ostrożnie ułożył zwłoki na trawie, przyklęknął i rozstawionymi palcami mechanicznych dłoni odgrzebał warstwę darni. Po chwili jednak metalowe pazury zazgrzytały o twardą płytę. Pod dwudziestocentymetrową warstwą gleby był beton. Zapomniałem na chwilę, że prawdziwa Ziemia znajduje się gdzieś tam w głębi, zakryta i zapomniana. To, co piętrzyło się nad nią, było tylko chorobliwą naroślą, nowotworem, nad miarę wybujałym obcym ciałem…
– Przestań. Zrób coś z nim! – powiedziałem do robota.
– Wezwę wóz funebralny – oświadczył usłużnie.
Kiwnąłem głową, nie wiedząc nawet, czy zrozumiał ten gest i poszedłem z powrotem w kierunku wejścia do stacji kolei podziemnej.