Dopiero teraz zrozumiałem, jak trudnym i skomplikowanym przedsięwzięciem będzie to, co wydawało się jak najprostsze. To miasto było mi obce, było innym miastem, narosłym nad dawnym, które znałem. Bez planów geodezyjnych trudno będzie odnaleźć miejsce, gdzie należy szukać… A jeśli nawet ustalę miejsce, to czy potrafię dotrzeć tam, o sto metrów niżej, poprzez kolejne kondygnacje i warstwy do powierzchni gruntu, pod którym powinien tkwić cylinder? A jeśli dotrę – czy go znajdę tam, poniżej dolnych piwnic dawnego gmachu?
Budynek Instytutu miał osiem kondygnacji. Pochodził z czasów, gdy wysokie budowle wznoszono z elementów betonowych, zbrojonych stalą. Należy wątpić, by całkowicie zniknął. Sądząc z tego, co widziałem oraz czego się domyślałem, przyjęty system modernizacji miasta wyniknął właśnie z trudności w rozbiórce takich budowli. Już w czasach, gdy opuszczałem Ziemię, problem ten zaczynał się pojawiać w centralnych dzielnicach wielkich miast. Bezkolizyjność tras komunikacyjnych można było osiągnąć jedynie poprzez nadbudowywanie coraz to wyższych wiaduktów i estakad nad istniejącymi trasami. Wielopoziomowe arterie i węzły już wtedy sięgały okien trzeciego czy czwartego piętra sąsiednich budynków, a ślimakowate rozjazdy oplatały jak węże stojące przy trasach gmachy, stając się utrapieniem mieszkańców nękanych hałasem przez całą dobę.
Zaczynałem rozumieć mechanizm tego zjawiska urbanistycznego. Ulice wypiętrzyły się ponad zabudowę, zaś zabudowa usiłowała dorównać poziomowi ulic. Po pewnym czasie na niższych kondygnacjach miasta powstawała nieuchronnie martwa przestrzeń, odcięta od świata stropem estakad i ścianami budynków, których niższe piętra nie nadawały się już do zamieszkania ani nawet jako miejsca pracy dla ludzi. Nieuchronną koniecznością musiało się wreszcie okazać odcięcie tej martwej warstwy miasta, nie uczęszczanej, nie sprzątanej, przydatnej co najwyżej dla potrzeb inżynierii miejskiej, komunikacji podpowierzchniowej lub całkowicie zautomatyzowanych zakładów przemysłowych. Sieć estakad zlała się więc w jeden strop, wyznaczający nowy poziom zerowy dla miasta. Mniejsze budynki zniknęły pod nim, większe wystawały co najwyżej górnymi piętrami. Być może dla umocnienia owego stropu trzeba było w niektórych miejscach wesprzeć go na dawnych budynkach, których ściany jako szalunek wypełniano tworzywem zwiększającym wytrzymałość.
Ile razy, w czasie gdy mnie tu nie było, powtórzyła się taka operacja? Trzy, cztery, może więcej? Ile kolejnych poziomów miasta zniknęło pod nowymi arteriami i nową zabudową? Taki proces może przybrać postać lawiny… Pamiętam, że w czasach, gdy tu mieszkałem, prawie każda nowa trasa komunikacyjna, nowoczesna i dalekowzrocznie na pozór zaprojektowana, przestawała wystarczać już po chwili udostępnienia do ruchu.
Budowle, które widziałem na najwyższej kondygnacji, będącej najmłodszą i ostatnią fazą rozwoju miasta, wyglądały na bardzo lekkie, ażurowe. Potwierdzało to moje przypuszczenia: w miarę wypiętrzania miasta stosowano coraz lżejsze materiały i konstrukcje, by nie obciążać nad miarę niżej położonych warstw.
Miałem nadzieję, że dolne poziomy, choć stanowić mogły konstrukcję komórkową, są jednak przynajmniej w pewnym stopniu drożne. Aby to sprawdzić, musiałem w jakiś sposób wniknąć w głąb, pod naskórek miasta. Wydawało mi się, że jedną z możliwych dróg na niższe poziomy powinny być szyby prowadzące do stacji kolei podziemnej.
Zjeżdżałem teraz w dół kolejnymi ciągami eskalatorów, oglądając starannie ściany szybu. Mimo powłoki tworzywa sztucznego, jakby plastykowego tynku, którym zostały niezbyt zresztą starannie pokryte, widać było, że są to ściany dawnych budowli. W miarę zagłębiania się mogłem prześledzić – jak na skarpie geologicznej odkrywki – kolejne warstwy zabudowy i dzielące je stropy. Znalazłem – na dwóch poziomach, odległych o jakieś dwadzieścia metrów – ślady zasklepionych przejść, prawdopodobnie dawnych tuneli wyjściowych dla pasażerów kolei podziemnej. Mnie jednakże interesował poziom gruntu. Pamiętałem, że przed moim odlotem istniały dwa poziomy tuneli metra. Tu także natrafiłem na dwa, lecz nie wiadomo, czy wyższy nie przebiegał już nad poziomem gruntu. W miarę przesuwania się właściwego miasta ku górze – komunikacja podziemna mogła również wkraczać na wyższe, opuszczone przez mieszkańców poziomy.
Wyszedłem na peron górnej linii kolei, biegnącej prostopadle do kierunku, z którego przybyłem do miasta. Miałem niejasne wrażenie, że udając się w prawo tą właśnie linią, powinienem zbliżyć się do rzeki. Bo przecież ona musi gdzieś istnieć, nie mogli jej zupełnie zlikwidować, jest niezbędna dla funkcjonowania miasta. Jeśli odnajdę ją, ukrytą gdzieś na dnie miasta, posłuży mi jako baza odniesienia dla zorientowania się w topografii.
Tymczasem jednak byłem zbyt zmęczony, by tej jeszcze nocy kontynuować poszukiwania. Zawróciłem w kierunku schodów. Idąc peronem dostrzegłem we wnęce ściany, przy automacie z napojami, dwa rude szczury. Jeden naciskał nosem przycisk, drugi podstawiał pyszczek pod strumyk wypływającej cieczy. Na mój widok zjeżyły się, jeden pisnął ostrzegawczo i oba smyrgnęły w kierunku schodów. Nim dotarłem do ich podnóża, oba zwierzaki były już u szczytu, wdrapując się błyskawicznie na kolejne stopnie. Schody ruszyły dopiero wówczas, gdy się do nich zbliżyłem. Widocznie automat nie reagował na szczury…
Ulica była pusta, tylko pod ścianą po drugiej stronie stał wciąż ten sam robot. Poznałem go po uszkodzonej powłoce. Spojrzałem w kierunku trawnika. Zwłok chłopca już nie było. Jakaś automatyczna maszyna doprowadziła do porządku trawnik rozgrzebany przez robota.
– Robot! – zawołałem w stronę androida.
– Słucham – odpowiedział i podszedł do mnie. – Czym mogę służyć?
– Gdzie dostanę coś do zjedzenia?
– Zaprowadzę do magazynu. To blisko.
Ruszył wzdłuż ulicy, a ja poszedłem za nim. Wskazał mi drzwi obszernego sklepu. Otworzyły się przede mną. Wziąłem z pierwszej z brzegu półki opakowaną w barwny plastyk paczuszkę i wyszedłem na ulicę. Robot czekał przy drzwiach.
– Gdzie mógłbym się przespać? – spytałem.
– W tym domu są wolne pokoje – wskazał najbliższe wejście do budynku. – Życzę dobrej nocy.
– Dziękuję – powiedziałem odruchowo.
Ten robot był – o ironio! – jedyną "osobą", zachowującą się jak… człowiek w tym dziwnym mieście.
Wszedłem do małej sieni, w której natychmiast zapłonęła sufitowa lampa. Otwarte drzwi windy ukazywały przestronne wnętrze z szeregiem przycisków na ścianie. Wszedłem i na chybił trafił nacisnąłem jeden z nich. Drzwi zamknęły się, winda ruszyła.
Wysiadłem na pierwszym piętrze. W obie strony ciągnął się korytarz. Stanąłem na wprost najbliższych drzwi. Rozsunęły się przede mną, ukazując jasno oświetlone niewielkie pomieszczenie. Było prawie puste. Oprócz niskiej leżanki, stolika z wideofonem i dwóch krzeseł nie było tu nic więcej. Za zasłonką, we wnęce, był zainstalowany podajnik napojów z zapasem plastykowych kubków oraz klapa zasłaniająca wlot zsypu na odpadki. Za małymi drzwiczkami obok znajdowała się kabina sanitarna z natryskiem. Drzwi można było zamknąć od wewnątrz, wiec postanowiłem pozostać tu do rana. Zjadłem zawartość paczuszki, którą zabrałem ze sklepu na dole. Było to nawet niezłe, choć o nieznanym smaku. Napój z automatu też dał się pić.
Wykąpałem się i położyłem spać. Leżąc już przy zgaszonym świetle, usłyszałem czyjeś kroki i podniesione głosy na korytarzu, ale nie chciało mi się wstać i wyjrzeć.
Sięgnąłem do wyłącznika wideofonu i poprosiłem o podanie dokładnego czasu. Mechaniczny głos zaczął monotonnie powtarzać godzinę i minuty. Równocześnie na ekranie ukazały się cyfry. Porównałem migocące cyfry sekund z moim zegarkiem. Godzina była inna niż w Lunie – dostosowano tam widać miejscowy czas umowny do innej strefy czasu na Ziemi. Lecz minuty i sekundy zgadzały się dokładnie. Precyzyjne chronometry odmierzały ten sam rytm czasów, tu i tam, pomimo przeszło wiek trwającego rozłamu… Ten sam czas wyznaczał tempo zagłady jednych i drugich, obojętny wobec toczących się zdarzeń, wspólny dla wszystkich ludzi, odkąd nauczyli się go odmierzać…
Wyłączyłem wideofon i oparłem głowę o poduszkę. Z głębi pamięci nadpłynął inny obraz, wywołany widokiem zmieniających się cyfr sekundnika…
Pamiętam ironiczne spojrzenie van Troffa, kiedy porównywałem zegarki, z których jeden przez minutę pozostawał zanurzony w czeluści szybu. Musiałem mieć wówczas niezbyt mądrą minę.
– Na czym polega ta sztuczka? – spytałem wreszcie, gdy zwlekając z wyjaśnieniami bawił się moim zaskoczeniem.
– Musiałbym ci zbyt długo wyjaśniać – powiedział kładąc mi dłoń na ramieniu. – Chodźmy na górę. Wilgotno tutaj, a mój reumatyzm tego nie lubi.
W powrotnej drodze van Troff starannie zamknął za sobą tajemne przejście, a następnie objaśnił mi sposób jego otwierania.
– Lubię was oboje – powiedział, gdy na powrót znaleźliśmy się w jego pokoju. – Ciebie i Yettę, Żal mi was, gdy pomyślę, że możecie się nigdy więcej już nie spotkać… Chcę wam pomóc. Mnie już na nic nie przyda się ten wynalazek; zbyt późno doprowadziłem dzieło do końca. Nie widzę sensu w jego rozpowszechnianiu. Może się to jednak przydać właśnie wam. Jeśli chcecie, możecie z tego skorzystać. Będę miał wówczas przekonanie, że moja praca miała jednak sens. Jednym słowem – chcę dać ci młodość Yetty, zachować ją dla ciebie do czasu twojego powrotu…