Выбрать главу

– Tu nikt właściwie nie wchodzi – powiedział Mark przystając, by nabrać tchu po kolejnej wspinaczce po wyszczerbionych schodach. – Oni żyją na powierzchni i na przedostatnim poziomie, gdzie przebiegają główne ciągi komunikacyjne. Niżej żyją tylko szczury. Jest ich mnóstwo…

– Widziałem – wtrąciłem. – Nauczyły się korzystać z udogodnień cywilizacyjnych…

– Są bardzo niebezpieczne. Oczywiście, gdy jest ich dużo. Niezmiernie inteligentne. Mnożą się bardzo szybko i stają się agresywne.

– Czy sądzisz, że… to one w końcu zostaną głównymi użytkownikami miasta?

– Nie na długo, ale niewątpliwie przeżyją nas tutaj. Później stopniowo skończy się wszystko, cały mechanizm zacznie się rozstrajać, a one nie będą już umiały poradzić sobie bez syntetycznej żywności…

– To miasto ginie, prawda? – spytałem, patrząc na Marka w słabym świetle odbitym od szarej ściany przed nami.

– Gdyby tylko ono… Ginie ten świat, już od dawna. Chyba zauważyłeś, że miasto jest prawie puste…

– A ci z przedmieść?

– Ech, to zbyt skomplikowane, by wyjaśnić w paru słowach. Porozmawiamy o tym w wygodnych fotelach.

Ruszył przed siebie, oglądając sypiące się ściany mijanych budynków, jakby próbował odcyfrować z dawna zatarte napisy z nazwami ulic.

– Czy… nie można nic poradzić, zapobiec?… – spytałem cicho.

– Czemu? Wymieraniu ludzkości? Nikt nie zamierza ich ratować, to nie miałoby sensu. Oni wymierają planowo. Po prostu nie rozmnażają się. To bardzo humanitarny sposób likwidacji.

– Przecież jest sporo młodych?

– Niczego nie zauważyłeś? Byłeś tam, na Księżycu… Nie wyjaśnili ci, na czym to polega?

– Oni? Niechętnie i niejasno wspominali coś o degeneracji… O popełnionych błędach…

– Pomówimy o tym kiedy indziej. Dużo kobiet widziałeś w tym mieście?

– No… chyba… żadnej.

– Masz odpowiedź.

– Nie ma ich?

– W każdym razie bardzo niewiele… i coraz mniej. Może Cyryl wytłumaczy ci to szczegółowo, on jest biologiem, zajmował się genetyką. Zdaje się, że jesteśmy na miejscu.

Niebieskoszara elewacja budynku wydała mi się znajoma. Tak, to mogło być tutaj. Przecięty stropem drugiego poziomu na wysokości okien siódmego piętra gmach Instytutu wspierał swą bryłą kolejny strop. W oknach pozbawionych szyb szarzały zwały skrzepłego krazolitu.

– Czyżby nie było wejścia? – mruknął Mark i ruszył wzdłuż ściany. Poszedłem za nim.

– Może z drugiej strony? – podsunąłem.

– Zobaczymy. Powinni zostawić jedno przynajmniej okno. Zwykle tak robili, by można było dostać się do trzonu budynku poprzez jedno z zewnętrznych pomieszczeń.

Obeszliśmy wokoło bryłę budowli, szczelnie wypełnioną twardym monolitycznym tworzywem.

– Nic z tego – powiedział Mark. Poczułem, jakby twarda płyta ugięła się pod moimi stopami. – Ale jest jeszcze szansa. Następny poziom wspiera się o dach budynku. Musimy się tam dostać.

Poświecił dokoła, szukając najbliższej budowli. Instytut stał w środku pustego placu, jak potężny pylon, dźwigający strop w promieniu kilkudziesięciu metrów. Mark ruszył na przełaj w stronę jakiegoś ciemnego budynku.

– W porządku – powiedział, sprawdzając coś na swoim szkicu. – To chyba dawny Ośrodek Obliczeniowy. Chyba do tej pory pracuje tu jakaś jednostka systemu komputerowego miasta.

Drzwi wejściowe budynku były otwarte. Wąskimi schodami ruszyliśmy w górę, pokonując wysokość sześciu pięter.

– Doskonale! – Mark wskazał na metalową drabinkę, zawieszoną u włazu na dach. – Spróbuj otworzyć pokrywę.

Wdrapałem się na drabinkę i, wspierając się plecami o klapę włazu, uniosłem ją w górę. Wionęło stęchłym powietrzem, z góry posypały się grudki ziemi. Uniosłem dłoń z reflektorem i zaświeciłem w szparę pod uchyloną klapą. Powyżej znajdowała się płytka studzienka, pokryta ciężką kratką jak ściek kanalizacyjny. Usunąłem ją bez trudu i wydobyliśmy się na kolejny poziom.

– Tam! – Mark wskazał kierunek i ruszyliśmy po sypkim, wysuszonym gruncie, będącym kiedyś zapewne trawnikiem. Po obu stronach biegły zaniedbane, spękane pasma asfaltowych jezdni, dalej szeregi jednakowych wysokich bloków, których architektura była mi zupełnie obca. To już było miasto powstałe na długo po moim odlocie.

– Tu gdzieś będzie zejście – powiedział Mark, przeszukując pas ziemi w odległości pięćdziesięciu metrów od miejsca, gdzie wyszliśmy na górę. – Twój Instytut jest pod nami… O, do licha. Jest, ale otwarte…

Nachyliłem się nad czarną, prostokątną dziurą w ziemi. Po pochyłych ścianach studzienki szurnęło w górę kilka szczurów.

– Szczurzy szlak. Musimy uważać, może ich być więcej. Przygotuj porażacz – powiedział Mark, przesuwając na pierś swój zawieszony na pasku miotacz gazowy. – Czego one szukają na drugim poziomie?

Schodziliśmy ostrożnie po metalowych krętych schodkach. Tak, to był Instytut. Znałem ten hali na najwyższym piętrze, kiedyś stała tu ogromna palma, tuż przed dyrektorskim gabinetem. Teraz była to przestrzeń ograniczona brudnymi ścianami i stropem pełnym nawisłych pajęczyn kurzu. Z otworów wyjętych drzwi wybrzuszały się zwały krazolitu.

Zbiegłem w dół po lastrykowych schodach, na których pozostał jeszcze jaśniejszy pas po okrywającym je niegdyś chodniku. Mark z trudem nadążył, więc zwolniłem nieco.

– Idź sam, zaczekam tutaj – powiedział, opierając się o poręcz gdzieś na poziomie szóstego piętra. – Nie chce mi się wdrapywać z powrotem tak wysoko.

– Niedługo wrócę – powiedziałem.

– Powodzenia – mruknął, wyciągając z kieszeni woreczek z tytoniem i fajkę.

Do piwnic dotarłem bez przeszkód, jeśli nie liczyć gromadki szczurów rozpierzchłych w strumieniu światła, którym je odnalazłem w ciemności piwnicznego korytarza. Czego tu szukały?

Czyżby jednak było stąd jakieś inne wyjście na niższym poziomie? W podnieceniu dwukrotnie pomyliłem drogę w labiryncie piwnicznych korytarzy, nim dotarłem do ukrytego przejścia. Odblokowałem mechanizm zamka i pchnąłem betonową płytę. Ustąpiła bez trudu. Stanąłem nad wylotem szybu z krętymi schodkami. Były zardzewiałe, lecz trzymały się jeszcze nieźle. Zszedłem powoli na dół.

Klapa włazu była zamknięta. Szarpnąłem uchwyt. Uniosła się łatwo.

Skierowałem snop światła w głąb cylindra. Chciałem zawołać, lecz głos nie zdołał wydobyć się ze ściśniętej krtani…

Zsunąłem się w dół po metalowej drabince. Reflektor oświetlił ciasną przestrzeń. Wnętrze cylindra było puste. Nie… Niezupełnie puste. Pod ścianą, na gładkiej płycie podłogi, leżała ogromna wiązanka kwiatów. Przyklęknąłem oświetlając je z bliska. Na wpół rozwinięte pąki jasno-czerwonych róż były świeże i pachniały mocno. Między płatkami błyszczały uwięzione krople wody. Dłonie drżały mi, gdy rozgarniałem liście, raniąc opuszki palców o ostre kolce. Nie… Nie było żadnego listu, nic oprócz kwiatów… A więc była tutaj, była przed chwilą; gdyby nie silny zapach róż, mógłbym w tej ciasnej przestrzeni odnaleźć jeszcze znany tak dobrze i zapamiętany zapach jej ciała… Przed chwilą była tutaj…

Kiedy stąd odeszła? Czy zostawiwszy kwiaty wyszła od razu, nie zamierzając powrócić? Nie, w takim przypadku pozostawiłaby choć słowo pożegnania. A może, odczekawszy cztery minuty, wyszła, by sprawdzić, czy wróciłem? Nie, wyszłaby zabierając kwiaty, aby mi je dać na powitanie…

– Więc kiedy? Dlaczego?…

Nie wiem, jak długo siedziałem tam, we wnętrzu cylindra, wymyślając i odrzucając przeróżne warianty. Gdyby klapa włazu była zamknięta, na zewnątrz upłynęłyby zapewne całe tysiąclecia…

Teraz gdy minęło nagle całe napięcie oczekiwania, kiedy rozwiały się nadzieje, które utrzymywały mnie w ciągłej gotowości do działania, czułem, jak przybywa mi lat – jakby oszukiwany tak długo czas odbierał sobie należną mu daninę…

Próbowałem nie poddać się jeszcze, utrzymać w sobie wbrew wszystkiemu tę wiarę, która była mi tak potrzebna wtedy, w kosmosie i teraz… Wielokrotnie zestawiałem w różnych wariantach domysły i hipotezy, szeregując je według prawdopodobieństwa. Co mogło stać się tam, na dole? Co stało się później? Dlaczego Yetta opuściła cylinder i nie powróciła tam więcej? Bo w to, że jednak tam była, wierzyłem bez cienia wątpliwości. Kwiaty, którymi miała mnie powitać, były tego wystarczającym dowodem.

Pięćdziesiąt lat – planowany okres mojej nieobecności – we wnętrzu cylindra trwał cztery minuty. Wyobrażałem sobie Yettę, z bukietem w dłoni, spoglądającą na zegarek przez te wszystkie minuty… Kiedy upłynęły, jej spokój w ciągu następnych kilku sekund musiał przerodzić się w popłoch. Świadoma, że na zewnątrz, poza cylindrem, w tempie zegarowego sekundnika migają miesiące i lata, musiała działać błyskawicznie. Wypuściwszy z ręki bukiet, wspięła się zapewne po drabince, by otworzyć właz. Wtedy oszalały czas zwolnił, wracając do normalnego tempa. Mogła się zastanowić.