Co zrobiłbym na jej miejscu? Oczywiście, wystarczyło wyjść na którekolwiek piętro gmachu, wcisnąć kontakt wideofonu, połączyć się z centralą służby kosmicznej. Wówczas, w pięćdziesiąt lat po moim odlocie, Instytut musiał jeszcze funkcjonować. Może tylko dolne piętra znalazły się już poniżej pokrywy pierwszego stropu, ale klatka schodowa pozostała do dziś od dołu do góry nie uszkodzona i nie zasklepiona. Mogła swobodnie wyjść i wrócić, zasięgnąwszy informacji…
Czego mogła się dowiedzieć w centrali? Wówczas jeszcze niczego. "Helios" był już w drodze powrotnej, lecz poza zasięgiem łączności. Dlaczego nigdy przedtem nie usiłowałem wyobrazić sobie tej sytuacji – Yetty opuszczającej cylinder… Umówiliśmy się przecież, że to ja ją tam odnajdę. Ale tego, co zaszło, nie braliśmy pod uwagę. Nie, nieprawda. Na pewno każde z nas myślało o tym, lecz żadne nie chciało poruszyć tej sprawy. Jak dwa cholerne strusie woleliśmy nie ustalać innych wersji spotkania. Być może wydawało się nam, że sama wiara w powodzenie naszego planu uczyni go niezawodnym…
Dlaczego tam nie wróciła? Statek kosmiczny opóźniający się o całe lata – to znowu nie taka rzadkość… Tak. Ale nie o stulecie, półtora stulecia… A zresztą przecież mogła wychodzić stamtąd wielokrotnie. Świeżość kwiatków świadczyła o tym, że za każdym wyjściem zamykała właz. Czy robiła to tylko odruchowo, czy… celowo, by róże nie zwiędły? Jeżeli tak, to musiała wciąż wierzyć, czekać… Aż wreszcie, wyszedłszy kolejny raz, nie powróciła. Co uniemożliwiło jej powrót? Kiedy to nastąpiło? Sto lat temu? Przed rokiem? Przed tygodniem? Może właśnie teraz, niedawno i… jest gdzieś tutaj, w mieście?
Przeraziłem się tej myśli: sama tutaj? Jak straszną rzecz zrobił van Troff, zrobiliśmy obaj…
Ale przecież mogła wyjść w każdej sekundzie tych szesnastu minut; tyle trwała moja nieobecność dla niej, zamkniętej we wnętrzu grobowca, który miał ją zwrócić żywą, młodą po wielu latach…
Znów rozwijam kilka wariantów i nie umiem wybrać żadnego z nich. Nie, nie wiem nic, nie dowiem się nigdy… Zaraz, spokojnie, bez egzaltacji! Są tylko dwie możliwości: ona żyje albo nie żyje…
Truizm. Ale od tego trzeba zacząć. Więc jeśli żyje, to… albo wróci lada chwila do cylindra i znajdzie list ode mnie, i nim zdąży zamknąć właz, ja go ponownie otworzę, bo przecież będę tam wciąż zaglądał…
Albo wyszła dawno temu i teraz…
Wstrząsnęła mną okropna wizja: ujrzałem ją wśród gromady oberwańców z przedmieścia; starą kobietę o zmierzwionych włosach, w poszarpanych łachach, wygnaną z miasta przez czeredę wojowniczych chłopaków ze stalowymi rurkami w dłoniach.
A jeśli nie żyje? Odganiam tę myśl, nie chcę brać jej pod uwagę. Yetta musi być tutaj, laka sama jak dawniej, zjawi się lada chwila.
Ale muszę być tego pewny. Jest na to sposób. Jeśli ograniczę się do przyjęcia dwóch skrajnych możliwości, to wystarczy wejść do cylindra i zamknąć właz. Pierwsze dwie, trzy minuty przyniosą odpowiedź, wyzwolą mnie z udręki dociekań i domysłów. Jeśli się nie zjawi, pozostawię za sobą o kilkadziesiąt lat w tyle ten czas i te sprawy… I co dalej? Jak będzie wyglądała Ziemia za pół wieku?
A jeśli przyjdzie, lecz… nie taka, jakiej się spodziewałem? Kto wie, ile czasu spędziła dotychczas poza cylindrem? Jeśli zamiast dwudziestoletniej, pięknej dziewczyny, którą kocham, zjawi się stara kobieta? Czy ją także kocham? Czy zdobędę się choćby na pozory uczucia do Yetty sześćdziesięcio… siedemdziesięcioletniej?! Śmieszne i tragiczne zarazem. Kogo właściwie kocham i czy to w ogóle prawda, to uczucie… Czy nie jest tylko urojeniem, wypełniającym myśli przez całe lata dalekiej podróży?
Co robić? Zejść tam zaraz, zatrzasnąć pokrywę cylindra i pędzić na oślep w niewiadomą przyszłość tej planety? Bo przecież nie uda się niczego cofnąć, odwrócić… Cofnąć?
Przeklęte niech będą diabelskie sztuczki starego "Mefi". Nie, teraz jeszcze tego nie zrobię. Dni czy nawet tygodnie nie odgrywają żadnej roli. Mogę uczynić to w każdej chwili… Nie chcę tego zrobić, jeszcze nie… Czyżbym bał się tej szczególnej, dziwnej nieśmiertelności, której widać przeląkł się sam jej wynalazca?
A Yetta? Może i ona przelękła się trwania, może zapragnęła przeżyć swoje normalne, ludzkie życie w jakimś dowolnym, wcześniejszym czy późniejszym czasie – zamiast trwać praktycznie poza czasem? Może, nie wierząc w mój powrót po tylu latach i widząc ku czemu zmierza ludzkość, uznała, że dalsze odraczanie życia nie ma sensu? Jeśli spotkała kogoś, jeśli z nim pozostała – czy mam prawo ją potępić?
Jeśli jednak jest tutaj, w tych piekielnych zakamarkach pełnych potępionych skazańców – znajdę ją…
Wracaliśmy w milczeniu. Mark szedł przodem, oświetlając drogę. Nie pytał o nic. Czy mógł znać tajemnicę podziemi Instytutu? Jego poszukiwania w planach miasta, błądzenie po podziemiach, nim znaleźliśmy wejście, mogły być pozorowane… Ale jaki cel mogłoby mieć takie udawanie?
Nie wiem dlaczego, opadły mnie niejasne podejrzenia, domysły… W pewnej chwili gotów byłem podejrzewać Marka i jego towarzyszy, przypisywać im winę za nieobecność Yetty w cylindrze… Co powodowało te podejrzenia? Zastanawiałem się nad tym. Doszedłem do wniosku, że ten człowiek, jeden z kilku mieszkańców luksusowego schronu, zupełnie nie pasuje do tutejszej rzeczywistości, zajmując w niej wraz z towarzyszami jakąś szczególną pozycję… Czyżby był nie z tego czasu, podobnie jak ja? Nie był "kosmakiem" ani przybyszem z Luny. Kim był? Skąd wziął się w tym wynaturzonym społeczeństwie? Jeśli z przeszłości, to w jaki sposób przebył dystans czasu od swojej epoki do dziś?
Gdy opuszczałem Ziemię, istniała jedna tylko metoda przesunięcia życia ludzkiego w przyszłość: anabioza, osiągalna w stanie hibernacji. Jednak już wówczas, ze względu na problemy techniczne, wynikające z jej stosowania, do hibernacji uciekano się w pojedynczych przypadkach i to głównie w celach medycznych – dla krótkotrwałego utrzymania pacjenta w stanie utajonego życia, w oczekiwaniu na zabieg operacyjny. Poza tym hibernowano astronautów w czasie ich podróży. Sam przecież w czasie mojej dwustuletniej nieobecności postarzałem się zaledwie o kilkanaście lat dzięki temu, że podróż w obie strony odbyłem w anabiozie. Efekty relatywistycznej konstrukcji czasu nie miały w naszej podróży decydującego znaczenia – szczególnie podczas powrotu, odbywanego z prędkością znacznie mniejszą od zaplanowanej.
Mark najwyraźniej nie pasował do teraźniejszości. Jeśli wiedział o cylindrze… Nie, nonsens. Nie mógł wiedzieć…
Postanowiłem raz jeszcze postawić pytania, na które nie uzyskałem dotychczas odpowiedzi. Wydawało mi się, że szczegółowe odtworzenie dziejów Ziemi, ludzkości czy choćby tego miasta pozwoli mi natrafić na jakiś punkt zaczepienia, ślad pozwalający dociec, co się stało z Yettą.
W schronie zastaliśmy jeszcze dwóch jego mieszkańców. Przyjęli mnie
– podobnie jak Mark – ciepło i z zainteresowaniem. Obaj byli w wieku Marka – po sześćdziesiątce, lecz w bardzo dobrej kondycji fizycznej. Cyryl – wysoki, dobroduszny, o dużej, lekko łysiejącej głowie – był biologiem; drugi szczupły i nieduży, imieniem Noam, przedstawił się jako specjalista od demografii. Zaspokoiwszy ich ciekawość, odpowiadając na pytania o Osiedla na Księżycu i o przebieg naszej wyprawy, zapytałem o to, co interesowało mnie najbardziej.
Noam okazał się skłonny do rozmowy na ten temat.
– Już w połowie dwudziestego pierwszego wieku – powiedział
– a więc w czasach, które znasz, a nawet wcześniej jeszcze pojawiły się dwa problemy: przeludnienie i niedobory żywności. Wprawdzie modernizacja procesów wytwórczych łagodziła sytuację, oddalając o dziesięciolecia perspektywę powszechnego niedożywienia ludności Ziemi, lecz granice możliwości zaczynały się rysować dość wyraźnie i konkretnie. Trzeba było pomyśleć o dalszej przyszłości.
Proponowano kilka sposobów zaradzania nadciągającej groźbie. Jeden z nich – ograniczenie liczby ludności Ziemi i ustalenie tak zwanego zerowego przyrostu naturalnego – proponowano już dawniej, w końcu dwudziestego wieku; drugi sposób miałby polegać na ekspansji ludzkości poza Ziemię i poza Układ Słoneczny. Kilka wypraw międzygwiezdnych – takich jak ta, w której uczestniczyłeś – miało między innymi na celu rozpoznanie możliwości kolonizacyjnych na planetach innych słońc. Jedna z wypraw, notabene, natknęła się na planetę znakomicie nadającą się do zasiedlania przez ludzi. Wysłano nawet sporą grupę pionierów – osadników, jednakże koszt przedsięwzięcia był niewspółmierny do efektu. Opinia publiczna domagała się poświęcenia większych funduszów na ulepszenie produkcji białka i węglowodanów, sprzeciwiając się topieniu ich w oceanie Kosmosu. Tak więc ekspansja poza Ziemię okazała się dość iluzoryczną metodą polepszenia sytuacji ludnościowej na Ziemi. Owszem, koloniści mogliby zagospodarować inne planety i dać na nich początek nowym gałęziom ludzkości, jednak masowa emigracja stała się praktycznie niewykonalnym przedsięwzięciem.
– A co się stało z tymi kolonistami, których udało się wysłać? – wtrąciłem.