Выбрать главу

Niestety zaszły poważne komplikacje. Ludność świata, jak się wkrótce okazało, zamiast maleć – zaczęła nawet trochę wzrastać, mimo ścisłego przestrzegania zasad systemu regulacji urodzeń. Ograniczono wiec nieco liczbę zezwoleń na prokreację i gorączkowo przystąpiono do badania tego niespodziewanego zjawiska. Po kilku miesiącach sprawa się wyjaśniła. Długo trzymano to w tajemnicy przed opinią publiczną. Okazało się mianowicie, że zastosowana substancja, powodująca zahamowanie płodności, działa wprawdzie skutecznie, ale… nie na wszystkich! Nie działa ona w około dziesięciu procentach przypadków, i to – o zgrozo! – na ludzi noszących w swych komórkach rozrodczych najbardziej wynaturzające mutacje genetyczne! Wynikało stąd, że oprócz owych dziesięciu procent starannie wyselekcjonowanych, zdrowych fizycznie i wysoce inteligentnych – w równym stopniu, choć bez aktywatora, a zatem bez kontroli – rozmnaża się dziesięcioprocentowa część populacji, obejmująca ludzi silnie obciążonych genetycznie, z dziedzicznymi wadami lub o niskiej inteligencji, a nawet wręcz debilnych. Na mocy wydanych przepisów ludzie ci korzystali z przywilejów dla wielodzietnych, i rozmnażali się z dużym zapałem. Wśród sfer naukowych (należących rzecz jasna do owej uprzywilejowanej grupy rozrodczej) powstał niesamowity popłoch. Co teraz robić? Poszły w ruch komputery, które bez trudu wymodelowały sytuację na najbliższe stulecie i dały straszliwa w swej wymowie odpowiedź: przy obecnej dynamice rozrodu za osiemdziesiąt lat społeczeństwo składać się będzie w połowie z potomków owej "najgorszej genetycznie grupy, w połowie zaś z potomków grupy "najlepszej". Grupa "średnia" – około osiemdziesięciu procent wyjściowego stanu liczebnego populacji – zniknie w tym czasie, wymierając bezpotomnie. Przy tym za owe osiemdziesiąt lat zaludnienie osiągnie stan przekraczający nieco planowaną, możliwą do wyżywienia liczbę osób… A w latach następnych wzrost zaludnienia będzie oczywiście jeszcze większy!

Sytuacja przedstawiała się fatalnie. Rozpatrzono kilka wariantów postępowania – wszystkie jednak nie wytrzymywały krytyki z uwagi na skutki.

A więc po pierwsze – można było zrezygnować z całego programu, cofnąć priorytety za wielodzietność: spowodowałoby to spadek urodzeń w grupie pierwszej (genetycznie prawidłowej) i trzeciej (genetycznie silnie skażonej). Obniżyłoby to dynamikę wzrostu ludności, lecz stworzyłoby – choć nieco później – tę sarną fatalną strukturę populacji: połowa ludzi będzie genetycznie silnie obciążona. Gdyby przy tym nadal zapobiegać mieszaniu się obu grup – prowadziłoby to do coraz większego ich zróżnicowania; wymieszanie zaś spowodowałoby, że po paru pokoleniach już nikt nie byłby genetycznie bez zarzutu.

Wariant drugi: dopuścić normalne, żywiołowe rozmnażanie się wszystkich grup, także i tej średniej: ale w tym przypadku wracamy do punktu wyjścia: trzeba szukać nowego sposobu regulacji urodzeń. A tego uczeni chcieli za wszelką cenę uniknąć.

Wariant trzeci: silnie ograniczyć rozmnażanie grupy pierwszej i całkowicie drugiej. Skutek: przeludnienie nastąpi niezbyt prędko, lecz gwałtownie wzrośnie odsetek ludności dziedzicznie obciążonej, potomków trzeciej "najgorszej" grupy.

Nie podjęto żadnych decyzji i na razie pozostawiono w mocy obowiązujące zasady. Narzędzie regulacji przyrostu i czystości genetycznej, jakim miała być "powszechna" antykoncepcja, okazało się nieskuteczne właśnie wobec tych, których miało przedmę wszystkim wyeliminować…

Szukano przez wiele dziesięcioleci nowej substancji, ograniczającej rozmnażanie także tej trzeciej grupy. Trwało to do czasu, aż liczebność obu grup o pierwszej i trzeciej – zrównała się, a grupa druga zniknęła w sposób naturalny. Nastąpiło, mówiąc w uproszczeniu, rozszczepienie populacji. Równocześnie świat stanął na granicy możliwości demograficznych. Należało przedsięwziąć coś radykalnego.

I wtedy znalazł się sposób. Nie taki wprawdzie, jakiego szukano, lecz skuteczny. Nie poddawano go publicznej dyskusji – wręcz przeciwnie, zachowano w ścisłej tajemnicy. Znała go tylko nieliczna grupa uczonych i ludzi odpowiedzialnych za politykę demograficzną. Ta grupa właśnie wprowadziła w życie nowy projekt regulacji liczby ludności. Czy był dobry i humanitarny – trudno ocenie. W każdym razie był jedynym możliwym posunięciem, przynoszącym zamierzony skutek. Potajemnie wybudowano na Księżycu samowystarczalne osiedla dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Wyselekcjonowano z pierwszej grupy pewną liczbę osób – głównie uczonych najwyższych szczebli i ich rodziny, także wszystkich, którzy wiedzieli coś o nowym programie, aby we własnym interesie zachowali tajemnicę.

W krótkim czasie wciąż w tajemnicy przerzucano tych ludzi na Księżyc. Ostatni spośród nich opuszczając Ziemię wprowadzili do atmosfery i wód nowo odkrytą substancję. Nie ograniczała ona wprawdzie możliwości rozrodu trzeciej grupy genetycznej, powodowała jednak, że u wszystkich, którzy ją wchłonęli, powstała dziedziczna skłonność do płodzenia potomstwa prawie wyłącznie płci męskiej. Liczba rodzących się dziewczynek osiągała zaledwie około jednego procenta ogólnej liczby urodzeń. Poza tym uciekinierzy zabrali ze sobą tajemnicę aktywatora, uniemożliwiając tym samym dalszy rozród grupy pierwszej. Tak więc wybrańcy ukryli się w swej arce, zsyłając potop na pozostałych. Trzeba przyznać, że ten potop nie miał cech gwałtownego kataklizmu. Nikogo nie pozbawiono prawa do życia – wręcz przeciwnie: pozostawiono działające, obliczone na wiele lat samoczynnego funkcjonowania urządzenia dostarczające żywność, zabezpieczające pomoc medyczną, zapewniono wszystkim klimatyzowane pomieszczenia mieszkalne, usunięto wszystko, co mogłoby zagrażać życiu ludzkiemu – broń, materiały wybuchowe, trucizny, nawet środki komunikacji indywidualnej, będące – przy braku dostatecznego nadzoru nad ruchem – poważnym źródłem zagrożenia życia… Uciekinierzy zamierzali spokojnie poczekać, aż ziemska ludzkość dożyje kresu.

Zadziwiające są prawa rządzące populacją. Prześledziłem to na prostym modelu matematycznym. Los owej spolaryzowanej populacji na Ziemi został przesądzony: w ciągu następnych osiemdziesięciu lat zniknęła pierwsza grupa genetyczna. A grupa trzecia? W czasie pierwszych lat czterdziestu nastąpił w jej obrębie niewielki wprawdzie, ale zauważalny wzrost ilościowy. W ciągu następnych czterdziestu – spadek, również niezbyt gwałtowny. Kolejne, piąte dwudziestolecie spowodowało redukcję tej grupy o połowę… Dziś, w połowie szóstego dwudziestolecia od początku operacji, na Ziemi pozostało jedynie kilkanaście procent pierwotnej liczby ludzi trzeciej grupy, głównie starców płci męskiej… Za kolejnych kilkanaście lat, gdy odejdą ci najstarsi, pozostanie już tylko trochę dorosłych i starych mężczyzn, niewielka liczba młodych chłopców i… praktycznie nie będzie już kobiet.

Wszystko to wynika z nieubłaganych praw demografii… Popatrz, kosmaku. Oto wydruk z komputera, na którym modelowałem ten proces przy bardzo upraszczających założeniach wyjściowych. A tutaj mam bardzo interesujące krzywe, obrazujące śmierć populacji ludzkiej…

Mój rozmówca pokazał mi kilka wykresów.

– Jak widzisz, obecnie jest nas na Ziemi już bardzo niewielu – mówił po chwili dalej. – Za czterdzieści lat, a może prędzej nie będzie nas wcale… Wówczas, zgodnie ze swym programem, wrócą tu lunacy.

– A jeśli nawet… – powiedziałem z wahaniem. – Czy byłoby dobrze, gdyby to właśnie oni dali początek nowej ludzkości? Ich kwalifikacje moralne wydają mi się dość wątpliwe po tym, co zrobili…

– Nie sądź ich pochopnie, kosmaku. Można na to spojrzeć inaczej. Przecież oni pozostawili ludziom skazanym na bezpotomne wymarcie całą cywilizację, wszystko, co stworzyli tu, na Ziemi. Bo przecież, jak powiedziałem, była to umysłowa elita ludzkości! Nie wyrządzili nikomu bezpośredniej krzywdy. Zapobiegli piekłu przeludnienia. Zapewnili wszystkim żywność, mieszkania, energię, ubrania, rozrywki – w granicach możliwości współczesnej im cywilizacji! Nie spowodowali niczyjej przedwczesnej śmierci – a jedynie uniemożliwili rozmnażanie. Gdyby tego nie zrobili, świat konałby z przeludnienia. A oni sami? Przecież żaden z nich tam, na Księżycu nie przeżył dłużej niż ci, którzy tu zostali. Dzisiejsi lunacy – to ich potomkowie. Czyż więc ci, którzy wyrzekli się wygód w swych ziemskich mieszkaniach, w ziemskich miastach i dobrowolnie zaszyli się w lochach Księżyca, by przechować tam genetycznie czystą część populacji – nie zasługują na miano bohaterów? Pomyśl o tym kosmaku, nim ich osądzisz!