Выбрать главу

Kulas krzyknął przerażony. A potem, podwijając poły żupana, puścił się biegiem przez krzaki i paprocie. Kuśtykał co sił w nogach, przebijał się przez chaszcze i gałęzie, wywrócił na głazie i potoczył w dół. Podniósł się pokrwawiony, biegł, kuśtykał co sił, byle dalej od panny Eufrozyny.

Białoskórski wyczekał, dopóki jego postać nie zniknie w lesie, a potem przeciął więzy panny Gintowt. Półnaga dziewczyna zerwała się do biegu jak łania. Bez słowa chwyciła szablę i puściła się pędem za Kulasem.

Białoskórski przysiadł na porzuconej kulbace. Zacharczał i splunął krwią. A potem, gdy daleko w lesie rozległ się przerażający, zwierzęcy skowyt, pociągnął łyk gorzałki z porzuconego bukłaka.

16. Do piekła

- Dlaczego to zrobiłeś?

- Wtedy, w Hoczwi - wycharczał - stanęłaś w mojej obronie i uratowałaś mi życie. A ja nie lubię mieć długów.

- I pewnie myślisz, że ci odpuszczę?!

- Nic nie myślę.

- A to i dobrze, panie Białoskórski, bo ja nie jestem Matką Boską i nie w mojej mocy udzielić ci przebaczenia.

- Ja wcale o to nie proszę.

- Skoro wróciłeś, tedy pora dokończyć naszej podróży. A przecież wiesz, gdzie chcę cię zawieźć...

- Tedy w drogę, mościa panno!

- Nie boisz się?

- Uciekłem już dwa razy z Przemyśla. A z Krasiczyna, od starosty, wykradł mnie raz pan Dydyński. Za pieniądze.

- Skąd wiesz, panie Białoskórski, że pojedziemy do Przemyśla?

Szlachcic uśmiechnął się zimno.

- Ja, mościa panno, spaliłem za sobą wszystkie mosty. Pan Dydyński wystarał się o glejt dla mnie... Glejt do klasztoru w Szczyrzycu... Ale ja nie nadaję się na mnicha. Jedźmy już raczej do piekła, bo wolę kotły czarta niż mniszą celę i klepanie godzinek.

- Rzekłeś, panie bracie. Zaprowadzę cię do miejsca, w którym odpokutujesz wszystkie swoje grzechy.

- A zatem w drogę.

Uderzyli konie ostrogami, a potem wypadli na połoninę, na drogę wiodącą pod wiekowymi, poskręcanymi bukami, prowadzącą wprost ku zalesionym stokom, łąkom i wyniosłym szczytom Bieszczadu.

Jeruzalem

1. Pościg

Poprzedzało ich szczekanie psów, łoskot końskich kopyt, krzyki i nawoływania. Jak burza wpadli w opłotki Krysinowa; czeladź i panowie towarzystwo rozdzielili się na cztery partie, skoczyli konno przez zagony, pomknęli dróżkami ku chatom, płosząc kury, kaczki i gęsi, budząc przerażenie chłopów i wiejskich famulusów. Widząc jeźdźców cwałujących przez podwórka, przeskakujących przez płoty, zaglądających do stodół i chyż, przeszukujących gumna, można by pomyśleć, że na wieś napadli Tatarzy albo okrutni sabaci z Węgier

Panowie towarzystwo i służba wiodąca smycze dorodnych chartów, sfory gończych psów napełniających okolice ujadaniem i szczekaniem, popędzili wprost do dworu. Osadzili spienione wierzchowce przed drewniana budowlą zwieńczoną krytym gontem dachem wspartym na rozłożystych podsieniach, ze strzelistym gankiem. Czeladnicy i hajducy skoczyli do drzwi, załomotali pięściami i obuszkami.

- Otwierać, do stu piorunów!

- Drzwi rozewrzyjcie!

Minęła chwila, zanim szczęknęły zasuwy. Na progu stanął stary szlachcic odziany w spłowiały zielonkawy żupan z podwiniętymi rękawami. Był bez szabli, miał siwe wąsy, białe włosy jak u sędziwego starca, ale wiek nie nadwątlił jego sił - wyglądał czerstwo i zdrowo, nie giął się ku ziemi, nie wspierał na czekanie czy lasce.

- Witajcie, waszmościowie! - rzekł pogodnie. - Cóż was sprowadza w moje ubogie progi?

- Banitę chowacie! - zakrzyknął wąsaty hajduk z gębą ozdobioną dwiema bliznami po cięciach szablą.

- Przez las uciekł!

- Do wsi się schronił!

- Do dworu!

- Czyżbyście zabłądzili na polowaniu, panowie bracia?! - zakpił szlachcic. - A może dytko wam drogi zmylił w polu? Co wy na to, mości panie Chamiec?

Podstarości sanocki, chłop chudy jak chmielowa tyka, wyprostował się w kulbace, podkręcił sumiastego wąsa i odchrząknął.

- Wybaczcie najście, mości panie Krysiński. Ścigamy szlachcica przyłapanego in recenti w zajeździe na dwór szlachecki jego mości pana Mikołaja Tarnawskiego na Zagórzu.

- Ten człek pewnie ma jakieś imię i nazwisko, bracie.

- To Jacek Dydyński - warknął podstarości. - Stolnikowic sanocki. Wywołaniec i banita! Będzie wisiał!

- I powiadasz waść, że napadł na Tarnawskiego? A ja słyszałem, że imć Tarnawski zajął bezprawnie Zagórz prawie rok temu.

- Do dworu! - huknął młody hajduk i skoczył ku drzwiom. - Łapcie Dydyńskiego!

Szybko jak ryś stary szlachcic chwycił sługę za ramię i osadził w miejscu jak dorodny tur szarżującego capa.

- Dokąd to, bracie?! - zakpił. - Mości panowie, daję słowo szlacheckie, że nikt nie przekroczył progu tego domu. Nie ma tu Dydyńskiego ani żadnego jego sługi.

- Kto by wywołańca w domu przechowywał, ma być pojmany od iudicum castrense - mruknął Chamiec. - Waszmość wiesz, co cię czeka, jeśli nie mówisz prawdy?

- Jeśli już na łacinę bić się mamy - mruknął Krysiński - tedy pomnij, mości panie podstarości, że wywołańców w domach szlacheckich wolno imać jedynie stronie iure vincenti. Czy moje słowo ci nie wystarczy, bracie? Czy ja mógłbym kłamać?! Po co? Dydyński ani mi brat, ani swat.

Zygmunt Chamiec, podstarości sanocki, namyślał się. Spoglądał na Krysińskiego spod zmrużonych powiek, wiercił się w kulbace. Hajducy napierali na starego szlachcica, on jednak stał nieporuszony niby potężny odyniec naprzeciw zgrai dworskich kundli.

- Wierzę waszmości - mruknął w końcu podstarości. - Jeśli ty dajesz słowo, tedy jestem pewien, że nie ukrywasz zbiega.

- Dziękuję, bracie.

- Mości panowie, na gościniec! - rozkazał Chamiec swoim ludziom. - Na koń i w skok! Musi Dydyński na Hoczew pojechał! Gonić go! Kto pierwszy zbiega dojrzy, talara dostanie!

Sabaci, hajducy, czeladź i towarzysze pana podstarościego wskoczyli na konie. Wnet głosy trąbek poderwały do biegu resztę pachołków starościńskich - rozproszonych po wsi, przetrząsających brogi, gumna, stodoły i spichrze. Nie minęło pół pacierza, gdy pogoń znikła za pagórkiem, pozostawiając po sobie podwórze, zagony i ugory zryte kopytami koni.

Krysiński wszedł do sieni. Zatrzymał się przy dwóch młodych pachołkach dworskich i pokiwał głową.

- Nie lękajcie się, bracia - rzekł. - Już po wszystkim. Widać jeszcze moje słowo coś znaczy w Ziemi Sanockiej.

2.Szabla pana ojca

- Spójrz, co znalazłem, siostro.

Gedeon ukląkł przed stosem siana, wsunął rękę pod podwyższenie z desek. Szukał długo, wreszcie wyciągnął długą drewnianą skrzynkę.

Rachela przyklękła przy młodszym bracie. Pogładziła z ciekawością gładkie drewno.

- Cóż to jest?

- Ciszej. To puzdro pana ojca.

- A jak nas zobaczy?

- Nigdy tu nie przychodził.

Rachela rozejrzała się dokoła. Ojciec nie bijał ich nigdy; jak do tej pory wszystkie występki, które popełniła, a więc zabranie bez pozwolenia ze stajni ogiera czy stratowanie braciom ze wsi pszenicy w czasie wiosennego polowania, kończyły się tylko srogimi połajankami i odmawianiem modlitw. Wprawdzie ojciec nie wiedział jeszcze, że nie tak dawno, bo na świętego Jana, była na Konopnej Górze, gdzie odprawował się sejmik czarownic i bab z całej okolicy. Z drugiej jednak strony jej rodzic nie wierzył w czary ani żadne gusła, nazywając je jezuickimi wymysłami. A jezuitów pan Krysiński nie cierpiał namiętnie. Podobnie jak reszta braci w Krysinowie, zwanym przez mieszkańców nowym Jeruzalem.

Rachela nie była jednak pewna, czy nie wpadnie w złość, wiedząc, że dobrali się do tak pilnie strzeżonego sekretu. Zastanawiała się, czy nie kazać Gedeonowi, aby schował skrzynkę z powrotem, jednak jej niewieścia ciekawość zwyciężyła. Z rumieńcem na policzkach odchyliła wieko, czując się niemal tak, jakoby otwierała przedwieczną i przysłowiową puszkę Pandory.