Zostali sami, we dwóch. Dydyński i trefiony.
- Czołem, panie Żurakowski - mruknął młody rębajło.
- Mości Dydyński - ani jedna żyłka nie drgnęła na twarzy trefionego, gdy wymawiał te słowa - wiele gadali mi w Sanoku o waszmości, ale z tego, co widzę, toś prawdziwy gracz na szable. Mam coś przekazać komuś po twym zgonie?
- Pozdrów...
- Kogo?
- Żurakowskich w piekle!
Starli się pośrodku zboru. Żurakowski zasłonił się nadziakiem, przyjął cięcie Dydyńskiego na okutą żelazem rękojeść broni, a prawą ręką ciął z podlewu szablą. Stolnikowic uchylił się w diabelskim przeciwtempie, chlasnął trefionego w skroń. Chybił, przyjął na zastawę szabli cios zadany nadziakiem Żurakowskiego, jęknął, gdy wraża szabla rozpłatała mu rękaw żupana, cięła go po ręku. Dydyński obrócił się w błyskawicznym piruecie, ciął wlew, wręcz, krzyżem, a Żurakowski złapał jego ostrze między rękojeść nadziaka skrzyżowaną z klingą szabli, ścisnął, by stolnikowic nie mógł wyrwać broni. Przez chwilę szarpali się nadaremnie. A potem Żurakowski rozłożył ręce, zwalniając broń Dydyńskiego, i półkolistymi ruchami uderzył - jednocześnie nadziakiem i szablą z podlewu oraz podkrzyża.
Nie wiedział, co się stało. Nie zdążył nic zrobić. Nie zdołał się uchylić ani zastawić. Zobaczył tylko zmierzające w jego stronę ostrze szabli i rozchylił usta do krzyku.
Ale dobyć z siebie dźwięku już nie zdołał.
Dydyński ciął po szyi, obrócił się w piruecie i uderzył ze świstem. Trefiona głowa spadła z ramion, potoczyła się, dudniąc jak pusta beczka, w stronę wejścia do zboru. Toczyła się coraz wolniej, wypadła na zewnątrz, między braci polskich, którzy z krzykiem cofnęli się na boki, aż wreszcie zamarła pod nogami pana Krysińskiego.
Stary szlachcic, kulejący, zalany krwią z ran, wszedł wolno do zboru. Dydyński czekał nań z zakrwawioną szablą w ręku, otoczony ciałami pomordowanych, plamami krwi, potrzaskanymi sprzętami. W powietrzu czuć było śmierć. Może dlatego, że gruby pijanica dogorywał na podłodze wśród jęków, a Żurakowski kończył swoje ostatnie podrygi lub, jak kto woli - zaczynał właśnie taniec z panią małodobrą. Inni leżeli cicho i spokojnie w zborze nowochrzczeńców, pojednani z Bogiem na zawsze.
Krysiński pokiwał zakrwawioną głową, spuścił wzrok.
- Oddajcie szablę panu Dydyńskiemu - powiedział cichym głosem. - Okulbaczcie mojego konia. Pan stolnikowic dziś nas opuszcza. Na zawsze...
- Ojcze! - krzyknęła Rachela. - Ojcze, błagam!
- Pan Dydyński nie będzie dłużej naszym gościem. Wiem, że w karczmie w Lisku czeka na niego jego czeladź. Stolnikowic nie może mieszkać dalej w Jeruzalem, bo nie umie żyć w zgodzie z naszymi prawami.
- On nas uratował!
- Milcz! Powiedziałem wszystko, com miał rzec. Dydyński wolno ruszył w jego stronę, przestępując przez trupy. O mały włos, a pośliznąłby się w kałuży krwi. A potem podał szablę rękojeścią w stronę Krysińskiego. Stary szlachcic nawet nie wyciągnął po nią ręki.
- Zatrzymaj ją, waszmość. Oto sprawczyni mojego nieszczęścia. Mnie już nie będzie potrzebna.
Dydyński ruszył ku drzwiom. Nie obejrzał się na starego szlachcica, nie spojrzał w stronę Racheli.
9. Pomocy!
- Ktoś jedzie za nami! - mruknął Sawa.
- Między drzewa!
Rozjechali się w trzy różne strony, ukryli w gąszczu rosłych, starych buków. Nie minęła krótka chwila, a Dydyński usłyszał zbliżający się łoskot końskich kopyt. Za jego plecami Mikłusz dobył zza pleców swoją revolwerę; szybko i sprawnie odciągnął wszystkie kurki. Sawa przyczaił się z drugiej strony wąskiego traktu.
A potem na zakręcie gościńca ukazał się spieniony biały koń. Dydyński drgnął, gdy w kulbace zobaczył Rachelę. Wyskoczył na dziedziniec i zagrodził jej drogę.
- Mościa panno!
Wstrzymała konia tak mocno, że aż zarżał, stanął dęba, a potem rzucił gniewnie łbem. Dziewczyna podjechała bliżej do Dydyńskiego.
- Co ty tu robisz?
Szybkim ruchem rzuciła mu się na szyję. Szlachcic objął ją odruchowo, przytulił, przycisnął do piersi.
- Uciekłam od ojca - wyszlochała. - Panie Dydyński, ratuj nas, błagam! Pamiętowski wie o wszystkim! Żyd z Hołuczkowa przyjechał do nas - mówi, że chce dwór spalić, że zabije mego rodzica. Ratuj! Nie pozwól nas skrzywdzić. U nas w Jeruzalem nikt się bronić nie będzie. On nas zabije... Ja...
- Twój ojciec nie chce mnie widzieć.
- Mój ojciec zginie, jeśli go nie uratujesz.
- Nie będę u was miłym gościem.
- Ratuj go, proszę. Nie zważaj na to, co mówił. Ratuj, a ja pojadę z tobą, dokąd zechcesz. Jeśli ojciec będzie się sprzeciwiał, to uciekniemy... Na Ukrainę!
Dydyński milczał. Namyślał się.
- Dobrze - rzekł wreszcie. - Mości panowie, do Jeruzalem!
10. Jeruzalem
- I powiedział Pan: jeśli ani przez to nie usłuchacie mnie, ale pójdziecie przeciwko mnie, i ja pójdę przeciwko wam w zapalczywości przeciwnej i skażę was siedmią plag dla grzechów waszych, i was rozproszę między narody, i dobędę miecza za wami, i będzie wasza ziemia pusta, a miasta wasze zburzone.
- Panie wielmożny, pomiłujcie! - zawołał drżącym głosem pachołek. - Jam nic nie winien.
Siwy szlachcic w czerni pochylił się nisko nad chłopcem. Chwycił go za kaftan na piersiach, spojrzał prosto w oczy. Pacholik zadrżał. Wpatrywał się w straszną bliznę na obliczu tamtego - przecinającą czoło, oczodół, policzek, kończącą się niemal na podbródku. Ten ślad po ranie zdawał się dzielić twarz pana brata niemal na dwie części.
- Pan Krysiński jest we wsi? Jedziemy z wizytą.
- We dworze siedzi, rany kuruje... Wasza wielmożność, nie czyńcie mi krzywdy, ja jeno prosty...
- Jesteś katolik czy heretyk?
- Ja... ja nie przystałem do nurków, panie. Ja wierny...
- Więc mów Credo. Odmawiaj, chłopcze. Azaliż wierzysz w Trójcę Przenajświętszą?
- Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi... Wierzę w jeden, święty, powszechny... Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów... - wyjąkał chłopak.
Pamiętowski wyprostował się w kulbace.
- Omyliłeś się - rzekł ponuro. - Omyliłeś się w Credo, psi synu. Winno być: powszechny i apostolski Kościół. Jesteś szołdra!
- Panie, pomiłuj...
Szabla Pamiętowskiego świsnęła w powietrzu, rozrąbała szyję pachołka, wytoczyła z żył dwie kwarty krwi. Młodzieniec padł na wznak, zadygotał, zacharczał.
- Mości panowie, w drogę!
Ruszyli z kopyta traktem wiodącym w dół, do doliny. Przemknęli obok młynów, jazu i stawów, aż wreszcie zarysowały się przed nimi szare strzechy pogórzańskich chałup, owiane dymami przesączającymi się przez słomę. Dalej, wśród drzew, zamajaczył przed nimi kryty gontem dach Krysinowskiego dworu.
Zwolnili, gdy wjechali między rozrzucone wzdłuż traktu zagrody, a potem skręcili na drogę prowadzącą do szlacheckiego domostwa. Jechali rysią - na przedzie Pamiętowski z różańcem w ręku, za nim wszyscy jego towarzysze - potężni, małomówni rębacze w ciężkich deliach, żupanach, rajtrokach; w wilczych kołpakach, kapuzach i czapach.