Выбрать главу

Pamiętowski skończył odmawiać różaniec, wsunął go w zanadrze. A potem porwał za rękojeść batorówki. Ostrze świsnęło, wychodząc z natłuszczonej pochwy, zalśniło w słońcu.

- I oto przyjdą dni Pańskie - rzekł - a będą dzielić korzyści twoje pośrodku ciebie. I zgromadzę wszystkie narody do Jeruzalem... - umilkł. Przed dworem stał szlachcic na koniu. Nie uciekł na widok zbrojnych, nie poruszył się nawet. Spokojnie gryzł czerwone jabłko. Na jego widok Pamiętowski i jego kompania wstrzymali konie. A wówczas szlachcic odgryzł soczysty kęs owocu, a potem od niechcenia rzucił go w stronę nadciągających brygantów. Jabłko poszybowało w powietrzu, poleciało w stronę Pamiętowskiego, ale ponury szlachcic nie poruszył się nawet.

Jabłko spadło tuż przed nim, potoczyło się w pyle gościńca i zamarło o kilka kroków od jego konia.

- Schowaj broń, mości panie. Dwór jest otoczony strażami, a jeśli któryś z was linię przekroczy, przywita się z kulą z rusznicy albo z bandoletu.

Pamiętowski nic nie powiedział. Skinął na jednego z pachołków. Ten ponaglił konia, wysunął się przed szereg, powoli podjechał do linii wyznaczonej przez jabłko, a potem przekroczył ją wolno.

Huknął strzał z revolwery Mikłusza. Kula zdmuchnęła rysi kołpak z głowy czeladnika. Koń zarżał, stanął dęba, uderzył przednimi kopytami w ziemię.

- Ostrzegałem waszmościów, że nic tu po was. Wracajcie precz, bo ten dwór jest pod moją opieką.

Pamiętowski roześmiał się chrapliwie. Jego śmiech brzmiał jak charkot umierającego, jak ponury rechot śmierci, która właśnie szykowała się, aby porwać w tany kolejną szlachecką duszę.

- Zejdź nam z drogi, panie Dydyński. Nie ciebie szukamy.

- Ale ja stoję na straży gospodarza! Póki żyję, wasza noga nie postanie na progu.

Jeden z ludzi Pamiętowskiego szarpnął za rękojeść pistoletu. Drugi podniósł rusznicę, nie czekając na rozkaz swego pana.

Dwa strzały wstrząsnęły powietrzem. Pachołek, trafiony w rękę, wypuścił z krzykiem broń, czeladnik zwalił się z kulbaki, gdy kula przeszyła jego bok. Konie zarżały, rzuciły łbami. Zbrojni chwycili za szable i pistolety, lecz Pamiętowski uniósł rękę na znak, aby zachowali spokój.

- I rzekł Pan: Ani będziesz mówił przeciw bliźniemu swemu fałszywego świadectwa. Łżesz, panie Dydyński, jak pies. Krysiński nigdy nie powierzyłby ci obrony dworu!

- Sam się zgłosiłem. Na ochotnika, panie bracie. Pan Bóg mi policzy w niebie dobry uczynek.

- Pan strąci cię do otchłani piekielnych, że dworu heretyków bronisz.

- I zabiorę waszmości ze sobą, jeśli nie odstąpisz.

- Spalimy do fundamentów chram nurków.

- O ile przeżyjecie.

Pamiętowski milczał. Jego ślepia były zupełnie puste, jak oczy śniętej ryby, zdechłego psa albo konia zabitego na polu bitwy.

- Bij się ze mną, panie Pamiętowski. Przeżyjesz, tedy do dworu cię wpuszczę. Ja przeżyję - pozwolę ci odjechać wolno.

- Ja staję tylko na śmierć. Wejdę do dworu po twym trupie.

- Stawaj!

- Dobrze.

Pamiętowski zeskoczył z konia, odrzucił do tyłu rękawy delii, oddał wodze pachołkowi, a potem ruszył ku dworowi, pobrzękując ostrogami.

- I rzekł Pan - zaintonował - zgromadzę wszystkie narody do Jeruzalem ku bitwie i będzie wzięte miasto, i zburzą domy, i niewiasty pogwałcą...

Skrzyżowali szable bez żadnych ceregieli. Przed dworem, przy stopniach wiodących na ganek. Pamiętowski ciął w pierś, Dydyński odbił, zripostował wrąb, jego przeciwnik skulił się, ciął w kłąb.

- I wynijdzie połowica miasta w niewolą, a ostatek ludu nie będzie wzięt z miasta - wycharczał Pamiętowski.

Walczyli. Szable migały jak błyskawice, zderzały się z brzękiem, cięły ze świstem powietrze. Wlew, wręcz, z podlewu, w kiść, w pierś. A potem odbicie, piekielna czwarta, trybunalskie, referendarskie...

Dydyński wychylił się za mocno, stracił równowagę. Pamiętowski cofnął się, uniknął cięcia przeciwnika przez błyskawiczne przeciwtempo, chlasnął go w kiść, po łbie, zalał krwią. Stolnikowic krzyknął, przypadł do ziemi, a wówczas przeciwnik poprawił mu w bark i w prawą rękę.

- I wynijdzie połowica miasta w niewolą, a ostatek ludu nie będzie wzięt z miasta... I wynijdzie Pan, a będzie walczył na one narody, jako walczył w dzień wojny!

Dydyński zwalił się na ziemię. Chciał wstać, lecz już nie zdążył. Pamiętowski ciął dwa razy, wytrącił mu broń z ręki kopniakiem, a potem przycisnął do gardła pióro batorówki.

- Czas umierać, mości panie bracie - wycharczał. - Coś komuś mam przekazać, zanim do piekła cię wyślę?!

- Zostaw go!

Na ganku dworu stał Krysiński. Blady, z łbem przewiązanym zwojami szarpi. Tuż obok kuliła się wystraszona Rachela. Ujrzawszy Dydyńskiego, chciała rzucić się ku niemu, ale mocna ręka ojca zatrzymała ją w miejscu.

- Pan Krysiński - zamruczał Pamiętowski. - Jakże dawno nie widziałem waszmości.

- Czego od nas chcesz? Nasyłasz na nas swoich łudzi! Żądasz bakszyszu! Za co, panie Pamiętowski? Za to, że przed laty byłem ci przyjacielem? Za to, że wymodliłem u Pana twoje zdrowie? Że uleczyłem cię ze strasznej rany?

Gniewny skurcz przebiegł przez oblicze Pamiętowskiego. Wykrzywił wargi w grymasie wściekłości, jego blizna pociemniała, nabiegła krwią.

- Uleczyłeś mnie, a wcześniej okrutnie okaleczyłeś w zwadzie, panie bracie - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Nie mogę ci tego zapomnieć. Dlatego teraz, gdy stałeś się szołdrą, nurkiem, kosturowcem, będziesz płacił. Płacił mi za to do końca życia. Inaczej spalę ci dwór, zabiję córkę, wyrezam chłopów, zniszczę twe Jeruzalem tak, że nie zostanie z niego kamień na kamieniu!

- Przecież mogłem wtedy w Sanoku, trzydzieści lat temu, ostawić cię na ulicy jak zdychającego psa. Ale ja złożyłem śluby i tak jak wcześniej zabijałem dla pieniędzy, tak wtenczas poszedłem, aby leczyć szlachtę i lud.

- I odłożyłeś szablę. Jesteś tchórzem podszyty, panie Krysiński. A ja zwykłem rozgniatać takich jak ty niby jadowite robactwo. Dalejże, psi synu, na kolana! Proś o przebaczenie! I płać, to może daruję życie Dydyńskiemu! Dziesięć tysięcy czerwonych!

- Nie zapłacę!

- A co zrobisz, nurku, jeśli urezam temu oto twemu słudze szyję? Jeśli twą córkę oddam mym hajdukom do zabawy? Obronisz się? Przecież nie nosisz szabli.

- Mylisz się, panie bracie. Obronię, bo... zmieniłem się.

Jednym szybkim ruchem Krysiński podniósł z ziemi szablę wypuszczoną z ręki Dydyńskiego. Złożył się do cięcia.

Pamiętowski odsłonił żółte, poszczerbione zęby. Cofnął się, dając pole. Krysiński wpadł nań z szablą, ciął, złożył się do zastawy, odskoczył i znowu zaatakował, lekko, szybko i zwinnie jak ryś - pomimo swego wieku.

- Nie dasz rady! - syknął Pamiętowski. - Jesteś za stary, za wol...

Szabla zafurkotała w ręku Krysińskiego, kiedy zastawił się wiatraczkiem. A potem począł bić. Bić z całych sił, jak stary rębajło, bez tchu i bez zmiłowania. Pamiętowski cofał się, zastawiał rozpaczliwie, a potem załkał, zaszlochał, zawył!

Chwila jeszcze! Krysiński przerzucił broń z prawej do lewej! A potem ciął, chlasnął Pamiętowskiego w łeb, równolegle do starej blizny, przytrzymał szablę i wychodząc do cięcia, wbił ją w brzuch.

Pamiętowski zawył. Padł na kolana, wypuścił szablę, wsparł się na ręku. Krew splamiła jego czarny żupan, spłynęła na trawę, na szarą ziemię.

- Litości - jęknął Pamiętowski. - Ulecz mnie... Kry...

Krzyknął z bólu, chwycił się obiema rękami za brzuch.

Krysiński uczynił krok w jego stronę.

- Nie! - jęknął Dydyński. - Nie, panie...

Zakrwawiona ręka Pamiętowskiego sięgnęła do cholewy buta i wystrzeliła stamtąd szybko jak żmija. Krysiński dostrzegł w jego dłoni czarny, błyszczący kształt, rzucił się w bok, a wówczas ktoś wpadł przed niego, zasłonił go własnym ciałem...

Strzał był tak głośny, że stary szlachcic podskoczył. Jednym susem dopadł Pamiętowskiego, a potem ciął, rozwalając mu szyję, tnąc głęboko, przecinając żyły i ścięgna.