Wywołaniec zacharczał, zaśmiał się świszczącym śmiechem, gdy powietrze uszło mu z płuc. Wyprostował się, wypuścił pistolet z rąk, a potem zwalił się na twarz i tak już pozostał.
Rachela leżała na boku, oddychała ciężko. Strumyczek krwi spływał z jej ust. Krysiński dopadł ją z jękiem, chwycił na ręce, podniósł.
- Rachela - zapłakał. - Moja mała Rachela... Co z tobą...? Moje serce, moja księżniczko...
- Ulecz ją! - jęknął Dydyński. - Teraz! Zaraz. Szlachcic złożył córkę na ganku. Szybko rozerwał jej bekieszę na piersi, odsłaniając czerwony otwór po kuli, z którego tryskała krew. Ukląkł i przyłożył ręce do jej ciała...
A kiedy je odjął, czerwona posoka wcale nie przestała płynąć. Rana się nie zasklepiła! Rachela zadygotała, jęknęła. Krysiński chwycił się za podgolony łeb, dwie łzy stoczyły się po jego ogorzałej twarzy.
- Ojcze... wy... wybacz... - wyszeptała. - Ja... ja... Nie domówiła tych słów. Jej wątła twarzyczka zbielała, oczy zamknęły się z wolna.
- Nie mogę! - krzyknął Krysiński. - Stra...ciłem dar, o Panie! Dlaczego? Czy za to, że przelałem krew?!
Ukrył twarz w dłoniach załamany i siedział tak obok ciała swej córki. A potem wziął ją na ręce jak dziecko, wstał i obrócił się do kompanii Pamiętowskiego. Powoli przesuwał wzrok od jednego ogorzałego oblicza do drugiego. Szlachcice i pachołkowie opuszczali głowy, unikali jego oczu. A potem jeden po drugim poczęli zawracać konie i odjeżdżać spode dworu. Żaden nie obejrzał się na ciało swego pana i prowodyra. Nikt nie sięgnął po szablę lub czekan.
Krysiński wszedł do dworu, dźwigając ciało córki w ramionach.
11. Epilog
Wyjechali wieczorem tego samego dnia, w którym złożyli ciało Racheli do grobu. Dydyński podążał pierwszy, za nim jechał Krysiński z chmurną twarzą i czarną szablą u lewego boku. Kiedy wjechali na wzgórze, wstrzymał konia i odwrócił się jeszcze na chwilę, aby objąć wzrokiem Jeruzalem.
- Panie Dydyński.
- Tak, panie bracie?
- Nigdy już tu nie wrócę.
Młody szlachcic pokiwał w milczeniu głową.
- Popełniłem wielki występek. Przelałem krew. I słusznie pokarał mnie Pan, odbierając swój dar. Nie jestem godny, aby pomagać ludziom. Ostawiam Jeruzalem w ręku syna.
- Wybacz mi, panie bracie - rzekł głucho Dydyński. - Ja jestem temu winny. Przeze mnie zginęła Rachela; ja zmąciłem spokój twojej wioski. Wybacz. Jestem twoim dłużnikiem.
- Co się stało, to się nie odstanie - rzekł cicho Krysiński. - Wróciłeś, aby mi pomóc, i nie zażądałeś żadnej zapłaty.
- Ale zniszczyłem Jeruzalem.
- Wywozisz stąd w sercu jego kawałek, panie bracie. Nie pozwól, aby stopniał jak śnieg na Bieszczadzie. I... rób to, co czynisz. Do samego końca.
- Bywajcie, panie Krysiński.
Stary szlachcic zwrócił konia ku Sanokowi, skinął na czeladź. A potem ruszył skokiem prosto w doliny.
Pod Wesołym Wisielcem
1. Strachy na Lachy
Deszcz szeleścił cicho wśród drzew po obu stronach traktu. Zapadał zmierzch; siąpiło przez cały dzień, więc droga stała się mokra, gliniasta, pełna kałuż i rozmiękłego błota. Po prostu paskudna.
Jacek Dydyński otulił się szczelnie obszytą futrem delią. Był koniec maja, a deszcze padały już od dwóch tygodni. Ze złością strząsnął z kołpaka krople wody. Jego wspaniałe czaple pióro przykleiło się do rysiego futra. Młody szlachcic zaklął pod nosem. Nie lubił niepogody, nie lubił też, jak każdy prawdziwy Rusin, Mazowsza, którego podłe trakty przyszło mu teraz przemierzać. Nagle szlachcic wstrzymał konia. Po prawej stronie, w lesie, dostrzegł polanę. Zdawało mu się, że mignął na niej jakiś kształt, coś dużego, co szybko roztopiło się w mroku miedzy pniami. Położył dłoń na kolbie krócicy zatkniętej za pas. Miał nadzieję, że nie zmokła.
- Co się dzieje - zapytał cicho jadący z tyłu Szawiłła. Spojrzał dokoła, ale nawet on nie zdołał przebić wzrokiem ciemności. - Wilki?
- Coś innego - szepnął Dydyński. - Duże. Może człowiek?
- Sprawdźmy to.
Ostrożnie zwrócili konie w bok. Wjechali na niewielką polankę. Było tu ciemno; wierzchowiec Dydyńskiego szarpnął niespokojnie wędzidłem, zachrapał trwożliwie.
- Nic tutaj nie ma... - mruknął szlachcic. Wstrzymał konia dosłownie na piędź przed ledwie widocznym, zarośniętym zielskiem dołem. Wytężył wzrok i wówczas dostrzegł między chwastami coś białego. Zeskoczył na ziemię, pochylił się nad jamą, trzymając wodze w ręku, a potem wyciągnął rękę, podniósł długą piszczel i zbliżył do oczu. Zdawało mu się, że dostrzega na niej ciemne plamy. Krew... Ale czyja - ludzka czy zwierzęca? Nie mógł tego dociec - było zbyt ciemno. Nagle zamarł. Coś nie spodobało mu się w gnacie, który trzymał. Kość była złamana. Rozłupana dziwacznie. Tak... Dawno temu widział, jak katowscy pachołkowie wyrzucali ze starej studni pod szubienicą szczątki ofiar. Tam też były tak rozłupane kości - resztki goleni ludzi, którzy zostali połamani kołem.
Odrzucił gnat. Sięgnął między szczątki i szukał przez chwilę. Wreszcie jego palce natrafiły na mały metalowy przedmiot. Podniósł go do oczu. To był szlachecki sygnet. Nie próbował nawet przyjrzeć się herbowi; miał za mało światła.
- Co tam było, panie? - zapytał Szawiłła. Dydyński wskoczył na siodło. Zwrócił konia ku drodze.
- Kości - mruknął cicho. - Ale jakie, to nie wiem. Jest za ciemno. I sygnet znalazłem. Chyba szlachecki. Jedziemy, Szawiłła.
2. Karczma na bagnach
Las skończył się niebawem. Przed Dydyńskim i Szawiłłą otwarła się nagle rozległa pusta przestrzeń - po prostu zarośnięte chwastami pole. Deszcz wcale nie przestał padać - przeciwnie - z mżawki zmienił się w ulewę. Dokoła nie widać było prawie nic. Dydyński pomyślał, iż przydałaby się gdzieś w pobliżu jakaś karczma.
I w rzeczy samej karczma była w pobliżu. Niebawem młody szlachcic spostrzegł gdzieś w polu wątłe żółte światełko. Natychmiast popędził konia i wkrótce wraz z Szawiłłą znaleźli się przed ponurym, krytym słomianą strzechą domostwem. Takich zajazdów mało było na Rusi Czerwonej, skąd pochodził Dydyński. Tam gospoda - duża, wyposażona w przestronne podsienia - wyglądała znacznie lepiej niż niejeden dwór szlachecki na Mazowszu. W mroku panującym przed karczmą Dydyński ledwie zdołał odczytać wypłowiały szyld. Karczma zwała się „Pod Wesołym Wisielcem". Nazwa nie była może tak obiecująca, jak by tego pragnął, lecz zeskoczył z konia, a potem jął walić pięścią w okute żelazem wrota.
- Czego tam?! - ozwał się po drugiej stronie gruby, nieprzyjemny głos. - Kto tam?
- Goście!
- Jacy goście?
- Szlachetnie urodzeni, karczmarzu!
Minęła następna chwila, nim drzwi otwarły się nieco. W szparze zabłysło światło, a w jego blasku pan Jacek dostrzegł czarny, rozszerzający się lejkowato otwór lufy garłacza.
- Oporządź nam konie, karczmarzu! - mruknął, nieco stropiony tym nieprzyjaznym przywitaniem. W szparze ponad lufą majaczyła brodata, ponura twarz właściciela szynku.
- Ilu was jest, panie?
- Dwóch.
Drzwi rozwarły się szerzej i Dydyński oniemiał. Karczmarz przewyższał go o dobre dwie głowy. Szeroki w barach niczym niedźwiedź, wyglądał jak prawdziwa góra mięśni. Patrząc na oberżystę, Dydyński wiedział już, dlaczego wynaleziono ciężkie muszkiety, garłacze i krótkie strzelby piechoty łanowej, choć z drugiej strony wydawało mu się, że temu człowiekowi dałby radę jedynie falkonet nabity dobrze siekańcami. Potężny brzuch oberżysty przywodził na myśl beczkę piwa. Opinający go fartuch był tak jakby zakrwawiony. Oberżysta wyglądał tak ponuro, iż Dydyńskiemu wydało się, że od postaci tamtego ciągnie nieuchwytnym, lodowatym chłodem.
- Jasiek, zajmij się końmi... panów! - tamten wymówił to ostatnie słowo jakby ironicznie, a może tak tylko wydało się Dydyńskiemu.