- Aaa... Aaa... - rozległo się z tyłu. Obok karczmarza przecisnął się kulejący wyrostek o długich czarnych włosach. - Aaa...
- A jaśnie panów proszę do środka!
Dydyński oddał cugle słudze. Karczmarz usunął się na bok, przepuścił go do sieni i wskazał otwarte drzwi. Dydyński wszedł do mrocznej izby, oświetlonej żółtawym światłem kaganka. Od razu rzuciło mu się w oczy panujące tutaj zaniedbanie. Stoły i szynkwas pokrywała gruba warstwa kurzu, po kątach zwisały wiotkie przędze pajęczyn. Naczynia stojące na kontuarze były zaśniedziałe. Wymienili z Kozakiem krótkie spojrzenia. Ta karczma przestała im się podobać już od pierwszego wejrzenia. Ale za oknem padał rzęsisty deszcz, a w kominie hulał wiatr. Wolał już tę mordownię niż nocleg na polu.
- Miodu nam daj i coś do jedzenia, karczmarzu! -mruknął pan Jacek. - A szybko...
- Miodu? Mogę jeszcze co innego przynieść...
- To dawaj gorzałki. Wnet się rozgrzejem!
- Jaką, panie? - rzekł karczmarz tak ponurym głosem, że Dydyński poczuł mimowolny dreszcz. - Mam różne gorzałki...
- Jakie na przykład?
- Wisielczą, kołem łamaną, piszczelówkę, czaszkową, dybiarską i wypalankę. Wszystkie mojej receptury!
- Hm... Coś dużo tego - rzekł Szawiłła, najwyraźniej zbity z tropu. - A co się czuje po takiej wisielczej?
- Każdego powiesi nad ziemią i dyndać zacznie.
- A kołem łamana?
- Jak połamie, to i kamraci do domu nie odniosą.
- No a piszczelówka? - zapytał Dydyński. - Może to taka czarna maź, co się z ziemi pod Krosnem wydobywa? Chłopi nią osie wozów smarują, a czasami - to i piją. Jeno że przekręcić się przez nią można.
- Tak mocna, że z człeka ino same kości zostają. Tę w Krakowie zowią nekromancką. A po czaszkowej niejednego głowa bolała mocniej niźli ścięta na katowskim pniaku.
- Dybiarską?
- Ona - karczmarz uśmiechnął się lekko, ale okrutnie - ona w mojej karczmie na zawsze każdego człeka zostawi...
Dydyński nic nie powiedział. Ale te słowa dziwnie mu się nie podobały.
- To przynieś piszczelówki, karczmarzu. Przynajmniej nam kości rozgrzeje. A do tego miodu.
- A pewnie!
Karczmarz odwrócił się i zniknął za drzwiami. Szawiłłą pochylił się do ucha swego pana.
- Uważać trzeba... - wyszeptał. - Ten człek chyba jakiś niepewny...
Dydyński skinął głową. Gruby karczmarz pojawił się znowu, tym razem niosąc pod pachą gąsior miodu, a w ręku bukłak z gorzałką. Postawił na stole dwie czarki i dwie szklenice, a potem nalał do nich trunku.
Wypili. Gorzałka była mocna. Paliła ostro podniebienie. Trudno wyczuć, czy coś do niej dodano. Coś, co, jak nagle pomyślał Dydyński, naprawdę powodowało, że z człowieka pozostawały same kości. Kości pogrzebane w jamie w lesie...
- Pijcie, pijcie, panie! - zachęcił szynkarz. Dydyński ostrożnie skosztował miodu i zamarł. W mocnym dwójniaku wyczuł jakąś domieszkę. Coś jakby nieco korzeni albo jakiejś innej przyprawy. Odstawił od ust niedopitą szklenice. Spojrzał na karczmarza. Tamten stał nieruchomo, wpatrzony w pijących. Zagradzał drogę do drzwi. Dydyński pożałował, że krócicę zostawił przy siodle. Przy sobie miał tylko szablę. Oberżysta jest gruby, pomyślał, wolno się rusza... Może kindżałem. Obawiał się jednak, że w wypadku zwady broń biała mogła się okazać nieskuteczna. W końcu jakie cięcie musiałby wymierzyć, aby przebić się przez tak grubą warstwę sadła i mięśni?
Mrugnął porozumiewawczo do Szawiłły. Kozak zrozumiał znak, nie dopił miodu. Widząc to, karczmarz poruszył się niespokojnie. Czyżby jednak w miodzie coś było? Dydyński wolał nie ryzykować.
- Dawaj teraz jadło, gospodarzu. Co tam masz na ogniu?
- Królik po katowsku, kapusta zwykła, kapusta ćwiartowana z mięsem, królik patroszony z kaszą, kiełbasa... biała jak szkielet i kiełbasa zwykła, dziczyzna, no i dziczyzna po katowsku.
- Aż tyle?! - zdumiał się Dydyński. - Przynieś nam tego królika po katowsku...
Karczmarz wyszedł wolno do kuchni. Młody szlachcic spojrzał na kozackiego sługę.
- Trzeba uważać, Szawiłła. Coś dziwne rzeczy się w tej karczmie dzieją.
- Krew jest na podłodze, panie. Patrz! - szepnął tamten w odpowiedzi.
Dydyński przyjrzał się uważniej zakurzonym, popękanym deskom. W rzeczy samej, od stołu, przy którym siedzieli, ciągnął się ku drzwiom rządek ledwie widocznych brązowych plamek. Zupełnie jak gdyby niesiono tam kogoś krwawiącego. Pan Jacek przypomniał sobie po raz wtóry kości, które znaleźli w dole na polanie. Ta karczma naprawdę przestała mu się podobać.
- Aaaa... Aaaa...
Wszedł Jasiek, niosąc półmisek z pieczystym. Królik po katowsku wyglądał normalnie - zwykły, upieczony na rożnie. Jednakże głowę odrąbano od tułowia i umieszczono nieco przed nim. Dydyński skosztował mięsa. Było wyborne, przyprawione obficie szafranem i korzeniami.
- Aaaa... Aaaa...
Szlachcic przyjrzał się uważniej niemowie. Gdy Jasiek otworzył usta, Dydyński zobaczył w nich tylko kilka poczerniałych zębów i czerwoną, pustą jamę. Służący nie miał języka. Najpewniej wyrwano mu go kleszczami za jakieś przewinienie.
- Co, nie smakuje wam, panie?!!!
Pytanie to zostało zadane takim głosem, że Dydyński omal nie wypuścił trzymanego w ręku udka. Karczmarz pojawił się cicho i niespodziewanie. Przyjrzał się jedzącym zmrużonymi dziwnie oczyma.
- Jaśnie pan miodu mało wypił! - zagrzmiał gospodarz. - A przecie u mnie najprzedniejszy w całym grójeckim powiecie! Jasiek, dolej panu!
- Aaaa... Aaaa...
Dydyński chcąc nie chcąc upił nieco trunku. Znów w jego umyśle zakiełkowało podejrzenie, że jest zatruty. Karczmarz szepnął Jaśkowi coś do ucha i sługa wyszedł, utykając.
- Czemu wasz pachołek nie mówi? - zapytał Jacek.
- Od urodzenia niemowa - mruknął karczmarz niechętnie.
Kozak wstał nagle.
- Gdzie tu wychodek?
- A w stanie. Przez karczmę przejść trzeba.
- Napijcie się z nami, gospodarzu! - rzekł Dydyński, pragnąc odwrócić uwagę karczmarza. Kozak wolno ruszył do drzwi. Jego ruchy nie zdradzały zdenerwowania, ale tak naprawdę wpatrywał się w widniejące na podłodze ślady rozpryskanej krwi. Trop był aż zanadto wyraźny, aby móc go zgubić. Po wyjściu ze świetlicy Kozak znalazł się w przebiegającym przez całą karczmę korytarzu, prowadzącym od głównych wrót do wozowni zwanej stanem. Na wprost drzwi od gościnnej izby miał odrzwia wiodące do kuchni, a kiedy zwrócił się ku stajni, po prawej minął jeszcze jedne drzwi - otwarte na izdebkę, w której dostrzegł zasłane skórami ławy. Na wprost nich, po lewej stronie, widniało wejście do jakiegoś innego pomieszczenia. Tam właśnie wiódł tajemniczy ślad złożony z kropelek krwi. Tam zapewne zawleczono ciało...
Szawiłłą ostrożnie dotknął klamki. Nacisnął, a wówczas coś wyszarpnęło mu ją z ręki. Drzwi otwarły się nagle. Za nimi była chyba spiżarnia - nieduże, ciemne pomieszczenie zastawione beczkami, workami, zapchane wiszącymi u powały szynkami i płatami wędzonki. Lecz za progiem stał przygłupi Jasiek z zakrwawionym tasakiem w ręku. Kozak zamarł.
- Aaaa... Aaaa...
Szybko jak błyskawica Kozak dobył szabli. Cofnął się, lecz sługa stał nieporuszony. Za to Szawiłłą poczuł nagle, że jego plecy dotknęły czegoś miękkiego i przejmującego chłodem, czegoś, co bynajmniej nie zamierzało poddać się i stawiło opór...
To był brzuch karczmarza. Oberżysta stał tuż za Kozakiem, a w ręku dzierżył okutą pałkę.
- To ty, panie, do wychodka tędy chciałeś iść?
- Drogę zmyliłem... Wszak miał być koło stajni.
- Hej, karczmarzu! Nie odpowiedziałeś na moje pytanie! - rozległ się głos Dydyńskiego. Młody szlachcic stał w drzwiach do świetlicy. Jego prawa ręka niedbale opierała się na rękojeści czarnej husarskiej szabli.
- Rzeknij mi zaraz, mój poczciwy człowieku, dlaczego u ciebie są takie katowskie potrawy? Wszystko z szubienicy albo spod topora, jak ten królik...
- Jam jest, panie, Tomasz Wola i uprawiam katowskie rzemiosło - odparł szynkarz z godnością. - Jestem najstarszym subtortorem z Rawy. I w samej Warszawie łby ścinałem... Jam Kozaka Nalewajkę na pal nadziewał, od czego się potem przedmieście Nalewki wzięło...