Выбрать главу

Młody szlachcic podszedł powoli do ściany. Krwawy trop kończył się u niewielkiej klapy w podłodze. Gdy Dydyński pochylił się nad nią, usłyszał znowu przejmujące, ale ciche zawodzenie - jęk, jaki mógł wydobyć się tylko z ust człowieka poddanego największej, najsroższej męczarni. Jacek nie wiedział, co znajdzie na dole. Ciała zabitych? Poćwiartowane ludzkie zwłoki? Jednego był pewien - któraś z ofiar straszliwego karczmarza żyła jeszcze. Musiał jej pomóc. Dydyński nie sądził, rzecz jasna, że za tajemniczą klapą znajdzie uwięzioną pannę, a zwłaszcza dziewicę, bowiem tych ostatnich nie bywało już wiele w Rzeczypospolitej, czuł jednak, że musi tam wejść. Gdy ostrożnie dźwignął ciężkie wieko, dostrzegł schody prowadzące w dół. Ostrożnie począł po nich zstępować. Dotarł tak do niewielkich, zaryglowanych drzwiczek...

- Auuuu... Dauuuu... - ozwało się spod nóg. Serce Dydyńskiego zabiło głośno. Ostrożnie odsunął rygiel, a potem pchnął drzwi...

Pomieszczenie, do którego wszedł, przypominało izbę tortur. Na ścianach wisiały pęki biczów, batów i nahajów. Na środku komnaty znajdowało się duże drewniane łoże, przy nim zaś śruby, dyby, pasy i prasy katowskie. Na honorowym miejscu spoczywały hiszpańskie buciki, które na pewno nie służyły do zdobienia pięknych damskich nóżek. W kącie pomieszczenia spostrzegł klatkę ze szkieletem. Gdy wchodził, znienacka jęk się urwał. W szczelinę otwartych drzwi jednym krótkim susem buchnęła kocica... Dydyński rozejrzał się zaskoczony. Nie spodziewał się nawet, że źródłem tajemniczych dźwięków może być zwierzę... Dostrzegł na podłodze ślady krwi wiodące w kąt. Poszedł tam... Wór oparty o ścianę, wypchany czymś miękkim, był zakrwawiony. Dydyńskiemu przemknęło przez myśl, że są tam głowy ludzkie, ale gdy rozwiązał sznurek, spostrzegł leżącego na samym wierzchu martwego królika po katowsku, czyli bez głowy. Złapał się za swoją. Już wiedział, że doszło do wielkiego nieporozumienia...

- Co ty tu robisz, panie?! - zabrzmiał głos przypominający daleki grzmot. Dydyński się odwrócił. W drzwiach do izby tortur stał kat, trzymając w ręku tasak. Pan Jacek nie wątpił już, że w gorszych tarapatach nie był od dawien dawna.

- Jam myślał, że to złodziej! - warknął oberżysta. - A nigdym nie sądził, że szlachcic do cudzej komory może wejść i w cudzych rzeczach grzebać! I dlaczegoś mi, panie, moją kotkę Krócicę wypuścił?! Teraz z małymi mi wróci!

Dydyński milczał. Cofnął się, oparł o łoże tortur, a potem szybkim, stanowczym ruchem dobył szabli.

- Dawnom nie ścinał szlacheckiej głowy! - mruknął mistrz małodobry.

- Panie, panie, gdzie jesteś! - rozbrzmiało na górze wołanie Szawiłły. Dydyński odetchnął z ulgą. Na schodach zadudniły ciężkie kroki, a potem za plecami kata ukazał się Kozak trzymający w dłoniach pistolety.

- No cóż, gospodarzu - mruknął Dydyński. - Chybaśmy się pomylili. Wybacz. Wypada nam teraz podziękować za gościnę.

7. Dydyński skonfundowany

Długo stali nad odkrytym w lesie dołem. Deszcz już nie padał. Wyszło słońce, poranek jednak był mglisty i pełen wilgoci. Dydyński chmurnie spojrzał pod nogi. Zatrzymał dłużej wzrok na walających się w błocie kościach królików, zajęcy i bydła. Żadna z nich nie była kością człowieka.

- Do diabła, Szawiłła. Jak mogliśmy się tak pomylić?

Kozak nic nie odpowiedział. Dydyński zawrócił konia i ruszył dalej drogą. Miał nadzieję, że cała ta sprawa nie rozniesie się po okolicy i nie dotrze w Sanockie. W końcu mogło to wielce zaszkodzić jego reputacji. Jechał wolno, ale nawet nie zauważył, jak wyminął zarośnięty trawą nagrobek ukryty między gęstymi krzakami. Tylko Szawiłła dostrzegł małą kamienną tablicę na mogile. Ledwie udało mu się odczytać na wpół zatarty napis. Tomasz Wola... Tak, Kozakowi wydało się, że gdzieś już słyszał to imię i nazwisko. Jednak nie mógł przypomnieć sobie gdzie...

8. Tajemnica karczmarza

Wczesnym popołudniem kat zszedł znowu do swej ukochanej piwnicy. Miał nadzieję, że teraz nie będzie przeszkadzał mu żaden nieproszony gość. Rozsiadł się wygodnie przy katowskiej ławie, a potem z zakrwawionego wora, spod martwych królików, wydobył to, co pozostało jeszcze z Chwościka. Nieszczęsny kupiec urodził się chyba pod złą gwiazdą, skoro ledwie dwa dni temu zawitał do jego karczmy. Oberżysta obejrzał dokładnie kości i wątrobę, a potem sięgnął po kindżał, dłuto i młotek. W środku kości było coś, co od ponad stu lat okazywało się najcenniejsze dla niego: szpik. Wrzucony do alchemicznego odwaru czerwonej tynktury nadawał jej niebywałej mocy. A dla kata oznaczało to po prostu jeszcze więcej życia. Tak, oberżysta miał teraz naprawdę dużo pracy...

Nobile Verbum

1. Castrum doloris

To był pogrzeb wielkiego pana. Setki migocących świec rozświetlały wnętrze kościoła. Cienie przemykały wzdłuż kolumn, kryły się za pilastrami. Żółte światła płomieni wydobywały z mroków zarysy kamiennych epitafiów, nagrobków i posągów. Przydawały blasku portretom i rzeźbom - obrazom ukazującym dumnych mężczyzn i piękne, wyniosłe kobiety; aniołom wspartym na alabastrowych zdobieniach, i kamiennym czaszkom. Oświetlały płaskorzeźbę przedstawiająca szlachcica w żupanie z pętlicami, wspierającego się pod bok prawą ręką. Lewą podawał śmierci, która właśnie zapraszała go w tany.

Kościół pełen był szlachty, mieszczan i czeladzi. Ściany obite czarnym suknem tłumiły echa. Ośmiu hajduków w czarnych żupanach, przepasanym litymi pasami ze złotogłowiu, niosło do ołtarza prostą, drewnianą trumnę okrytą czerwona materią. Z boków szli członkowie bractwa ze świecami w dłoniach. Głowy ukryli w kapturach. Zawodzili cicho pogrzebową pieśń. Z tyłu podążali słudzy w deliach i kaftanach, niosący złotą buławę, rząd koński, szablę, kałkan i kamienną tarczę herbową...

To był prosty herb. Podkowa i dwa krzyże. Lubicz.

Za sługami postępował tłum szlachty. Jaśniały podgolone łby panów braci, mieszały się sumiaste wąsy, delie i ferezje, wilcze i niedźwiedzie kołnierze, żółte i karmazynowe barwy żupanów.

Dwaj starzy słudzy podtrzymywali młodą kobietę w czerni. Mimo żałoby postępowała ku ołtarzowi wyprostowana. Potknęła się, gdy trafiła nogą na szczelinę w kamiennej posadzce. Jeden z towarzyszących szlachciców wyciągnął dłoń, by jej pomóc, ale odepchnęła ją gwałtownym gestem.

Trumna spoczęła w strzelistym castrum doloris - na katafalku ozdobionym rzeźbionymi łbami orłów i wilków. Wysokie antyczne kolumny wznosiły się nad postumentem, wspierając łuk okryty czarnym kirem. Dwie rzeźby aniołów stykały się skrzydłami, a światło świec migotało na ich twarzach.

Gdy powiał wiatr, zamigotały płomyki świec. Wystrzeliły w górę i na białej ścianie cienie ułożyły się na chwilę w zarys sylwetki stającego dęba konia dosiadanego przez jeźdźca w rozwianym płaszczu...

Hajducy odstąpili, odsłaniając przybity do wieka portret trumienny.

Kasztelan Ligęza.

To był wyniosły szlachcic z długą siwą brodą i błyszczącymi gniewem oczyma. Jego oblicze zdobiło kilka blizn wyniesionych z bitwy. Nawet po śmierci spoglądał na świat ognistym wzrokiem. Nikt i nic nie mogło ujść jego uwadze.

Członkowie bractwa śpiewali dalej. Ich głosy brzmiały smutno i żałobnie pod wysokim sklepieniem. Ściszali głosy powoli, delikatnie, aż wreszcie zapadła cisza przerywana dalekim zawodzeniem wiatru.

Chrapanie konia, łoskot kopyt!

Jeden z ministrantów rozejrzał się trwożliwie. Nie, zdawało mu się. W kościele panowała cisza.

Przed castrum doloris wystąpił siwy ksiądz.

- Panie kasztelanie Ligęzo!