Выбрать главу

Dydyński patrzył na portret. W migotliwym świetle świecy trzymanej przez Nietyksę oblicza młodych Ligęzów wyglądały blado. Obraz zdawał się być nierówno przycięty - nie wiedzieć czemu postaci obu młodzieńców znajdowały się przy prawej krawędzi malowidła.

- Prowadź do komnaty - mruknął Dydyński.

4. Jasiek

Przed drzwiami komnaty czekał na Dydyńskiego młody sługa kasztelana. Czapką ozdobioną trzęsieniem i pękiem sokolich piór skłonił się aż do samej ziemi.

- Oto Jasiek - rzekł Nietyksa. - Pan kasztelan oddaje ci go do posług. Widział jeźdźca w chwilę po tym, gdy zabił świętej pamięci kasztelanka Aleksandra.

Jasiek wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać pachołek. Był szczupły, rumiany na gębie, odziany w krótki zielony żupan zapinany na guzy.

- Blisko byłeś zabójcy, gdy usiekł imć pana Aleksandra?

Pachołek skłonił się jeszcze niżej.

- Pan Aleksander z dragonką do lasu poszedł. Mnie czekać między ulicznicami kazał. Czekam ja i czekam, aż tu słyszę - łomot kopyt. Pomyślałem ja sobie zaraz, że - gwałtu - coś z moim panem nie tak. Skoczyłem konno we mgłę, aż tu nagle coś wielkiego jak nie hycnie na mnie! Tuż obok czarny jeździec przemknął. Bies prawdziwy! Myślałem za czartem gonić, ale jakże to tak?

Jeszcze się odwróci i człeka zadusi. - Jasiek przeżegnał się nabożnie.

- Jak wyglądał?

- Jechał na wielkim koniu. Miał czarną zbroję jak rajtarzy jego królewskiej mości, com ich w Krakowie widział... A na zbroi miał lilie srebrne wyrysowane, w ręku pałasz. Oblicza nie pokazał, czart jeden, bo miał na twarzy hełm z przyłbicą, wielki jak dzwon w kościele Bernardynów we Lwowie. Albo kopuły na zamku w Wiśniczu...

- Zaraz, zaraz, widziałeś go tylko przez chwilę i pamiętasz tyle rzeczy? A mówiłeś jeszcze, że mgła była!

- Nie wiem, panie. Jakoś tak pamiętam.

- Ludzie różne rzeczy gadają - mruknął Nietyksa. - Powtarza, co na targu słyszał.

- Jak ty myślisz, Jasiek? Ten czarny jeździec to człowiek czy upiór?

- Upiór, panie, jako żywo. Ja słyszałem, jak baby w Podhajcach mówiły, że to kara za grzechy nasze. Za to, że nasz kasztelan jegomość często innym panom szlacheckie słowo dawał i nie dotrzymywał.

- Idź do czeladnej. - Dydyński klepnął pachołka w ramię. Jasiek skulił się i jęknął.

- Co ci jest?

- Trzydzieści rózeg wziął u kuny, z pana kasztelana łaski - wtrącił Nietyksa.

- Za co?

- Bóg raczy wiedzieć. - Jasiek spuścił wzrok. - Za hardość, pan kasztelan powiedzieli. Za to, że głowę za wysoko noszę.

- A nosisz?

- Nie wiem.

- Tyś szlachcic czy chłop? Jasiek milczał. Skłonił się nisko.

- Chłop, panie - wyszeptał i dwie łzy stoczyły mu się po policzkach.

- Idź do czeladnej - mruknął pan Jacek. - A jutro skoro świt do posługi przychodź... I nie bój się - dodał cicho. - Nie będę cię bił.

5. Amor i demon

Różne są odmiany jesieni. Jest jesień włoska, ciepła i słoneczna. Jesień francuska, pełna dojrzewających winogron, jesień obfitości i zbiorów. Jesień inflancka - szara, ponura i smutna. Jesień multańska, gorąca, pełna zaduchu i pyłu.

Jednak najpiękniejsza jest złota polska jesień.

Tak przynajmniej myślał pan Dydyński, ruszając na kasztelańskie polowanie w Beskidzie.

Był początek października. Lasy i pola pokryły się złotem, a drzewa gubiły żółte liście, które padały na dywan utkany z traw, kwiatów i ziół. Niebo nad górami było błękitne i spokojne. Potoki szumiały cicho wśród kamieni, a pod wieczór z wykrotów i leśnych ostępów podnosiły się pierwsze jesienne mgły. W taki czas zwierz wychodził z pól i lasów, dziki ryły pod dębami, gęsi ciągnęły w kluczach na południe. Na stokach Beskidu pasły się stada saren, zające kryły się po krzakach, wilki podchodziły pod ludzkie siedziby. Więc kto tylko czuł się szlachcicem, ten wyruszał wraz z gośćmi i służbą w knieje, spuszczał ze smyczy charty i sfory ogarów lub chwytał się cieszynki czy guldynki. Zapuszczał się w ostępy z łukiem i oszczepem, szczwał zające, tropił wilki, łosie i jelenie. Polował z sokołem na podniebne ptactwo, chadzał z siecią na niedźwiedzia lub zastawiał sidła na lisa.

Jednakże tego wieczoru Dydyńskiemu nie było w głowie polowanie.

Kasztelanka...

Gdy zajął wskazane przez borowego stanowisko za kępą pożółkłych zarośli, wyciągnął broń i przyczaił się, usłyszał za sobą stukot końskich kopyt. Odwrócił się i zobaczył młodą pannę na białym dzianecie. Ubrana była po męsku - w żupanik, delię i kołpak, spod którego wymykały się pasma ciemnych włosów. Podjechała bliżej, patrząc Dydyńskiemu prosto w oczy, a potem zeskoczyła na ziemię. Poprawiła bandolet na ramieniu. Przez ten czas pan Jacek zdołał dostrzec jej piękne szare oczy, małe, ale pełne wargi, wąskie brwi i drobne nozdrza ściągające się jak u rasowej klaczy.

- Witam, panie Jacku.

- Waćpanna - Dydyński skłonił się i zdjął kołpak - jesteś zapewne Ewą Ligęzianką, córką imć pana kasztelana halickiego, dobrodzieja mojego, o której urodzie i wielkiej mądrości nieraz słyszałem?

- Widzę, że waszmość władasz równie dobrze szablą co dowcipem. Czy i kobiety zdobywasz tak łatwo jak trofea na polowaniu?

- Niewiasty podbijam dwoma sposobami - odparł Dydyński - szablą i poezją. Poezją zdobywam serce, a szablą przepędzam trubadurów, którzy są lepsi ode mnie w rymowankach niż w szermierce. Cóż waćpannę do mnie sprowadza?

- Byłam ciekawa, czy tak znamienity myśliwy upolował już wilka, a może niedźwiedzia?

- Ja poluję na jeszcze grubszego zwierza, mościa kasztelanko.

Ewa uśmiechnęła się lekko. Obeszła dokoła gruby pień drzewa, dotykając go lekko palcami.

- Wiem, panie Jacku, na kogo polujesz. Galopuje na karym koniu, a za każdym razem, gdy się pojawi, spada czyjaś głowa.

- Głupio robi. Gdybym był jeźdźcem, nie polowałbym na mężczyzn.

- A na co?

- Na... łanie. Roześmiała się cicho.

- Czy jeździec nie jest kimś, komu pan kasztelan odmówił ręki waćpanny?

- Gdyby któryś z nich był tak odważny, dałabym mu się porwać... Pan ojciec chce wydać mnie za magnackiego syna. Dla takich za ciężka jest rajtarska zbroja i pałasz. Nie wiesz, panie Jacku, jak nudne jest życie na dworskich salonach. Ty, mości Dydyński, robisz, co lubisz: chcesz - żyjesz, chcesz - umierasz! A ja ciągle widzę uniżone uśmiechy gładkich panów i tęsknię do wolnego życia. Takiego, jakie ty wiedziesz...

- Takie życie szybko się kończy. W bójce, w karczmie, na gościńcu, pod kopytami koni. Od tatarskiej strzały. Albo na pohańskich galerach. Albo pod toporem kata...

- A wiesz, panie Jacku, dlaczego tu przyszłam? Chciałam odnowić znajomość. Ciągle wspominam, jak przed laty przyjeżdżałeś do mego ojca, do zamku w Podhajcach.

- Nie pamiętam.

- Nie zwracałeś na mnie uwagi... A tak naprawdę, panie Jacku - oparła się policzkiem o jego ramie, tak że szlachcica przeszył dreszcz - przyszłam do ciebie, bo wiem, że on uderzy znowu. Przyjdzie po moją duszę.

- Po ciebie? Dlaczego?

- Jestem ostatnia z rodu. Ratuj mnie, panie Jacku... Ocal przed nim. Mój ojciec kiedyś umrze. A wtedy potrzeba mi będzie kogoś silnego. Kogoś jak ty...

- A Zaklika?

- To zwykły infamis i banita. Zaklika? Któż to jest Zaklika?

- To mój wróg. Pociąłem go w pojedynku.

- Ale to nie Dydyński. Nie ty...

Z dala rozległo się granie rogów. Zaraz potem zachrzęściły gałęzie i krzaki za Dydyńskim i Ligęzianką. Nadciągał kasztelan, a z nim Nietyksa, Zaklika i kilku pachołków. Ligęza trzymał w ręku rusznicę. Zaklika wyciągnął bandolet, spojrzał niechętnie na Dydyńskiego i kasztelankę.

- Obława ruszyła! - zakrzyknął kasztelan. - Niedźwiedź jest w ostępie przed nami. Na konie siadajcie, bo jak w szał wpadnie, odbiec nie zdążycie!

Dydyński pomógł wsiąść Ewie, a potem wskoczył na kulbakę, przygotował półhak, nakręcił zamek. Z daleka przez puszczę niosło się granie rogów, łoskot kijów i nawoływanie osaczników.