- Myślałem, że czarny diabeł nigdy nie wstanie z grobu. Ale on ożył, powstał z martwych, choć sam widziałem obcięte głowy jego towarzyszy.
Dydyński spojrzał Nietyksie prosto w oczy.
- A więc? Mów, mów, panie bracie!
- Kiedyś kasztelan przyjął na służbę pewnego człeka, który zwał się Chrystian von Thurn. Powiadał, że był szlachcicem z Wirtembergii, ale ja myślę, że tak naprawdę był to bękart ze Śląska, który przyssał się do cudzego klejnotu. Pan Ligęza uczynił go dowódcą straży i zaufanym sługą. Gdy obaj panicze dorośli, wysłał go z nimi za granicę. Kasztelan hołubił go na dworze, żywił i otaczał łaskami. A źle robił, bardzo źle. Bo od pańskich faworów czarciemu bękartowi pomieszało się we łbie. Coraz śmielej sobie poczynał, coraz pewniej. Pewnego razu kasztelan pojechał do Krakowa. W drodze spotkał jednak swawolną kupę. Wybili jego czeladź i hajduków. Byłby zginął, ale uratował go Chrystian. Nadciągnął na czas ze swoimi ludźmi i uchronił gardło pana Ligęzy od miecza.
- I co na to kasztelan?
- Dał nobile verbum, że odda mu, co tylko tamten będzie chciał, choćby i nawet zamki i starostwa. Ale bękart... Bękart zażądał czegoś, co przyprawiło jaśnie oświeconego o wściekłość.
- Pieniędzy?
- Gdzież tam! Chciał ręki panny Ewy.
- I kasztelan dał mu?
- Dał nobile verbum, że odda mu córkę. Ale dopiero wtedy, gdy panna ukończy dwudziesty pierwszy rok życia. Chytry był pan Ligęza, ale przechytrzył. To było tuż przed pogromem pod Cecora. Chrystian wybierał się na wojnę, został nawet kapitanem kompanii rajtarów w regimencie imć pana Kazanowskiego, a panna była młoda. Kasztelan myślał, że bękart zginie albo zapomni. Ale on przeżył. Po bitwie chocimskiej wrócił tutaj, i to nie sam!
- Jak to nie sam?
- Była z nim kupa hultajstwa. Chrystian dobrał sobie towarzyszy z wolnych rajtarów, którzy nie dostali zasług, i wraz z nimi łupił wsie i miasta. Kasztelan bał się, że upomni się o pannę, ale miał szczęście. Chrystian szalał i zabijał, okrutnie był zawzięty na chłopów. I wtedy poczęto mówić o nim - czarny jeździec albo czarny upiór, bo jeździł w czarnej zbroi rajtarskiej i nigdy nie pokazywał twarzy. Ale zginął z rąk chamów. Najpierw starosta Krasicki pogromił ze swoimi ludźmi jego kompanię, a potem w jednej wiosce dopadli go rozwścieczeni chłopi i zarąbali kosami. Jego i dwunastu rajtarów. Chrystian zginął w walce, ale rajtarów kmiecie wzięli żywcem i wszystkim pościnali kosami głowy. Wszyscy myśleli, że czarny jeździec zginął. Aż tu nagle... W maju tego roku panna skończyła dwadzieścia jeden wiosen... I wtedy padł pierwszy trup.
Nietyksa rozkaszlał się.
- Czarny jeździec wraca. Kryje się we mgle i uderza. Chce uwieźć do piekła to, co mu się słusznie należy... Zabrać do piekła pannę Ligęziankę...
- Ewę?!
- Pannę kasztelankę. Tak jest. Pan Ligęza dał mu słowo szlacheckie. A pan Ligęza nigdy słowa nie łamie.
- Jakim herbem pieczętował się Chrystian?
- Cztery lilie na tarczy dzielonej w słup...
Jacek zamarł. Wszystko zawirowało mu przed oczyma. Ten sam herb był na portrecie. Wszystko powoli stawało się jasne...
- Albo Chrystian nie zginął wtedy - mruknął Dydyński - albo ktoś wie o tej historii i podszywa się pod jeźdźca. Walczyłem z nim... To nie upiór... Wstawaj, waszmość! - zakrzyknął. - Czas nam ruszać!
- Dokąd?
- Prowadź mnie tam, gdzie jest grób tego Chrystiana. Jeśli naprawdę zginął, będą tam leżeć jego kości. A jeśli nie, to znaczy, że żyje.
- Teraz? W nocy?!
- Nie ma chwili do stracenia!
Nietyksa poderwał się na nogi. Pokuśtykał do wyjścia. Dydyński niemal następował mu na piętę.
Wyszli do sieni, a z niej ruszyli do stanu z tyłu karczmy. Dydyński uchylił drzwi. Weszli do ogromnej izby pachnącej końmi, sianem i końskim nawozem. W czasie gdy rozmawiali, zapadła ciemna noc. Księżyc zaglądał do okien.
Nietyksa krzyknął na pachołka, ale odpowiedziała mu cisza, ruszył do ogromnych drzwi prowadzących na zewnątrz, łomocząc drewnianą nogą o deski podłogi. Dydyński sam znalazł swego konia, narzucił nań kulbakę, przeciągnął pod brzuchem popręgi, założył munsztuk i tręzle... Potem spojrzał na drzwi i zamarł... Coś było nie tak. Księżyc świecił mocno, jego blask wpadał do stanu przez szparę u dołu wrót, jednak na samym środku poblask był rozdzielony, przesłonięty przez coś, co stało na zewnątrz...
Usłyszał szelest i niemal poczuł, jak coś dużego i czarnego przesłania światło księżyca po drugiej stronie.
- Nie rusz, waćpan, drzwi! - zakrzyknął. Za późno!
Nietyksa szarpnął oba skrzydła. Wrota rozwarły się ze skrzypieniem.
Jezu Chryste... Jeździec...
Dydyński dostrzegł tylko czerwone oczy konia i błysk światła na obnażonym pałaszu. Nietyksa rzucił się do ucieczki, biegł, szlochając, prosto do drzwi.
Ogromny rumak rusza z miejsca...
Kuternoga pędzi z krzykiem do karczmy...
Rżenie konia, świst ostrza...
Nietyksa potknął się, zamarł przechylony, gdy drewniana noga uwięzła mu w szparze między deskami. Szarpnął drewnianym kulasem, ale nie zdołał wydostać się z pułapki. Z krzykiem ciął szablą w drewnianą żerdź, raz, drugi, trzeci.
Nie zdążył! Szybko jak cień jeździec przemknął obok niego. Ostrze pałasza opadło z ponurym świstem, a odrąbana głowa Nietyksy potoczyła się pod ścianę.
Jeździec wstrzymał konia, zawrócił i pomknął do drzwi, wypadł na zewnątrz.
Dydyński skoczył na wierzchowca, uderzył rumaka piętami i ruszył za jeźdźcem.
Wypadli w noc. Kary koń pędził jak wicher, nie znając zmęczenia. Jak burza galopował gościńcem, a potem runął na południe. Przemknął przez bród, nad którym unosiły się opary mgieł, i wpadł do starego lasu. Poskręcane konary drzew tylko migały Dydyńskiemu w oczach. Księżyc był w pełni, jego blask przeświecał przez gałęzie, kładł się jasnymi plamami na mchu i paprociach.
Jeździec wpadł na dużą polanę, zatrzymał się, zwolnił. Dydyński dobył szabli.
- Chrystianie! Zatrzymaj się!
Jeździec zamarł. Powoli odwrócił się w stronę Dydyńskiego, Jacek poczuł dreszcz, gdy dostrzegł ciemne szczeliny w przyłbicy przeciwnika. Nie widział w nich oczu, nie widział piekielnych płomieni... Zupełnie nic... Czerń.
Co było za tą przyłbicą... Oddałby konia z rzędem, aby zobaczyć twarz... Twarz jeźdźca.
- Panie von Thurn! - krzyknął. - Odsłoń oblicze.
Czarny jeździec zniżył pałasz do cięcia, a potem jak burza ruszył na Dydyńskiego.
Starli się na środku polany, oblani księżycowym światłem. Czarny diabeł rąbnął wręcz, potem wlew, na odlew i w kiść, Dydyński uchylił się, ciął, odparował podstępny sztych i odpowiedział krótkim cięciem na głowę. Walczyli w furii, zdyszani uderzali i przyjmowali uderzenia. Ich konie kwiczały, napierały na siebie, szczerzyły zęby.
Niespodziewanie Dydyński zbił w bok cięcie ciężkiego pałasza. Potem zanurkował pod ostrzem, chcąc wyprowadzić morderczy sztych. Jednak w ostatniej chwili zmienił zamiar. Szybko jak żmija wyskoczył z siodła i całym ciałem uderzył w opancerzoną pierś przeciwnika, objął go ramieniem.
Kary koń stanął dęba, czarny jeździec przechylił się w tył, wypadł z kulbaki. Upadli na kamienie, rozdzielili się, lecąc. Dydyński osłonił głowę, przeturlał się po ziemi, a jeździec opadł na plecy, uderzył o kamienie.
Pan Jacek poderwał się szybko, dopadł przeciwnika. Jego szabla świsnęła cienko, odrzuciła w bok ostrze ciężkiego pałasza. Szlachcic uderzył nogą z całej siły, kopniakiem ciężkiego, podkutego buta wytrącił broń z ręki przeciwnika.
Potem postawił lewą nogę na piersi jeźdźca, przycisnął szablę do szyi okrytej skórą.
- Kim jesteś?! - wydyszał. - Pokaż mi swoje oblicze.
Czarny jeździec milczał. Nie poruszał się. Dydyński przesunął sztych szabli wyżej, do hełmu. Ostrożnie podważył przyłbicę.
Twarz!
Zobaczy twarz jeźdźca!
Jednym szybkim ruchem podniósł przyłbicę.
Chrapanie konia, łoskot kopyt.
Dydyński rzucił się w bok, przetoczył po kamieniach.