Выбрать главу

Miał czternaście lat i spędzał wakacje w domu. Jego rodzice przebywali we Włoszech, a ojciec Baddeley odpowiadał za miejscową parafię. Syn tamtejszego rolnika – nieśmiały, delikatny, nad miarę sumienny osiemnastolatek – przyjechał do domu na pierwszy w tym semestrze weekend wolny od zajęć uniwersyteckich, wziął broń ojca, zastrzelił oboje rodziców, piętnastoletnią siostrę i wreszcie siebie. Byli religijną rodziną, a on kochającym synem. Dla młodego Dalgliesha, który był akurat w tym wieku, kiedy chłopcy przeżywają pierwsze miłości, wydarzenie to w swej okropności przyćmiło wszystkie inne. Zagadkowa i przerażająca tragedia początkowo oszołomiła całą wioskę. Lecz smutek szybko ustąpił miejsca fali gniewu, goryczy i obrzydzenia. Nikt nie chciał pozwolić na pochowanie chłopca w poświęconej ziemi, ale ojciec Baddeley uparcie utrzymywał, że cała rodzina powinna spocząć w jednym grobie. Ludziom się to nie spodobało. Pogrzeb, zbojkotowany przez całą wieś, odbył się właśnie w taki dzień. Rodzina nie miała bliskich krewnych. Obecni więc byli tylko ojciec Raddeley, kościelny oraz Adam Dalgliesh. Czternastolatek, zastygły w niezrozumiałym żalu, koncentrował się na modlitwach, usiłując wyrwać z kontekstu nieznośnie bolesne słowa, próbując widzieć w nich tylko czarne, nic nie znaczące symbole w modlitewniku, pragnąc wypowiadać je nad tym otwartym grobem z pewnością siebie czy niiwet nonszalancją. Teraz, kiedy nieznajomy ksiądz uniósł rękę, by wygłosić końcowe błogosławieństwo nad ciałem Grace Willison, Dulgliesh ujrzał zamiast niego wątłą wyprostowaną sylwetkę ojca Baddeleya z rozwichrzonymi włosami. Gdy na trumnę spadły pierwsze grudki ziemi, odwrócił głowę. Czuł się jak zdrajca. Wspomnienie tamtego wydarzenia, gdy ojciec Baddeley nie na próżno obdarzył go zaufaniem, wzmagało jedynie jego nieznośne poczucie porażki.

Prawdopodobnie dlatego zareagował opryskliwie, kiedy podszedł do niego Wilfred i oznajmił:

– Jedziemy na obiad. Zebranie rodzinne rozpocznie się o drugiej trzydzieści, a następne około czwartej. Czy na pewno nie może nam pan pomóc?

Dalgliesh otworzył drzwiczki samochodu.

– A niby z jakiej racji miałbym to robić? – Wilfred odwrócił się; chociaż raz wyglądał na zakłopotanego. Dalgliesh usłyszał niski śmiech Juliusa.

– Zabawny człowiek! I tak wszyscy wiemy, że nie organizowałby żadnego spotkania rodzinnego, gdyby nie był przekonany, iż domownicy zastosują się do jego decyzji. Jakie ma pan plany na resztę dnia?

Dalgliesh odparł, że jeszcze nie wie. W rzeczywistości postanowił wybrać się na spacer skalistą ścieżką do Weymouth i z powrotem. Chciał w ten sposób przemóc wstręt do samego siebie. Nie miał jednak ochoty na towarzystwo Juliusa.

Zatrzymał się w pobliskim pubie na obiedzie, potem szybko wrócił do Chaty Nadziei, przebrał się w luźne spodnie i włożył kurtkę przeciwdeszczową. Wyruszył skalną ścieżką na wschód. Tym razem czuł się inaczej niż wówczas, podczas pierwszego spaceru, wczesnym rankiem po przyjeździe, kiedy jego na nowo rozbudzone zmysły żywo reagowały na dźwięki, kolory i zapachy. Teraz szedł zdecydowanym krokiem, głęboko zamyślony, ze spuszczoną głową, prawie głuchy na monotonny, świszczący oddech morza. Wkrótce będzie musiał podjąć decyzje w sprawie pracy, ale z tym mógł jeszcze parę tygodni poczekać. W tej chwili czekały go bardziej palące, choć może nie tak trudne decyzje. Jak długo powinien jeszcze zostać w Folwarku Toynton? Właściwie nie miał żadnego powodu, by zwlekać z wyjazdem. Posortował książki, a pudła przygotował do wysłania. Poza tym nie poczynił żadnych postępów w sprawie, która trzymała go w Chacie Nadziei. Istniała niewielka szansa na rozwiązanie tajemnicy wezwania przez ojca Baddeleya. Miał wrażenie, że mieszkając w jego domku i śpiąc w jego łóżku, sam nabiera cech jego osobowości. Skłonny był nawet uwierzyć, że wyczuwa obecność zła. Nie aprobował tego uczucia i absolutnie mu nie ufał. Jednakże stawało się ono coraz silniejsze. Miał pewność, że ojca Baddeleya zamordowano. Lecz kiedy usiłował spojrzeć na dowody obiektywnym okiem policjanta, wszystko pryskało jak mydlana bańka. Mgła zaskoczyła go zapewne dlatego, iż zatopił się całkowicie w myślach. Przyszła od morza niczym nagła inwazja białej lepkiej mazi. Jeszcze przed chwilą kroczył w pełnym popołudniowym słońcu, a lekki wiatr dmuchał w jego włosy na karku i ramionach. Zaraz pniem zniknęło słońce, zapach oraz barwy, a Dalgliesh stał bez ruchu, starając się oprzeć mgle, jak gdyby stanowiła wrogą siłę. Czepiała się włosów, chwytała za gardło i wirowała nad cyplem, tworząc zupełnie groteskowe desenie. Detektyw obserwował ten przezroczysty welon, przenikający jeżyny i paprocie, który pęczniał i zmieniał wciąż kształt. Ścieżka powoli znikała we mgle i nastawała cisza. Zawodziły tylko ptaki mieszkające na cyplu, choć teraz ich głosy dziwnie zanikły. W tej nagłej ciszy było coś niesamowitego. Kontrastowała ona z narastającym odgłosem morza, coraz groźniejszym, bardziej przenikliwym i chaotycznym, szum nacierał ze wszystkich stron. Morze jęczało jak zwierzę na uwięzi – to lamentowało posępnie nad swą niewolą, to usiłowało odzyskać wolność i wyjąc w bezsilnej wściekłości, rzucało się na wysokie głazy.

Dalgliesh odwrócił się w kierunku Toynton; nie bardzo wiedział, jak daleko zaszedł. Droga powrotna nie będzie łatwa. Zupełnie zatracił orientację, zostały mu jedynie własne ślady w mokrej ziemi. Sądził jednak, że niebezpieczeństwo będzie niewielkie, jeśli pójdzie powoli. Wprawdzie ledwie widział ścieżkę, ale z obu stron rosły jeżyny, stanowiąc upragnioną, chociaż kolczastą barierę. W pewnej chwili, gdy mgła nieco się uniosła, ruszył naprzód trochę pewniej. Był to wszakże błąd. W ostatniej chwili zauważył, że stoi na krawędzi szerokiej szczeliny, dzielącej ścieżkę na pół, a to, co brał za zarys ruchomej mgły, było pianą, która rozbijała się o ścianę urwiska pięćdziesiąt stóp niżej.

Czarna sylwetka wieży wychynęła z mgły tak niespodziewanie, że jego pierwszą reakcją było nerwowe oparcie instynktownie wysuniętych dłoni o zimny niewzruszony mur. Wówczas, zupełnie nagle, mgła się podniosła i przerzedziła. Zobaczył szczyt wieży. Podstawę wciąż otaczała biała maź, lecz ośmiokątna kopuła ze swymi trzema okiennymi szparami wyrastała nad ostatnimi krętymi nitkami mgły i wisiała nieruchomo w przestrzeni, dramatyczna, groźna i masywna, a przecież nierealna jak sen. Drgała wraz z mgłą, tworząc ulotne wizje; to zniżała się tak, że była prawie w zasięgu ręki, to unosiła, znów nieosiągalna i nieprawdziwa, gdzieś wysoko ponad głuchym pomrukiem morza. Nie było żadnej łączności między wieżą a zimnymi kamieniami, o które opierał dłonie, czy też ubitą ziemią pod stopami. Aby nie stracić równowagi, oparł głowę o wieżę i poprzez czoło dotarła wreszcie doń twarda chłodna rzeczywistość. Teraz przynajmniej miał punkt odniesienia. Stąd już będzie mógł sobie przypomnieć główne zakręty i przebieg ścieżki.

Wtedy właśnie usłyszał odgłos, który przyprawił go o dreszcz grozy: chrobotanie kości o kamień. Dźwięk pochodził z wnętrza wieży. Rozsądek przemógł zabobon tak szybko, że Dalgliesh ledwie pojął w pełni swoje przerażenie. Tylko bolesne uderzenia serca o żebra i zmrożona krew w żyłach wskazywały na to, że na moment przekroczył granicę niepoznawalnego świata. Na sekundę, a może nawet krócej, dziecięce koszmary – tak długo tłumione – wyzwoliły się i stanęły z nim twarzą w twarz. Później uczucie trwogi minęło. Dalgliesh wsłuchał się uważniej i zaczął badać ów odgłos. Szybko go zidentyfikował. Od strony morza, ukryty w rogu między gankiem a zaokrągloną ścianą wieży, rósł twardy krzew jeżyn. Wiatr urwał jedną z gałęzi i sztywny koniec krzewu drapał ścianę. Za sprawą tajemnic akustyki miało się wrażenie, że dźwięk dochodzi z wnętrza wieży. Dalgliesh uśmiechnął się ponuro i pomyślał, że wskutek takich zbiegów okoliczności pojawiały się duchy i tworzyły legendy.