– Cisza! – szczeknął Hunt i Vassone zamilkła. – Ja nie o to pytałem. Pytałem, po cholerę my wysyłamy tam na orbitę telepatów, skoro mówi pani, że dla neuromonad są jak zimne hamburgery. No? Pani wprowadziła nas w błąd, pani doktor. Pani wprowadziła w błąd rząd i wyłudziła setki milionów! To jest kryminał.
– Och, bez przesady. Nic aż tak dramatycznego. Przecież sam pan wie, że porozumienie jest możliwe, no, może nie porozumienie – kontakt; a to na zasadzie wymuszanych, powtarzanych reakcji. Jeśli rzucać psu hamburgery, pójdzie za rzucającym. Myśli pan, że w jaki sposób czwarty wytrenował i nasłał na mnie animalną? Że skąd wzięły się Wojny Monadalne tego Schatzu?
– Pies. Animalną. Ale – neuromonady? Dopiero co dała pani do zrozumienia, że to my jesteśmy dla nich jak te psy.
Wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się, puściła oko.
– Tak. Ale mówimy tu o kontakcie. Czyż zresztą nie taka jest nazwa tego Programu? Kontakt. Co po nim – to już nie moja działka, nie jestem politykiem. A że do niego prędzej czy później dojdzie – gwarantuję. To już Pięciu. Każdy z nich czuje, widzi ich „ciało" i może na nie bezpośrednio wpływać. Regularność zwróci w końcu uwagę każdej inteligencji. To jest właściwie aż zaskakujące, iż my wiemy o nich, a one o nas – nie.
– A skąd właściwie ta pewność – skrzywił się szyderczo Nicholas – że neuromonady nie zdają sobie sprawy z naszego istnienia?
Trwoga. Trwoga aż oddech boli. Z jakiego powodu? Czy to jest strach przed czymś konkretnym? Przed czym?
Grał właśnie z komputerem w go, nie był nawet podpięty do czujników medmonitoringu. Co się dzieje? Tylko dlatego zadawał sobie te pytania, że był telepatą i potrafił rozpoznać, kiedy myśli przeskakują mu zupełnie bez powodu na inny tor. Natychmiast zaczął mantrować. Ale trwoga była już zbyt wielka, zdążyła go rozdygotać. To nie jestem ja! Nie moja pamięć! Nie moja wola! Nie mój lęk! – Tonę! – wrzasnął. Złapał za pasy sensoryczne, kaptur z elektrodami… nie poczuł ich, ręce zmysłem dotyku informowały go o czymś mokrym i gorącym, chropowatym, chociaż widział, że to nieprawda. – Tonę – powtórzył i poczuł, że przełyka jakiś twardy, kolczasty przedmiot, chociaż niczego takiego nie przełykał. Zakrztusił się. Pozbawiony punktów oparcia, zawirował w nieważkościowym piruecie. Otworzył się przed nim widok na łąki zielone, błękit przestrzeni ponad. Jasność letniego słońca na włosach i skórze nagich dziewcząt, które biegły ku niemu. – Nie moje niebo – rzekł padając na ziemię, znowu ciężki, tak bardzo ciężki. – Siódma brama, hurysy czarnookie, czy ja poległem w boju, ich Pan obwieści im radosną nowinę przez miłosierdzie od Niego i przez upodobanie i przez Ogrody, gdzie czeka ich nieustanna szczęśliwość. Będą w nich przebywać na wieki. O tak! – ustami pełnymi ciepłej gleby wołał w uniesieniu po arabsku, choć nie znał arabskiego. Te bitwy, gdy niewierni padali pod cięciami jego da-masceny, te wędrówki pod Księżycem pustym… Odsłonięte zostało przede mną algajb. Dostąpiłem… W otchłani! W otchłani. Pod pokrywą mroku. Jestem wężem, który pełznie prosto w otwartą paszczę jeszcze większego węża. Zapachy budują dookoła kunsztowne barbakany obietnic spełnienia. Mmmmmm. Doświadczenia ciała. Aż – aż – aż dotknę ściany i habitat obróci się pod mymi stopami. Błędnik szaleje. Gdzie jestem? Kim jestem? Kosmos -stacja – kaptur z elektrodami – ja, ja, ja. – Rozpuszcza mnie! – krzyczę, próbując uskoczyć przed meduzą, która podpływa i parzy mnie w nagie płetwy. – Trawi mnieeeaaaa… – Co w głazie, co w bierwiu, co w inhinsztonie. Alnaburga fangaza i siedem pręźl. Zasiumguję strzerwę, ona na lepach, wszystko świndruje pągowo. A niechaj trunch kradnie. Alnaburga fangaza, alnaburga fangaza. Przechodzę przez zamknięte wrota, mój cień został w tyle. Otaczają mnie aniołowie, których obecności doświadczam dziewiątym i jedenastym zmysłem – dotyk oczny, dźwięk ciężaru; jak płoną, jak oni płoną! Bliżej i bliżej. Czy to jest czerń? Ja już chcę, już chcę, chcę tego wszystkiego, taka jest moja wola, pożądam jedności, pamiętam całe tysiącletnie życie w cieniu tego pożądania. Obejmijcie mnie! Połknijcie! Obejmuję i połykam – bo to już jestem ja, ja, ja, ja-ja-ja-jajajaja ja ja a jaa a j ajaaj a a ja aa a aa a
– Puść to jeszcze raz – polecił Hunt kompowi.
– Od kiedy? – spytał dialogant.
– Od pierwszego krzyku. Tłumaczenie w oknie.
Na wyciemnionych szybach gabinetu doktor Vassone, gdzie doszła ich wiadomość, pojawiło się wnętrze Labu 13, a w nim – Numer 5 na posłaniu, wpatrzony w tapetę ekranową u góry. Zatrzymał rękę w pół ruchu, wytrzeszczył oczy. Krzyknął. TONĘ, obwieścił komp po angielsku w dolnym oknie dialogowym. Numer 5 usiłował przypiąć się pasami, nałożyć czepek z elektrodami – nic z tego mu nie wyszło, przedmioty wysuwały mu się z trzęsących się dłoni. TONĘ, powtórzył. Zakręcił się, zaczęło nim obijać o ściany, wyglądało, że stracił przytomność, nie panował Już nad ruchami kończyn: szmaciana lalka. A jednak mamrotał: NIE MOJE NIEBO. SIÓDMA BRAMA, HURYSY CZARNOOKIE, CZY JA POLEGŁEM W BOJU, ICH PAN OBWIEŚCI IM RADOSNĄ NOWINĘ PRZEZ miłosierdzie od niego i przez upodobanie i PRZEZ OGRODY, GDZIE CZEKA ICH NIEUSTANNA szczęśliwość. będą w nich przebywać na WIEKI. O TAK! Komputer znaczył innym kolorem część wypowiedzianą w farsi. Od razu wstawił adnotację, iż jest to cytat z czwartej sury Koranu, „Skruchy", Attauba, werrsety 21-22.
– On znał farsi? – spytał Hunt Marinę.
– Nie, w każdym razie mało to prawdopodobne – odparła.
Numer 5 tymczasem jakby częściowo oprzytomniał: złapał odruchowo dryfujący ku niemu kaptur, przyjrzał się mu ze zdziwieniem, rozszerzyły mu się źrenice. Znowu wrzasnął. ROZPUSZCZA MNIE! TRAWI MNIE! Potem zaczął coś bełkotać. Komputer oznajmiał czerwonymi gwiazdkami swą całkowitą niemoc translacyjną. W ciągu dalszych kilkunastu sekund Numer 5 przestał się poruszać. Na podstawie rytmu uniesień jego klatki piersiowej i pomiaru stężenia dwutlenku węgla w atmosferze habitatu, medanalizer zdiagnozował z sześćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem komę analogiczną do czterech poprzednich przypadków.
– Kiedy możemy podnieść „JFK"? – spytał Hunt sygnet. – Okay, niech się szykują. Gdyby coś się tam zmieniło, daj znać.
Sięgnął ponad ramieniem Vassone i zgasił ekran, szyby wróciły do swej weneckiej przezroczystości.
– Albo mi się wydaje – rzekł – albo jest w tym jakaś prawidłowość: każdy kolejny telepata wytrzymuje krócej od poprzednika. Pytanie: dlaczego nie spotkało to nikogo innego spośród przebywających na orbicie?
– Wie pan, dlaczego. Umysły tych pięciu były bezbronne, otwarte, wystawione na przypływy i odpływy myślni: wszak na tym właśnie polega telepatia, po tośmy ich wyszukiwali i wysyłali.
– Tak – ale skoro na nich ma to tak głęboki wpływ, nietelepaci powinni przynajmniej coś odczuć.
– Panie Hunt, znowu pan popadł w mylące schematy. My ich przecież wywozimy na orbitę nie dlatego, że tam akurat „żyją" neuromonady – lecz dla usunięcia zakłóceń myślni „wywoływanych" przez biosferę Ziemi i dla „wystawienia ich umysłów na widok". – Każdy cudzysłów zaznaczała szybkim ruchem długich, wypielęgnowanych palców. – Żeby się neuromonady skusiły. I żebyśmy mogli odróżnić ich wpływ od wpływu otoczenia: ludzi, zwierząt. Na Ziemi coś takiego – wskazała na okna – również mogłoby ich, telepatów, spotkać. Lecz dotąd nie spotkało, ukryci byli w białym szumie, neuromonady ich omijały-Statystyka: miliardy, a ich kilkudziesięciu, przed Chaosem Genowym nawet mniej. Chociaż wie pan dobrze, że płytka psychomemiczna osmoza przydarza się aż nazbyt często. W codziennym życiu, ludziom nawet specjalnie nie upośledzonym. O tłumie nie raz wspominałam, w tłumie każdy odczuje. Ale także również na przykład podczas silnej stymulacji endorfinowej, także w momencie orgazmu, w chwili niedotlenienia mózgu… Są sposoby, mamy stosownych fachowców – braciszkowie z Tybetu od dawna praktykują systematyczne głodówki, umartwienia ciała, wycieńczenie organizmu osłabia immunologię umysłu. Niech pan sobie przeczyta ortodoksyjną definicję nirwany. Niech się pan zapozna z ideą molekuł karmicznych. Analogie są liczne i dobrze widoczne. Ale wszystko to właśnie nie jest nic ponad płytką psychomemiczna osmozę. Powtórzę: statystyka. Telepaci byli ukryci w tej gęstej magmie i doprawdy nikłe mieli szansę na jakiekolwiek spotkanie z monadami.
– Z tego wynika, że ktoś inny, nietelepaci, jednak się, mhm, spotykał.
– Tak, ale to właśnie byli nietelepaci, umysły mieli zamurowane.
– Doprawdy? Pamięta pani te opowieści kosmonautów o mistycznych doświadczeniach na orbicie? Może byli zamurowani – ale ich umysły tak samo płonęły tam w pustce, kusiły i przyciągały.
– Więc co to za wpływ? „Mistyczne doświadczenia"!
– Doprawdy? – powtórzył Hunt. Pochylił się nad biurkiem, spojrzał Vassone w oczy z odległości kilkunastu centymetrów – pod siecią takie zachowanie kosztowałoby go co najmniej roczną pensję. – A te miliardy na dole? Ci, których to – chociażby prawem statystyki, bo wciąż zakładam przypadkowość i brak świadomości czynów neuromonad – spotykało? Bo spotykało, wie pani, że tak.
– I cóż z tego? Sny niejasne, nagłe zmiany nastrojów, chwilowe napady.
– Dochodzę do wniosku, że ten Schatzu ma jednak rację. Wojny Monadalne, pani doktor. Niech się pani chwilę zastanowi. Nawiedzone domy, akumulatory psychomemów, te monady roślinne – potrafią opętać. I nawet animalne. Proszę przyjrzeć się sobie samej. Pani nie jest telepatką. Pani jest „zamurowana", prawda? I co? Wydrapałaby pani sobie oczy. Proszę się sobie przyjrzeć. Od kiedy to maluje pani usta? Od kiedy nosi sukienki? Od kiedy używa tych perfum?