– Od kiedy pozwalam sobie na flirty w pracy?
– No właśnie, od kiedy?
– Zechce pan przestać naruszać moją prywatność? Hunt bez słowa usiadł w fotelu. Zapalił papierosa. Ktoś mu zaszeptał pytająco w kolczyku, Nicholas odmruknął coś w sygnet.
Vasonne zaczęła się bawić rękawiczką 3D-move.
– Wyjaśnijmy sobie coś. Czwarty nasłał na mnie tę monadę z zemsty. To była akcja celowa. Jak spuszczenie ze smyczy wytresowanego do walki bulteriera. Neuromonady zaś nawet nas nie zauważają. Wszak od początku o nic innego nie chodzi, jak właśnie o sprawienie, by nas dostrzegły. Więc proszę tu nie porównywać siły świadomej inwazji monady na umysł, nawet umysł nietelepaty, do mimowolnego muśnięcia go przez psychomemiczne macki.
– Być może ma pani rację. Być może. Rzecz w tym, że specjalistyczny trening animalnej okazał się być w pełni możliwy, a do kontaktu z neuromonadami wciąż nie doszło. Muszę wreszcie pogadać z tym Schatzu.
– Zmiana faworyta? – uśmiechnęła się z zaciśniętymi wargami.
Huntowi ulżyło w duchu, bo to już była prawdziwa, dawna Vassone; i zaraz wściekł się na siebie za to uczucie.
– Zmiana taktyki – zaznaczył. – Zresztą jeszcze nie przesądzona.
– Rozumiem: rzuci mnie pan na pożarcie dla odwrócenia gniewu. To naturalne, znam reguły. – Vassone opuściła wzrok na rękawiczkę. – Ale przestrzegam pana przed stawianiem na monady niższe: roślinne i zwierzęce. Neuromonady możemy wykorzystać, bo one kierują się jakąś logiką, one myślą, planują… ale – monady nieświadome? Czymże one są? Mniej czy bardziej przypadkowymi skrzepami psychomemów. Co to znaczy? Pamięta pan cienie na ścianach jaskini Platona? Czyż nie o tym tu właśnie mówimy: zbiorowych wydzielinach umysłów? Milion ludzi wierzących mocno w istnienie diabła… Pojmuje pan?
– I w Boga, pani doktor, i w Boga. Czy my zresztą skądś już tego nie znamy? Znak firmowy na pięcie Pana Boga: madę by man.
– Proszę się nie śmiać. Ja to mówię serio. Jakie monady urosły na przykład na takim Oświęcimiu?
– Ale to są psychomemy: ciało monad. Nie ich myśl.
– Właśnie. Dlatego stawiam na neuromonady. Bo monady niższe, w swej masie, rozpatrywane statystycznie -czymże innym one są, jak nie esencjami mentalności ogółu, trwałymi reprezentacjami socjologicznych trendów? Nie ma u nich żadnych „wyższych czynności umysłowych", żadnej autorefleksji, jeno homeostatyczne instynkty i mięso naszych myśli.
– Być może faktycznie są to, jak tego pani chce, demony. Przynajmniej mamy pewność, że skuteczne. Lecz jeśli one są demonami – to jak pani nazwie neuromonady?
– Widzę, że pan już zadecydował.
– Nie – rzekł Hunt wstając. – Ale muszę to wkrótce uczynić. Program znajduje się w kryzysie. Muszę dokonać wyboru. Pani oglądała zbyt wiele horrorów, zbyt wiele Starego Testamentu się naczytała, proszę trzymać się nauki, to lepiej pani wychodzi.
– Ach, ale to nie ja, drogi panie, to ta młoda katoliczka w mojej głowie, z pamięcią swego grzechu, ta dzieciobójczyni z Nowej Szkocji o masochistycznych inklinacjach. – Pochyliła się do przodu, opierając łokciami o blat biurka. Uśmiechnęła się, przekrzywiając dziewczęco gło-wę. – Bo czyż ja nie jestem opętana? Strzeż się demonów, mój drogi.
A jednak Marina Vassone posiadała sumienie, w każdym razie jakiś jego analog – bo gryzło ją, że tak oszukała Hunta, że łgała mu w żywe oczy. Nie miała wielkiego wyboru – mimo to źle się czuła z tą pamięcią. Kto, kto – śmiała się w duchu -ja czy ona? Lecz nawet w tym śmiechu było coś, co ją niepokoiło.
Opuściła Centralę, zjechała na dwudziestą kondygnację i wyszła do parku. Wiatr kleił jej monosari do nóg, nawet tego nie czuła. Ciepły, chropowaty chodnik masował podeszwy jej stóp. Jakiś chłopak w koszulce z holo WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO PIEKŁA uśmiechnął się do niej i zasłonił otwartą dłonią swój klips ze znakiem jurydykatora. Był to gest zapraszający do chwilowego zrezygnowania z NEti. Ostatnio nocne wyprawy w miasto bez widocznego logo korporacji ubezpieczeniowej stały się popularne nawet wśród członków bardzo wysokich sfer. Niektóre ulice nie były wszak objęte siecią nadzoru audiowizualnego, podobnie wnętrza większości starych lokali w centrum, zwłaszcza na niskich kondygnacjach. Rozwijała się tu infrastruktura miejskiej rozrywki równoległa do „górnej", przykrytej siecią i podległej Nowej Etykiecie: kawiarnie, restauracje, kluby, kina, transhouse'y, deptaki i sale koncertowe – wszystko out of NEti.
Odpowiedziała chłopakowi uśmiechem. Usiadłszy potem na ławce, odpięła i schowała swój naszyjnik z logo jurydykatora. Dotąd nigdy tego nie robiła, takie wycieczki w strefy wysokiego zagrożenia nie leżały jakoś w jej naturze – ani to ją ciekawiło, ani podniecało, ani było potrzebne dla emocjonalnego rozładowania, czym psychologowie zwykli tłumaczyć ową modę. Teraz uległa impulsowi: ręka była szybsza od myśli.
Kłamstwa przypadkowe i premedytowane powracały do niej, najpierwsze te przeciwko Huntowi. Oni znajdą mi Boga, tak powiedziałam, a Nicholas tylko uniósł brwi. Oni znajdą mi Boga – bo to ładnie brzmiało, tak efekciarsko, pompatycznie, wyzwanie rzucone nauce, wyzwanie rzucone konwencji – właściwie nie mógł inaczej zareagować, nie łamiąc NEti. Ale przecież nie Boga miałam na myśli, to nigdy nie był Bóg, ikona historii, kamień religii nie dla mnie. Gdy zaczynali dygresje eschatologiczne, odchodziłam, znudzona: niefalsyfikowalne brednie, kwestia wyboru bajki dla dorosłych, psychiczny kaftan bezpieczeństwa. („A co z Bogiem? – Boga ubezwłasnowolniono za niepoczytalność". „Jakim sposobem istota wszechmocna może być zarazem dobra w rozumieniu którejkolwiek z moralności?"). I wszystkie te zastrzeżenia pozostają wciąż w mocy, nie obalę własnej logiki – lecz teraz znam również Boga milczenia, ten punkt odniesienia dla dziewczynki o rudych włosach, która obserwowała godzinami wieczorne morze, słuchała szumu fal, podczas gdy szalona babka wrzeszczała na ojca z okna na piętrze, a wujek Sean, pijany w trupa, zsuwał się i wczołgiwał z powrotem na zardzewiałą werandową huśtawkę, niezmordowanie, w tę i z powrotem, równie rytmicznie, co bijące o piasek morze; i ów Bóg oceanicznych fal, Bóg ciemnego nieba, chłodnego wiatru, samotności na białych wydmach – narzucał się jej, dziecku beznadziei, z tak przemożną siłą, że po prostu nie była w stanie weń nie wierzyć, choć próbowała, bez przerwy próbowała. Ale nie dawał się wyrugować. Wtedy i teraz – Annę Melton-Kinsler. Jestem wierzącą ateistką. Jako dzieciobójczyni mądrzejszam od pani doktor: nikt nigdy nie znajdzie mi Boga.
Opodal para holograficznych elfów zapraszała przechodniów do kina. Spojrzała na reklamę: „Zmierzch bogów" Tsien Su. Nie lubiła Tsiena, dzikość, ekspresyjność jego wizji – odstręczały ją. Tak w każdym razie dotąd się jej wydawało. Teraz poczuła chęć zanurzenia się w jego kreacji. Weszła, płacąc z osobistego cashchipa: mechaniczny bileter pocałował ją w wierzch dłoni, w ułamku sekundy porozumiał się z wszczepionym tam tuż pod skórę miniprocesorem, potwierdził tożsamość, dokonał przelewu i wysłał wiadomość do banku klienta. Weszła na ciemną salę. Sześć minut do początku seansu. Usiadła w połowie środkowego rzędu.
Tak naprawdę w ogóle nie lubiła chodzić do kina. Odkąd pamiętała, bez przerwy przepowiadano rychły upadek tej formy rozrywki. No, ale kino to już była sztuka, jak malarstwo czy poezja: koherentny przekaz odautorski. A dopiero tam, gdzie kończy się interaktywność, zaczyna się spójna wizja twórcy.
Kino rozeszło się zatem w dwie strony – w jedną poszła czysta rozrywka, w drugą sztuka. Gałąź rozrywkowa z kolei podzieliła się na coraz bardziej wirtualizujące się symulacje oraz na klasyczne filmy 2D i 3D, w których występowali żywi aktorzy. A raczej gwiazdy – ponieważ pełnili tu wyłącznie tę funkcję: skupiaczy społecznej uwagi. Żywa gwiazda może się rozwodzić i żenić po raz dwudziesty, zostać oskarżona o morderstwo, przyłapana z prostytutką, sfotografowana z szefem mafii – komputerowej symulacji ta droga do sławy jest zamknięta. Chyba że chodzi o nekrowizję, czyli podwieszanie się pod sławę gwiazd nieżyjących – lecz wówczas przychodzi płacić ciężkie pieniądze właścicielom praw do ich wizerunków.
Druga droga, którą poszło kino, droga czystej sztuki, prowadziła do utworów właśnie takich, jak ów „Zmierzch bogów" – tak zwanych „multimedialnych haiku". Rozwój komputerowej grafiki umożliwił usamodzielnienie kreacji. Ekstremum owego trendu to właśnie filmy autorskie w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo każdy piksel każdej klatki stanowił w nich efekt pracy jednego człowieka. Rzecz jasna, pracując „ręcznie" Tsien Su nie ukończyłby swego „Zmierzchu bogów" do końca życia: posługiwał się zaprojektowanymi specjalnie dla potrzeb filmu programami graficznymi.
Film się zaczął i po chwili Vassone z niejakim zdziwieniem skonstatowała, iż naprawdę jej się podoba. Nawet Wagner był jakoś do zniesienia. Sala – out of NEti – wypełniona była chyba w jednej dziesiątej. W objętych siecią nadzoru kinach lepszych dzielnic frekwencja bywała wyższa, tam wyjścia „na film" – na reżysera, na aktora -stanowiły element życia towarzyskiego, tu natomiast najwidoczniej zadowalały ludzi tapety ekranowe. Kino nigdy nie umrze, pomyślała Vassone. Z tego samego powodu nakładasz słuchawki, by przesłuchać ulubiony album, choć kwadrofoniczne nagłośnienie zapewnia ci wystarczający komfort. Tu trzeba pewnego oddania, pewnej wyłączności percepcji. I poczuła, że lubi kino, że lubi styl Tsien Su, przypomniały się jej te tysiące godzin seansów przesiedzianych w małych pozasieciowych salkach jej miasteczka, w samotności, z dala od Ralfa i wiecznie rozwrzesz-czanych bachorów.