- Tak, panie mój.
- Niepokoi mnie tylko jedno: otóż król Troi może zabrać się niezręcznie do dzieła lub też może przerazić go myśl o zabójstwie księcia kreteńskiego, a wówczas wszystko mogłoby potoczyć się nieco inaczej, niż tego pragnę. Muszę mieć całkowitą pewność, Skamoniosie.
- Tak, panie mój. Czy pragniesz, abym udał się tam?
- Rozważałem to. Lecz jesteś człowiekiem tak znacznym, że nieobecność twoja tu, a obecność tam będą świadectwem przeciwko mnie, jeśli powstaną domysły. Rzecz ta musi odbyć się w zupełnej tajemnicy.
- Wiem, panie mój. Odpłynę dziś jeszcze i z ukrycia będę kierował ręką i myślami owego barbarzyńskiego króla. Pragnę upewnić cię, że boski Widwojos, choćby udało mu się przedrzeć przez wszystkie zastawione w Troi pułapki, nigdy nie powróci do Knossos.
- Jakże możesz o tym wiedzieć?
- Gdyż mam wśród załogi Angelosa swego człowieka. I zgodnie z twą świętą wolą ma on nakazane, aby, jeśli wyprawa znajdzie się poza granicą poznanego świata, dokona dzieła i będzie sposobiła się do powrotu, zabił boskiego Widwojosa i jego syna, księcia Perilawosa. Użyje do tego bądź broni, bądź trucizny, w którą go zaopatrzyłem.
- Czemuż nie rzekłeś mi o tym słowa, gdy okręt odpływał stąd?
- Gdyż do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy uda mu się znaleźć na pokładzie. Wielu było chętnych i twój boski brat mógł go nie wybrać.
Minos skinął głową i przymknął oczy na chwilę. Później otworzył je i spojrzał zimnym obojętnym wzrokiem na stojącego przed nim dostojnika, który opuściwszy głowę wpatrywał się w czubki złotych sandałów.
- Dopilnuj, aby ów kapłan egipski otrzymał pismo z moją pieczęcią dla króla Aten i okręt, którym dziś jeszcze zapewne odpłynie. Czy to nie zdumiewające, że ów białowłosy chłopiec będzie jedynym człowiekiem, który ocaleje z całej załogi okrętu?
- Tak, panie mój. Lecz znając nieco Egipcjan sądzę, że będzie on tego żałował, gdyż czeka go zapewne los stokroć straszliwszy niż zwykła śmierć od strzały, fal morskich czy miecza.
- Masz słuszność... - Minos uśmiechnął się do niego uprzejmie i niemal serdecznie. - Odejdź już, mój wierny Skamoniosie, gdyż zbliża się lektyka. Wierzę, że i ty dziś jeszcze wyruszysz w podróż.
- Tak, panie mój. Lecz nocą i nie z Amnizos. Mam okręt, który zawsze czeka w jednej z małych przystani północnego wybrzeża.
- Czyń, jak zechcesz, lecz pamiętaj, że oczekuję cię po wykonaniu twej powinności.
- Panie mój, pragnę służyć ci i oddać życie za ciebie, jeśli zajdzie potrzeba!
Minos uniósł lekko rękę i pożegnał go bez słowa, Spoglądał długo za oddalającym się. Ów człowiek także musi zginąć, gdy los Widwojosa i jego syna rozstrzygnie się w dalekiej Troi.
Gdyż, choć Skamonios był głową jego szpiegów i człowiekiem gotowym wykonać każdą, najstraszliwszą zbrodnię na rozkaz władcy, Minos nienawidził go skrycie.
Lektyka zbliżyła się i stanęła przed nim. Król uśmiechnął się lekko i usiadł położywszy dłonie na poręczach krzesła, czterech rosłych czarnych niewolników ujęło je ostrożnie za nogi i przeniosło wprost na pomost otwartej lektyki. Dowódca otaczającego ją oddziału żołnierzy wyprostował się i ruszył wybijając miękko takt stopami. Lektyka drgnęła i uniosła się.
"Tak być musi - myślał król, - Winni zginąć w jak najkrótszym czasie wszyscy ci, którzy będą wiedzieli, jak do tego doszło."
A spośród nich Skamonios wiedział najwięcej.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Czy po mnie przychodzisz, zjawo?!
Sądzili, że spędzą noc w Atenach, lecz gdy późnym popołudniem wzgórza Attyki zarysowały się wyraźnie przed nimi, uderzył mocny wiatr przeciwny, więc za radą sternika cofnęli się ku Velve, gdzie na bezludnym wybrzeżu wyciągnęli okręt na brzeg w świetle dogasającego dnia.
Rozpalono ogień i załoga zabrała się do przygotowywania wieczerzy.
W mroku, siedząc na rzuconych na ziemię skórach, boski Widwojos rozmyślał, patrząc na poruszające się w blasku ognia postacie ludzkie. Dalej był opadający ku wodzie brzeg, szum fal i ostatnie przebłyski światła na ciemniejącym widnokręgu.
Z wolna książę odwrócił głowę i rozejrzał się. Usłyszał głośny śmiech i sam uśmiechnął się cicho. Wielka zmiana zaszła w jego synu. Stał-na skraju kręgu blasku rzucanego przez ognisko i rozmawiał o czymś z Białowłosym i trzecim młodzieńcem, starszym niż oni obaj, który był jednym z załogi.
Widząc, że ojciec spogląda ku nim, Perilawos zawołał:
- Orneus powiada, że skoro Białowłosy zabił w Egipcie tak straszliwą bestię zwykłym nożem, który ma na szyi, wyprawa nasza zaiste płynie pod szczęśliwą gwiazdą, gdyż mając miecz, łuk i włócznię zabije zapewne wszystkie potwory, jakie mamy napotkać, a my odrzuciwszy zbyteczny oręż będziemy mogli zająć się zbieraniem bursztynu!
Widwojos uśmiechnął się raz jeszcze, skinął głową i znów spojrzał na morze. Jakże piękna była młodość, dla której żadne niebezpieczeństwo nie było prawdziwe, póki nie zetknęła się z nim oko w oko.