Выбрать главу

    On sam lękał się. Nie swojej śmierci, a zguby, która czaiła się w mroku i godziła w jego syna. Gdyż wiedział, że brat jego jest mądrym, roztropnym i niegodziwym człowiekiem.

    Cień jakiś pojawił się przy nim i cicho trzasnęła pęknięta gałązka. Bogom podobny Widwojos drgnął.

    Przed nim stał wysoki młody żeglarz trzymając w jednej ręce kubek i dzban z winem, a w drugiej małą misę wypełnioną plackami i miodem pszczół kreteńskich, którego kilka pithosów wiózł okręt.

    - Panie mój, oto wieczerza! - Pochylił się i położył misę przed księciem, a później przełożył kubek do drugiej ręki i wyswobodził trzymany dwoma palcami za ucho dzban. Nalał ostrożnie i z głębokim pokłonem podał kubek księciu. - Czy pragniesz czegoś jeszcze, boski potomku Minosa?

    - Nie... - Widwojos dotknął ustami krawędzi kubka. -  Jak cię zwą?

    - Kamon, panie mój.

    - A więc, Kamonie, przywołaj tu dzielnego Terteusa, gdyż nie widzę go w pobliżu.

    - Jest on na brzegu morza, panie mój. - Ostrożnie postawił dzban z dala od ognia i odbiegł w mrok.

    Widwojos sięgnął do misy i odgryzł kawałek placka. Poczuł nagły głód. Wypił jeszcze kilka łyków wina.

    - Jestem, boski książę! -odezwał się głos w ciemności, z której wynurzyła się rosła znajoma sylwetka. Zatrzymał się na skraju blasku i skłonił się.

    - Nie widziałem cię od chwili, gdy przybiliśmy do brzegu. Czyżbyś nie jadł wieczerzy?

    - Będę ją jadł za twym pozwoleniem, boski Widwojosie. - Terteus uśmiechnął się w ciemności. - Chciałem dokładnie obejrzeć okręt, póki nie zapadnie zupełna noc. Ale kończyłem oględziny przy blasku płonącej gałęzi.

    - I jaki jest sąd twój?

    - Mogę rzec, że jedna przynajmniej troska spadła mi z ramion. Lękałem się, że jest zbyt ciężki i fale mogły uderzeniami rozluźnić wiązania kadłuba. Lękałem się także... - ściszył głos i mimowolnie zbliżył się do ogniska - że posiada on ukrytą skazę, nie dającą się dostrzec w pierwszej chwili, a mogącą stać się jego grobem, gdy nadejdzie większa fala. Po tym, co usłyszałem od ciebie, boski książę, rozmyślałem nad tym już w Amnizos. Byłby to piękny sposób wyprawienia nas do Krainy Mroku, a nikt nie mógłby rzec, że zawinił tu ktoś, prócz bogów. Mieliśmy dotąd jako towarzyszkę wysoką falę, która najpierw gnała nas, a dziś była nam przeciwna, i rzec mogę, że jeśli pojmuję cokolwiek w tych sprawach, cieśle kreteńscy dokonali pięknego dzieła. Wydaje mi się także, że jest on najszybszym z okrętów, jakie przemierzają morza. A to, boski książę, może nam być wielce przydatne.

    Bogom podobny Widwojos skinął głową.

    - Siądź tu - rzekł z pewnym wahaniem, które natychmiast opanował. - Jutro dobijemy do Aten i chciałbym podzielić się mymi myślami z tobą.

    - Nie, boski książę... - Terteus przybliżył się tak, że , stał teraz obok niego, pochylony nisko nad jego uchem. , Z mroku wynurzył się jeden z żeglarzy, dorzucił do ognia naręcze gałęzi i cofnął się w cień. - Byłaby to nadmierna poufałość, która nie przystoi ani mnie, ani tobie. Jestem jedynie, za twym przyzwoleniem, zastępującym cię przywódcą tego okrętu, a ty jesteś synem bogów i dowódcą wyprawy. Jeśli wydaję rozkazy, są one twymi rozkazami. Nie jestem przecież Kreteńczykiem i niejednego może mierzić myśl, że przewodzi nad nimi barbarzyńca. Gdybyś dopuścił mnie do zbyt wielkiej poufałości, mogłoby się to kiedyś zemścić na nas wszystkich.

    - Sądzisz więc, że i syn mój winien trzymać się z dala od tych młodzieńców?

    - Nie, boski książę, gdyż przystoi młodemu królewiczowi przyjaźnić się z towarzyszami broni lub wyprawy takiej jak ta. Lecz nie tobie. Zechciej wybaczyć mi śmiałość, synu Minosa, i wierz mi, że jedynie troska o nasze losy ośmiela mnie do mówienia tego, co czuję.

    - Słusznie czynisz... - Widwojos uniósł głowę i uśmiechnął się ku niemu. - Pragnąłbym, abyśmy wypłynęli już na to nieznane morze! - rzekł nagle gorąco. - Wiedziałbym, że niebezpieczeństwa, którym mamy stawić czoła, pojawią się przede mną, a nie będą czaić się w mroku mych myśli, pełnych niepokoju i przewidywania, zdrady i podstępu.

    Terteus potrząsnął głową. Przez chwilę spoglądał w ogień.

    - Rozmyślałem nad tym, boski książę, i rozmyślam nadal. Czy wierzysz, że twój bogom podobny brat... - Urwał, później dokończył cicho: - Załoga nasza liczy stu ludzi. Wybraliśmy ich spośród wielu. Nie są to synowie wielkich rodów kreteńskich, jacy winni towarzyszyć księciu krwi królewskiej, lecz pasterze, młodzi żeglarze i synowie drobnych kupców, których wybraliśmy, gdyż są krzepcy, umieją władać bronią i wiosłem, a niemal wszyscy odbyli morskie podróże. Cóż wiemy o nich więcej?

    - Nic - odparł bogom podobny Widwojos. - Ja nie wiem o nich nic i ty także nie wiesz. Lecz skoro miniemy granice, do których sięga władza mego bogom podobnego brata, wówczas ich los i nasz staną się jednym losem i wspólnie będziemy musieli stawić czoła nieznanym niebezpieczeństwom. Komuż będą wierni wówczas: mnie czy dalekiemu królowi?

    - Długie są ręce królów - odparł Terteus. - Obym się mylił, boski książę. Lecz, jak wiesz, wierzę, że los człowieka nakreślony jest raz jedynie i nic go później zmienić nie może. Jeśli takie jest nasze przeznaczenie, ujrzymy wnuków naszych dorosłymi młodzieńcami. Jeśli nie... - Rozłożył ręce i uśmiechnął się.

    - Wielka Matko! Jakże głodny jestem . '-zawołał nagle Perilawos. Lekko przeskoczył ponad ogniskiem i stanął przed ojcem. W dłoni trzymał oszczep podobny do tego, jaki miał w ręce Terteus, i krótki miecz u boku.

    - Czemu wyskakujesz w ciemności, uzbrojony jak do bitwy? - zapytał go ojciec.

    - Jego pytaj... - Perilawos ostrzem oszczepu wskazał Terteusa. - Rzekł całej załodze, że od chwili wyruszenia wyprawy do dnia powrotu zawsze, gdy dobijamy do brzegu, mamy mieć oręż w zasięgu ręki. Rzekł, że taka jest twoja wola.