Выбрать главу

    - Panie... - szepnął zmieszany Terteus.

    - Słusznie rzekł! - Widwojos skinął głową. -Taka jest moja wola i tak nakazałem mu rzec wam. Lecz że myśli me były zaprzątnięte czym innym, ja sam pozostawiłem miecz mój i hełm na okręcie. Idź i przynieś mi go wraz z tarczą.

    - Dzięki ci, boski książę! - szepnął Terteus.

    Książę uniósł z ziemi misę pełną placków i podał mu ją.

    Noc minęła im spokojnie i przed świtem zepchnęli Angelosa na wodę.

    Straż czuwająca na wysokim przylądku u wejścia do cieśniny uprzedziła zapewne mieszkańców miasta, że nadpływa okręt z wizerunkiem Wielkiego Byka, gdyż w przystani czekał wielki, milczący tłum, a przed nim na pustej przestrzeni rosły młodzieniec w krótkiej tunice i złocistym płaszczu spiętym złotą zapinką stał czekając chwili, gdy dziób Angelosa dotknie piasku.

    Wówczas ruszył wyprostowany i wyminąwszy kilka wyciągniętych na brzeg okrętów kupieckich, zatrzymał się.

    Gdy boski Widwojos znalazł się na ziemi, młodzieniec zbliżył się i złożył mu głęboki ukłon.

    - Panie mój i władco, potomku Świętego Byka, racz wybaczyć, że nie wita cię król tego miasta, ojciec mój Erechteus, lecz ja, który jestem jego synem. Ojciec mój leży od wielu dni w łożu, rzucony na nie ciężką niemocą.

    Widwojos nie poruszył się.

    - Jak zwą cię, synu króla Aten?

    - Imię moje jest Tezeusz, panie mój.

    - Przekaż więc, Tezeuszu, ojcu swemu życzenia nasze, aby bogowie tego miasta przywrócili mu zdrowie - rzekł nagle kreteński książę z niespodziewaną uprzejmością.

    Młody królewicz drgnął.

    - Dzięki ci, panie - rzekł zdumiony, zamilkł na chwilę i szybko podjął: - Ojciec mój pyta cię, boski książę, czy raczysz zatrzymać się w domu jego, a załoga twoja w izbach takich, jakie według dostojeństwa ich będą im przeznaczone?

    - Tak, mój młody królewiczu... - Bogom podobny Widwojos uśmiechnął się lekko, widząc, jakie zdumienie wywierają jego słowa. Żaden dostojnik kreteński nie przemawiał tak łagodnie do żadnego z władców podbitych ludów. - Podziękuj ojcu twemu za gościnę i powiedz, że przyjmujemy ją. Zatrzymamy się tu przez dni kilka.

    Tezeusz odwrócił się i uniósł rękę.

    Tłum rozstąpił się i ukazało się kilka zaprzężonych w białe konie rydwanów, które zbliżyły się z klekotem kół podskakujących na wystających z piasku wybrzeża kamieniach.

    - Czy zechcesz, panie mój, odjechać teraz do domu ojca mego? - Wskazał jedno z kilku wzniesień widocznych w oddali. Na jednym z nich Białowłosy, który poszedł oczyma za jego ruchem, dostrzegł rozległe zabudowania o ścianach malowanych na czerwono i niebiesko. Lecz odległość była wielka i blask słońca bił z nieba na całą okolicę, kładąc się na niej jasną mgiełką. Widwojos milcząc skinął głową.

    Białowłosy, Terteus i czterej jeszcze wioślarze pozostali przy okręcie, gdyż taka ugoda zapadła między księciem a młodym rozbójnikiem morskim, nim okręt zawinął do portu.

    Terteus pewien był, że nic tu nie może zagrażać życiu królewskiego brata i jego syna, z czym Widwojos zgodził się łatwo, choćby dlatego, że zbyt długi lęk uczynił go w końcu niemal obojętnym, i zbudził się dziś pogodniejszy. Terteus sądził natomiast, że jeśli gdzie może czaić się niebezpieczeństwo, to w próbie uszkodzenia okrętu lub w innym przemyślnym rodzaju zdrady połączonym z przedostaniem się na pokład czegoś, co może okazać się zgubne dla wyprawy. Czego? Tego, jak sam przyznawał, nie wiedział. Dlatego ustanowiono nieustanną straż na wybrzeżu i na okręcie. Tych czterech ludzi miało zostać rankiem wymienionych przez czterech innych. Terteus zaś z Białowłosym mieli rozejrzeć się na przystani. Nie byli Kreteńczykami i łatwiej mogli usłyszeć coś, co mogłoby okazać się rzeczą pewnej wagi.

    Rozkazawszy czterem wioślarzom, którzy w hełmach, z tarczami, mieczami i mając włócznie w ręku, bardziej przypominali ciężkozbrojną piechotę kreteńską niż żeglarzy, aby nie oddalili się od okrętu i nie dopuścili, aby ktokolwiek nieznajomy wszedł na pokład, Terteus skinął na Białowłosego i ruszyli obaj wolno wzdłuż nadbrzeża. Tłum ciekawych, który zebrał się na wieść o zbliżaniu książęcego okrętu, rozszedł się już, jedynie tu i ówdzie małe grupki gapiów przyglądały się w oddaleniu czterem  wojownikom przechadzającym się nie opodal wyciągniętego na brzeg i podpartego prostymi balami okrętu. Kilku spojrzało także za Terteusem i Białowłosym. Wyglądali obaj wspaniale w wysokich lśniących zakończonych purpurowymi kitami hełmach. Obaj odziani byli w krótkie białe tuniki i okrywające pierś lekkie pancerze. Szli postukując drzewcem oszczepów w kamienie i rozmawiając przyciszonymi głosami, jak gdyby czuli na sobie obce spojrzenia.

    - Byłem tu raz z ojcem jako chłopiec - rzekł Terteus. - Wymienialiśmy niewolników na wino i oliwę, gdyż na naszej wyspie jedynie trawa trzyma się w szczelinach skał i parę krzewów kolczastych.

    - I nie tęskno wam za cienistymi gajami i łąkami, gdzie mogłyby się pasać wasze konie? - zapytał Białowłosy ze zdumieniem.

    - Nie mamy koni, a jedynie osły do przenoszenia ciężarów z przystani do naszej siedziby, która nie jest wsią ani miastem. Być może przesadziłem nieco, gdyż mamy także kilka krów i muszą się one gdzieś paść, więc pewnie w głębi wyspy jest między skałami tu i ówdzie jakaś kamienista łąka. A czy tęsknimy do łąk i gajów? Gdybyśmy mieli rozległe pastwiska i wielkie gaje, nie bylibyśmy wolni, gdyż okręty Minosa od dawna zatknęłyby na naszej wyspie podwójną siekierę i płacilibyśmy daninę z owych łąk i gajów, utraciwszy wolność, która jest cenniejsza niźli wszystkie te bogactwa i radości życia. Czy widziałeś tego młodego księcia, gdy stał z pochyloną głową na czele swego ludu, korząc się przed Kreteńczykami? Czy sądzisz, że jest on szczęśliwy, choć zapewne równina ta, rozciągająca się aż do owych gór, które widzisz w oddali, zasobna musi być w gaje, potoki i pastwiska? Pierwszy rzuciłby się na nas, a wszyscy za nim, i starliby z powierzchni ziemi nas i nasz okręt, gdyby nie lęk przed straszliwym imieniem Krety, który wprawia w drżenie ich kolana! A przecież... - Urwał i roześmiał się złym, suchym śmiechem. -Gdyby tylko umieli nie lękać się-westchnął - i zjednoczyli swe siły: ci wszyscy mali królowie z tysiąca miast, dzięki którym Knossos kwitnie i włada! Byłeś tam wraz ze mną i wiesz: pomimo wszystkich swych okrętów Kreta runęłaby jak spróchniały pień! Lecz musieliby...