Urwał i zatrzymał się nagle, wpatrując się w dziób leżącego na nadbrzeżu okrętu. Na dziobie tym widać było wyrzeźbioną dawno i zapewne przeniesioną z innego okrętu głowę spoglądającego gniewnie brodatego starca, pomalowaną na barwę ciemnej purpury.
Bez słowa Terteus zrobił kilka szybkich kroków i zatrzymał się ponownie, wpatrując w rzeźbę. Obok okrętu płonął pokrzywiony miedziany trójnóg, na którym leżały krótko ucięte grube szczapy drewna, a wyżej stał wielki garnek dymiącej smoły, w którym dwaj pracujący przy okręcie ludzie zanurzali owinięte szmatami pęki rózeg i malowali nimi deski kadłuba. Obok nich stał wysoki barczysty człowiek w płóciennym kaftanie, bosy, i doglądał pracy rzucając od czasu do czasu jakieś słowo. Na widok Terteusa i Białowłosego skierował ku nim spojrzenie i rzekł:
- Cóż was zajęło tak, szlachetni wojownicy? Stary to już okręt i zaczął przeciekać nieco, więc naprawiamy go przed odpłynięciem.
Mimo że głos jego brzmiał wesoło, siwe oczy patrzyły uważnie spod gęstych brwi. Z wolna zapadał mrok i ociemnione hełmami oblicza obu stojących plecami ku zachodowi ludzi nie mogły mu się rysować wyraźnie.
- Inaonie! - rzekł Terteus ze śmiechem. - Czyżbyś mnie nie poznawał, choć rozstaliśmy się dopiero przed porą wzburzonego morza?
Stary człowiek drgnął, zawahał się, a później podszedł ostrożnie z ręką na rękojeści krótkiego miecza zwisającego u boku na starym wytartym rzemieniu.
Zbliżył się, zajrzał w oblicze śmiejącego się nadal Terteusa i cofnął się gwałtownie.
- Bogowie! - szepnął. - Terteus powrócił z Krainy Cieni! Czy po mnie przychodzisz, zjawo mego bratanka?
- Nie, stryju. I nie powracam z Krainy Cieni, lecz żyję, jak może zaświadczyć ci stojący tu przy mnie ów białowłosy młodzieniec,
- Żyjesz? - Stary człowiek potrząsnął głową, a później nagle wyciągnął ramiona, objął Terteusa i z niespodziewaną siłą podźwignął go w górę, a później postawił na ziemi. - Żyjesz! Oto nowina, którą zawiozę twemu ojcu, który stos ci żałobny wzniósł na brzegu wyspy ojczystej i kazał usypać grób, w którym złożył oręż twój! Żyjesz! Więc nie pojmali cię Kreteńczycy? Ojciec twój sam rzekł mi, że widział z dala, jak okręt twój, uchwycony w kleszcze trzech kreteńskich, dopadnięty został przez nie i zatopiony! Jak ocalałeś?
- Książę Widwojos, brat Minosa, który dowodził owymi okrętami, darował mi życie i wolność, gdy pojmał mnie rzuciwszy sieć z góry na nasz pokład.
Stary człowiek spoważniał nagle i cofnął się o krok, ponownie chwytając za rękojeść miecza, jak gdyby dla obrony.
- A więc jesteś zjawą! Precz ode mnie!
- Nie jestem, stryju. Wiem, co sądzisz. Ja także nie miałem żadnej nadziei, szczęśliwy traf chciał jednak, że <ów tu młodzieniec uratował życie syna książęcego, a że z kolei ja uratowałem jego życie, więc... - Rozłożył ręce. - Długo by rozpowiadać można o tym, stryju. Oto jestem tu, żywy i zdrów, a przybyłem wraz z owym księciem i jego wyprawą. A jeśli chcesz wiedzieć więcej, dowodzę jego okrętem!
- Dowodzisz okrętem brata Minosa! A więc przeszedłeś na służbę Krety?! Ty, syn mego brata?...
Mimowolnie stary człowiek ściszył głos, przypominając sobie, gdzie się znajduje. W pobliżu przechodzili ludzie, a w kramach i winiarniach otaczających nadbrzeże rozbłysły już kaganki oliwne i gliniane lampy.
- Nie, stryju. Lecz jeśli pragniesz usłyszeć rzecz całą, pójdź z nami.
Gdy znaleźli winiarnię, w której dzięki jeszcze wczesnej porze niewielu było ludzi, zasiedli przy małym stole w kącie otoczonym dwoma ławami, a usłużny gospodarz, który zapewne widział ich obu schodzących z książęcego okrętu, podał dzban wina, drugi z wodą i trzy kubki. Zmieszali wino, unieśli je ku ustom, wychylili z powagą, a później Terteus opowiedział Inaonowi dzieje swoje i Białowłosego aż do dnia tak osobliwego spotkania na przystani ateńskiej.
- Przybyłem tu... - odparł jego stryj ściszając głos - pod pozorem kupna i sprzedaży jako kupiec z Troidzeny. Stąd ubogi strój mój i mej załogi. Przywiozłem kilka nie najlepszych, ale i nie najgorszych koni, sprzedałem je, a teraz pragnę nabyć pewną ilość malowanych naczyń glinianych, które Ateńczycy dość przemyślnie wyrabiają we wsi Keramejkos niedaleko stąd. Lecz nie to jest prawdziwą przyczyną mego przybycia...
Urwał i spojrzał przelotnie na Białowłosego. Terteus pojął natychmiast.
- Młodzieniec ów jest mym wiernym przyjacielem i co chcesz rzec, stryju, mów mi przy nim, jakbyśmy byli tu sami, lub nie mów wcale, gdyż ufam mu jak sobie.
- Otóż - rzekł stary żeglarz pochylając ku nim nad stołem - przybyłem, by spotkać króla Erechteusa, ojca młodego księcia, którego ujrzeliście dziś na przystani. Za młodu odbyliśmy wspólnie kilka wypraw i łączyła nas przyjaźń, a choć jestem, jak twój ojciec, jedynie królem skalistej wysepki i lud mój cały pomieścić bym mógł na pięciu okrętach, jednak wierzyłem, że zechce mnie wysłuchać... - Znowu urwał i po chwili dokończył niemal szeptem: - Różne wieści krążą po krainach nadmorskich i od wyspy do wyspy. Wielu jest takich, którzy pragnęliby zrzucić jarzmo Krety. Lecz że Minos ma wszędzie swych szpiegów, milczą i kryją się z tym. I jedynie najbliższym zdradzają swe myśli. Gdyby udało się wybudować wiele okrętów, tak aby Kreteńczycy o tym nie wiedzieli, uzbroić je i uderzyć wspólnie... Cóż sądzicie, czy Minos odparłby podobne natarcie, gdyby nadeszło z morza, czego nie mógłby się spodziewać?