- Cóż chcesz rzec?
- Gdyby ruszyły one ze swych przystani wszystkie w jednym kierunku i spotkały się na morzu, nocą, z dala od Krety? Wówczas Minos, choćby mu nawet o tym doniesiono, nie zdąży ściągnąć swej floty. A nie musiałaby to być jedna wyprawa, lecz dwie, gdyż ci, którzy mieszkają na południe i na wschód od wyspy, mogliby uderzyć na jej południową stolicę Fajstos, drugie miasto królestwa. A inni uderzyliby od północy. Ci z południa, jeśli zdobędą konie, tego samego dnia będą mogli wspomóc natarcie tych, którzy uderzyli z północy, i przetną wyspę na pół, uniemożliwiając wojskom, które by szły na pomoc, szybki ruch ku Knossos...
- Wstrzymaj się, Terteusie! - Stary rozbójnik morski uniósł rękę. - Powtórz mi raz jeszcze to, coś rzekł. Gdyż nie są to słowa, które pragnąłbym puścić mimo uszu, lecz zapamiętać dobrze.
Mówili szeptem, spoglądając na drzwi, lecz wielki megaron domu królewskiego był pusty i nikt nie zakłócił ich rozmowy.
W tym czasie Tezeusz przebył przedsionek i wszedł do izby, którą w milczeniu wskazał mu sługa na znak, że tam wprowadził kreteńskiego dowódcę.
Stał on pośrodku pomieszczenia, rysując linie końcem sandała na kamiennej posadzce. Słysząc kroki młodego księcia, uniósł szybko głowę. Tezeusz zatrzymał się w drzwiach i pozdrowił go lekkim pokłonem.
- Tyś jest Tezeusz, syn króla tego miasta? - Zapytał Kreteńczyk wprost, nie odpowiadając na powitanie.
- Tak, panie...
- Doniesiono mi, że ojciec twój powalony został ciężką słabością i sprawujesz władzę w jego mieście. Wysłuchaj więc, co mam ci rozkazać w imieniu pana mego - wyprostował się - boskiego Minosa, potomka. Świętego Byka.
- Słucham cię, panie?
- Czy jesteśmy tu sami i nikt nas nie może usłyszeć?
Tezeusz cofnął się, rozejrzał po przedsionku, zamknął ciężkie drzwi obracające się na brązowych wrzeciądzach i zbliżył do Kreteńczyka.
- Nikt nas nie może usłyszeć.
- To dobrze. Otóż jest wolą pana mego, abyś schwytał i dostarczył mu młodzieńca o jasnych włosach, zwanego Białowłosym, który przybył tu na okręcie brata pana mego, boskiego księcia Widwojosa. A masz to uczynić tak, aby nikt nie spostrzegł, że młodzieniec ów został porwany. Gdy to się stanie, ukryjesz go i dostarczysz mi żywego i zdrowego po odpłynięciu okrętu Widwojosa. Jak wiem, odpływa on jutro. Będę czekał w przystani na wieść od ciebie. To wszystko. Czy wiesz, o jakim młodzieńcu mowa?
- Wiem, panie... - Tezeusz w osłupieniu skinął głową. - Lecz jakże boski Minos, pan mój, pragnie, abym to uczynił? Cóż powie książę Widwojos, gdy nie ujrzy go na pokładzie?
Kreteńczyk zmarszczył brwi.
- Nie twoją i nie moją sprawą jest przewidywać, co powie książę Widwojos, lecz wykonać rozkazy króla. Uczyń to, co ci nakazano, i w sposób, jaki ci to nakazano uczynić. Taka jest wola władcy.
- To mój gość... - Tezeusz rozłożył ręce. - Przybył on z bogom podobnym Widwojosem-i teraz znajduje się w moim megaronie. Czy pragniesz, abym porywał mych gości?
Kreteńczyk zbliżył się o krok i stanął przed nim wyprostowany.
- Niczego nie pragnę i nudzi mnie rozmowa z tobą, młody Ateńczyku. Jeśli nie pragniesz wykonać woli pana mego, rzeknij mi to, a powiodę cię na postronku uwiązanym do szyi na okręt i popłyniesz tam, gdzie dowiesz się, jaką śmiercią umierają nieposłuszni barbarzyńcy. Pytam cię więc, czy pojąłeś wolę pana mego i wykonasz ją?
- Tak, panie... - rzekł cicho młody książę.
- Wreszcie! - zawołał Kreteńczyk z gasnącym gniewem i rysy jego wypogodziły się. - Czemuż dręczysz mnie swymi wahaniami jak płocha dziewczyna? Płynąłem niemal trzy dni i noce po wzburzonym morzu i chcę wypocząć. Przedtem jednak muszę wręczyć bogom podobnemu Widwojosowi pismo królewskie. Zaprowadź mnie do niego i sprawdź, czy nie usnął już, gdyż byłoby niewybaczalne, gdyby zwykły śmiertelnik ośmielił się przerwać sen potomkowi krwi Byka.
- Tak, panie - powtórzył Tezeusz głuchym głosem. Ruszył ku drzwiom.
- Zaczekaj!
Kreteńczyk zbliżył się ku niemu. Jego ciemne oczy zajrzały w twarz młodego księcia i napotkały mroczne spojrzenie niebieskich, pełnych smutku źrenic.
- Jest wolą pana mego, aby rzecz ta otoczona była największą tajemnicą. Nikt z załogi okrętu bogom podobnego Widwojosa, ani on sam lub jego syn, ani nawet mieszkańcy twego miasta, nie mogą dowiedzieć się, że uczyniłeś to z woli władcy Krety. Chcę, aby młodzieniec ów został dostarczony na okręt tak, aby żadne oko nie mogło tego dostrzec. Możesz to uczynić pod osłoną nocy, spętaj go i przewiązawszy mu usta, lecz bacząc, by się nie zadusił, wrzuć go do wora lub skrzyni i tak odeślij mi na okręt. Lecz uczynisz to dopiero po odpłynięciu bogom podobnego Widwojosa, a do owej chwili ukryjesz go tam, gdzie nikt go nie będzie mógł odnaleźć. I pamiętaj, abym go otrzymał żywego i zdrowego, gdyż jeśli on umrze z twej przyczyny, ty także umrzesz. Czy pojmujesz?
- Pojąłem wszystkie twe słowa, panie... - Tezeusz skłonił głowę. - I wykonam wolę pana mego, boskiego króla Krety.
- Pięknie! A teraz prowadź mnie do bogom podobnego brata królewskiego.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności książę Widwojos nie spał jeszcze. Upewniwszy się, że Perilawos, który w czasie uczty wypił wiele wina, a nie pijał go przedtem niemal wcale, usnął głęboko, wyszedł na dziedziniec domu królewskiego i przechadzał się tam samotnie, zamyślony, poddając ciało chłodniejszemu powiewowi wieczoru.
W blasku wetkniętych w uchwyty z brązu, oświetlających dziedziniec pochodni Kreteńczyk rozpoznał księcia, zbliżył się i złożywszy mu głęboki ukłon, oddał pismo królewskie, zapewniając, że boski Minos korzystając z tego, że nikczemny jego sługa odpływał okrętem do Aten i wierząc w to, że uda mu się jeszcze napotkać tam bogom podobnego Widwojosa, przesyła mu swe braterskie życzenia i wnosi modły do Wielkiej Matki i bogów władających głębinami, aby uciszyli fale przed dziobem Angelosa i dęli w jego żagiel nieustannym, sprzyjającym wiatrem aż do dnia, gdy zawinie powtórnie do ojczystej przystani w Amnizos.