Выбрать главу

    I nagle widok ów zmącił się, twarz księcia zamazała i rozpłynęła, a później znikło wszystko i świat pogrążył się w mroku.

    Byłby padł, gdyby Tezeusz nie podtrzymał go ramieniem i nie złożył na łożu. Wówczas stary człowiek ukazał się ponownie.

    - Pominiosie - rzekł książę - trzeba ukryć tego młodzieńca do chwili, gdy nadejdzie pora odesłania go. Będą szukali go wszędzie do świtu. Jak długo będzie spał?

    Pominios zbliżył się i spojrzał na puchar, który Białowłosy wciąż jeszcze trzymał w zaciśniętych dłoniach. Jedynie kilka kropli płynu wylało się na posłanie.

    - Jeśli wszystko wypił, a uczynił tak, jak mi się wydaje, będzie spał do południa lub dłużej.

    - Nie krócej?

    - Upewniam cię, panie, że nie.

    - Gdzież ukryjemy go?

   Stary człowiek podrapał się w łysą głowę.

    - Są lochy pod domem królewskim - rzekł - lecz wrzucono tam owych rabusiów bydła, którzy mają być straceni po odpłynięciu bogom podobnego Widwojosa. Lochy owe są wielkie i jest tam komora tajemna, którą otwiera kamień obracający się, panie, tuż obok skarbca ojca twego.

    - To prawda! Idź przodem i bacz, abym nie napotkał nikogo, a ja go poniosę.

    Wyszli. Minąwszy korytarz stary człowiek otworzył okute brązem drzwi, za którymi ukazała się ciemna czeluść wąskich stopni wykutych w nagiej skale. Weszli i zamknęli drzwi za sobą.

    - Skrzesaj ognia - rzekł półgłosem książę. Po chwili błysnęła iskra, upadła na głowicę pochodni wetkniętej w pierścień wpuszczony w ścianę i migotliwe światło rozjaśniło mrok.

    Stary człowiek uniósł pochodnię nad głową i ruszył przodem. Schody skręciły i ukazała się rozległa podziemna komnata. Pośrodku podłogi był otwór mogący pomieścić człowieka. Tezeusz wyminął go i idąc za Pominiosem zbliżył ku przeciwległej ścianie. Była ona chłodna i wilgotna, jak całe to podziemie. Stary człowiek przyglądał się jej przez chwilę, wreszcie naparł na skałę, która cicho obróciła się, ukazując ciemne przejście. Za nim było puste pomieszczenie.

    Tezeusz pochylił się i złożył śpiącego chłopca na skalnej gładkiej podłodze. Później cofnął się i wyszedł.

    Wracając wziął pochodnię z ręki starca i zatrzymał nad otworem, obok którego leżała długa drabina. Wsunął w otwór dłoń z pochodnią i spojrzał.

    Głęboko w dole ujrzał półnagich ludzi. Było ich ośmiu, może dziesięciu, spoglądali w górę, mrużąc oczy. Milczeli. Niektórzy byli w sile wieku, inni młodzi, jeden zdawał się niemal dzieckiem. A przecież i on zaprawiał się już w rozbójniczym rzemiośle. Tezeusz wiedział, że mówią mową podobną do tej, jakiej używali Ateńczycy. Lecz należeli do ludu, który przybył tu wcześniej. Tak przynajmniej głosiła legenda. To przodkowie Ateńczyków pokonali ich i zepchnęli w góry, gdzie gnieździli się w niedostępnych jaskiniach, napadając na stada i samotnych wędrowców. Był to lud dziki, nieokrzesany; nigdy żaden z nich nie zjawił się dobrowolnie w mieście, choć dziad Tezeusza czynił nawet pewne próby, aby ich pozyskać i osiedlić na równinie u stóp gór. Zabijali oni każdego Ateńczyka, którego udało im się zaskoczyć, a każdy z nich także ginął okrutną śmiercią.

    Książę cofnął dłoń trzymającą pochodnię i wyprostował się. Trzeba będzie ich zgładzić, gdy tylko okręt Widwojosa wypłynie z przystani. Niegodni byli, aby karmić ich choćby o dzień dłużej.

    Ruszył ku schodom, słysząc za sobą człapiące kroki Pominiosa. Nagle zatrzymał się. Kroki starca także ucichły. Książę ruszył dalej i wstąpił na pierwszy stopień schodów.

    Słońce stało już wysoko, a ludzie króla Erechteusa dawno już wnieśli na zepchnięty na wodę okręt zalane woskiem dzbany z wędzonym mięsiwem, zamknięte, oplecione powrósłami z trawy morskiej dzbany z winem i dwa wielkie pithosy pełne przemielonego na mąkę ziarna dla liczącej stu ludzi załogi Angelosa, która zasiadła już przy wiosłach.

    Lecz bogom podobny Widwojos nie wszedł jeszcze na pokład okrętu i przechadzał się tam i na powrót po piasku nadbrzeża, mając u obu ramion postępujących nieco za nim, syna swego i Terteusa.

    Stojący w oddaleniu gęsty tłum ciekawych przypatrywał się im w milczeniu. Jedynie niektórzy szeptali, że książę kreteński nie odpływa, gdyż zniknął bez wieści jeden z załogi, ów młodzieniec, który pozostał przy okręcie, gdy Angelos wpłynął do ateńskiego portu.

    - Sam nie wiem, co winienem uczynić? - rzekł Widwojos. - Jakże mamy tu pozostać, gdy okręt już załadowany, a nikt nie wie, jak długo trwać ma nasza podróż do owej krainy?

    - Nie możemy tu pozostać, boski książę... --Terteus ze smutkiem potrząsnął głową. - Albowiem tak być musi pośród żeglarzy, że ów, co nie zadba, aby być w pobliżu, gdy okręt gotuje się do odpłynięcia, musi pozostać tam, gdzie go własna zostawiła głupota. Lecz nie mogę uwierzyć, aby zawieruszył się gdzieś z głupoty. Czemuż nie zajrzałem do niego, gdym odprowadził stryja mego do przystani?! Być może byłby tu z nami. Wypiłem zapewne zbyt wiele wina i sen mnie morzył! - Potrząsnął głową z gniewem.

    - Książę Tezeusz powiada, że w łożu jego nikt nie spał tej nocy, a ja to widziałem na własne oczy. Wyglądało ono, jakby skóry świeżo i równo ułożono, przewietrzywszy je uprzednio - rzekł Perilawos. - Nie pozostawimy go tu przecież, ojcze mój boski? Przysięgliśmy wszyscy, że będziemy się wspomagali i nie opuścimy się nawzajem w potrzebie. Gdyby nie on i jego męstwo, nie żyłbym od dawna.

    - Nie zapomniałem o tym, synu mój. Zaczekamy jeszcze. Może odnajdzie się? Może nie będąc nawykłym do picia wina usnął gdzieś wyszedłszy na nocną przechadzkę i nie przebudził się jeszcze? Ów syn króla ateńskiego kazał go szukać wszędzie i rozesłał ludzi, aby przebadali wszystkie wykroty i rozpadliny wzgórza, na którym stoi dom króla. Inni przeszukują miasto pytając, czy kto go nie widział. Zaczekajmy jeszcze, aż przybędzie tu ów młody książę ateński i obwieści nam, czego dokonali jego ludzie.