- Oto i on! - zawołał Terteus wskazując jeźdźca na pięknym białym koniu, który zbliżał się ku nim cwałem i ściągnął wodze tuż przed boskim Widwojosem. Za nim nadjechało kilkunastu innych i zatrzymali się w pełnym uszanowania oddaleniu.
Tezeusz zeskoczył z konia i podszedł oddychając ciężko. Skłonił nisko głowę przed bogom podobnym bratem królewskim.
- Przeszukano całe wzgórze, pałac i okoliczne gaje - powiedział. - Nie ma go nigdzie ani też nie widział go nikt, kogo pytano.
- Jakże to być może? - zapytał książę. Tezeusz rozłożył ręce.
- Nie umiem ci na to odrzec niczego, co by rozjaśniło mroki, panie, póki nie odnajdzie się.
- Czyżby uciekł? - rzekł nagle Widwojos i odpowiedział sobie od razu: - Po cóż miałby to czynić, on, Trojańczyk, skoro okręt nasz płynie do Troi wioząc piękne dary dla jego ojca i matki? A dary te pozostały na pokładzie. Był wolny i mógłby pozostać w Atenach, gdyby zechciał.
- Mógł - mruknął cicho Terteus - lecz nie mógł, gdyż złożył wielką przysięgę, która nakazywała mu płynąć dalej. Być może nie śmiał nam tego rzec i wstydził się swej słabości. Wiele przeżył i myśl o rodzinnym domu mogła wydać mu się przemożna. Wiedział, że nie zdoła nam tego rzec.
- Sądzisz, że mógł tak uczynić? Czemużby więc nie uciekł w Jolkos, które bliżej jest jego ojczyzny?
- Nie wiem, boski książę. Nie wiem także, czy nie krzywdzę go? Lecz oto minęła dawno chwila, gdy mieliśmy odbić od przystani, a jego nie ma. Cóż mam innego pomyśleć, jeśli nie to, że ukrył się przed nami. Gdyż, jak powiadają, najtrudniej odnaleźć to, co samo się skryło.
Boski Widwojos raz jeszcze spojrzał w przysłonięty głowami tłumu wylot ulicy, po obu stronach której stały niskie białe domy. A Tezeusz rzekł spoglądając na Terteusa:
- U nas powiadają, że najłatwiej trafić oszczepem tego, który stoi odwrócony plecami, lecz czyn taki nie podoba się bogom.
- Cóż chcesz rzec przez to? - Twarz młodego rozbójnika morskiego oblała się rumieńcem i mimowolnie dłoń jego zacisnęła się na rękojeści miecza.
- Chcę rzec, że ów młodzieniec nie wyglądał mi na takiego, który lekce sobie waży wysoką przysięgę, wiec póki nie wiesz, co mu się przytrafiło, lepiej będzie, abyś nie wypowiadał głośno uwłaczających mu myśli.
Terteus chciał odrzec ostro, lecz boski Widwojos uniósł rękę i zamilkli obaj, spoglądając sobie gniewnymi oczyma.
- Skoro nie odnalazłeś go, synu króla ateńskiego, musimy odpłynąć bez niego. Lecz gdyby odnalazł się wkrótce, a będzie odchodził z tej przystani okręt na północ, wiedz, że zatrzymamy się w Jolkos, a później zapewne na nieco dłużej w Troi, by zebrać siły i odnowić zapasy przed wyruszeniem ku owym nieznanym krainom. Będziemy wyglądali go i ucieszy nas jego widok. A jeśli... jeśli przytrafiło mu się jakieś nieszczęście, wdzięczny ci będę, gdy mając sposobność zdołasz mnie jeszcze o tym powiadomić. A teraz żegnaj mi i dzięki za gościnę.
Uniósł na pożegnanie dłoń i odwróciwszy się ruszył ku nadbrzeżu, a za nim Perilawos ze spuszczoną głową.
Terteus zatrzymał się przed młodym księciem.
- Ostrymi słowy uczęstowałeś mnie na pożegnanie, lecz gniew mój minął, gdyż ja sam pragnę, abym okazał się oszczercą, a on młodzieńcem wiernym swej przysiędze. Nie ujrzymy się już zapewne, książę, gdyż droga moja oddala nas od siebie. Lecz powiem ci jedno: pamiętaj, że Kreta słabsza jest, niźli mówi wasz lęk przed nią... - Urwał. - Wiedz, że pragnąłbym być z wami, gdy uderzycie na ów labirynt, który złotymi rogami urąga promiennemu słońcu!
- Żegnaj mi, Terteusie - odparł syn ateńskiego króla. - Zapamiętam twoje słowa.
Stał długo samotny przed zebranym tłumem, a gdy wiosła zanurzyły się w wodę i ogromny okręt ruszył kierując dziób ku środkowi prowadzącej ku morzu rozległej cieśniny, uniósł rękę i skinął nią stojącym na pokładzie maleńkim postaciom. Później zmarszczył brew i westchnął ciężko. Czyn, którego się dopuścił, niełatwo miał pójść w zapomnienie.
Wskoczył na konia i odprawiwszy ruchem dłoni jadących za nim, ruszył wolno wzdłuż wybrzeża pośród rozchodzących się ludzi, którzy pozdrawiali go serdecznie, gdyż roztropnie rządził od chwili, gdy ojca jego powaliła długa choroba.
Pomyślał o ojcu i znów zasępił się. Później odszukał oczyma inny kreteński okręt wyciągnięty na brzeg. Stało przy nim kilku żołnierzy rozprawiając najwyraźniej o wyprawie królewskiego brata, a bliżej domów nadbrzeżnych przechadzał się samotnie ich dowódca, wyprostowany, wzgardliwy, zdający się nie dostrzegać mijających go ludzi.
Tezeusz podjechał i zeskoczył z konia.
- Możesz dać rozkaz ludziom, panie, aby zepchnęli okręt na wodę. Przywiozą go wozem zaprzężonym w dwa białe woły. Leży uśpiony mocnym wywarem i nie przebudzi się łatwo. Będzie ukryty pod matą trzcinową, a więc ludzie twoi mogą wnieść go jak pakunek i złożyć na dnie między wioślarzami, a gdy odbijecie, odsłonić go.
- Czy nie udusi się, gdy go będą tu wieźli?
- Nie, panie. Jest zdrów i zdrów dopłynie do Krety. jeśli taka będzie wola bogów. Uśpiłem go napojem, który oszałamia zmysły. Kreteńczyk wzruszył wzgardliwie ramionami.
- Cóż rzekł boski Widwojos? - zapytał.
- Był zatroskany, zarówno jak syn jego, tym, że ów białowłosy młodzieniec nie pojawia się. Zwlekali długo z odpłynięciem, lecz gdy przybyłem i rzekłem im, że nigdzie go nie ma, choć przeszukaliśmy całą okolicę, musiał pogodzić się z tym i wstąpił na pokład.